Krzysztof Maciejka
„Moja córka jest załamana. Chodzi do liceum sportowego, co miało być jej marzeniem i szansą na rozwój. Tymczasem codziennie rano budzik dzwoni właściwie w środku nocy, bo o godzinie 6:00 ma już pierwsze zajęcia sportowe. W planie są codziennie. Każdy dzień w tygodniu zaczyna od WF-u. Najgorsze jest to, co dzieje się potem. Po intensywnym wysiłku fizycznym, zmęczona i spocona, wraca prosto do szkolnej ławki. Nie ma nawet czasu na normalny prysznic czy chwilę regeneracji”.
Matka maturzystki opisanej przez eDziecko.pl zwraca również uwagę, że po wysiłku córka nie ma czasu na prysznic, przebranie się i regenerację, lecz idzie prosto na lekcje.
Trzeba rozdzielić dwie rzeczy. Brak czasu na umycie się, zjedzenie śniadania i zmianę ubrania jest błędem organizacyjnym szkoły. Sam trening o 6:00 w liceum sportowym nie jest jednak skandalem. Skandalem byłoby raczej oczekiwanie, że sport można uprawiać bez zmęczenia, dyscypliny i rezygnacji z części wygód.
Nie chodzi o atakowanie tej konkretnej matki ani jej córki. Nie znamy całego planu, warunków treningu, długości dojazdów ani skali rzeczywistego obciążenia. Ich frustracja może być uzasadniona. Cytat jest jednak dobrym punktem wyjścia do znacznie szerszego pytania:
Jak doszliśmy do momentu, w którym poranny trening w szkole sportowej zaczyna być przedstawiany jako coś niemal nienormalnego?
Kiedyś wybór oznaczał również przyjęcie jego kosztów
Nie trzeba idealizować lat 80. i 90. W sporcie było wówczas za dużo ślepego drylu, treningu przez ból, ignorowania zdrowia i władzy trenera pozbawionej kontroli. Odrzucenie tych patologii było potrzebne.
Problem w tym, że razem z patologiami zaczęliśmy odrzucać także wymagania.
Jeszcze niedawno sport był rozumiany jako zobowiązanie. Jeżeli młody człowiek wybierał klub albo szkołę sportową, było oczywiste, że jego dzień zostanie podporządkowany treningowi. Nie odwrotnie.
Obowiązek nie zależał od chwilowej motywacji. Zmęczenie nie było automatycznie uznawane za krzywdę. Dyskomfort stanowił naturalny element rozwoju, a rezygnacja z części przyjemności była ceną ambitnego celu.
Etos pracy opierał się na trzech prostych zasadach:
- najpierw obowiązek, później przyjemność;
- najpierw wielokrotne powtórzenie, później umiejętność;
- najpierw praca, później — być może — nagroda.
Dawniej pytano zawodnika, czy jest gotowy ponieść cenę swojego wyboru. Dzisiaj coraz częściej pytamy, jak usunąć tę cenę, zachowując wszystkie oczekiwane korzyści.
Badania porównujące reprezentatywne grupy ponad 16 tysięcy amerykańskich maturzystów z lat 1976, 1991 i 2006 pokazały wyraźny wzrost znaczenia czasu wolnego oraz spadek centralnego miejsca pracy w życiu. Nie dowodzi to, że młodsze pokolenia są po prostu leniwe. Pokazuje jednak, że zmieniła się społeczna hierarchia wartości: praca i obowiązek coraz rzadziej mają pierwszeństwo przed komfortem i swobodą (Twenge i in., 2010).
Społeczeństwo kornukopii
Pokolenia wychowywane w latach 80. i 90. dorastały w świecie ograniczeń. Nie był to świat lepszy ani sprawiedliwszy, ale naturalnie uczył czekania. Nie wszystko było dostępne, nie wszystko można było natychmiast kupić, wymienić albo zamówić. Na wiele rzeczy trzeba było zapracować, poczekać lub z nich zrezygnować.
Dzisiaj żyjemy w modelu kornukopii — rogu obfitości, z którego bez końca mają wypływać nowe możliwości, rozrywka, pochwały i bodźce. Film można przewinąć. Jedzenie przyjeżdża pod drzwi. Odpowiedź pojawia się po kilku sekundach. Jeśli jedna aktywność przestaje dawać satysfakcję, natychmiast dostępna jest następna.
Wraz z tym modelem rozwinął się permisywizm wychowawczy. Dorosły coraz częściej nie pomaga dziecku przejść przez trudność, lecz próbuje tę trudność usunąć. Granica staje się podejrzana, wymaganie wymaga usprawiedliwienia, a frustracja bywa traktowana jak szkoda, przed którą młodego człowieka należy chronić.
W rezultacie chcemy:
- odporności bez przechodzenia przez trudności,
- sukcesu bez monotonnej pracy,
- sprawności bez zmęczenia,
- samodyscypliny bez obowiązków,
- medali bez treningów przed świtem.
To nie jest zarzut przede wszystkim wobec młodzieży. Taki świat stworzyli dorośli. To my nauczyliśmy dzieci, że niemal wszystko powinno być szybkie, wygodne, przyjemne i dopasowane do użytkownika.
Później jesteśmy zdziwieni, że sport działający według zupełnie innych zasad zaczyna być odbierany jako zbyt wymagający.
Sport nie uznaje natychmiastowej gratyfikacji
Sport jest jednym z ostatnich miejsc, w których nie da się oszukać zależności między pracą a efektem.
Stoper nie mierzy dobrych intencji. Nie interesuje go samopoczucie zawodnika, liczba obejrzanych filmów motywacyjnych ani to, jak bardzo ktoś pragnie zwycięstwa. Pokazuje wynik miesięcy i lat pracy — również tej wykonanej wtedy, gdy padało, bolały mięśnie, nie było ochoty albo budzik dzwonił przed piątą.
W sporcie trzeba zaakceptować nudę, powtarzalność, porażkę i brak szybkiego postępu. Można przez kilka miesięcy trenować po to, aby poprawić rekord o kilka dziesiątych sekundy. Można wykonać wszystko właściwie i nadal przegrać.
Pływanie jest pod tym względem wyjątkowo bezwzględne. Ta sama czarna linia na dnie, tysiące nawrotów, dziesiątki kilometrów i setki powtórzeń elementu, którego poprawy widz często nawet nie zauważy.
Sport mówi młodemu człowiekowi coś, czego współczesna kultura bardzo nie lubi: nie wszystko będzie przyjemne, nie każdy wysiłek zostanie nagrodzony i nie każdą trudność trzeba natychmiast usuwać.
Pływak zna miasto, zanim ono się obudzi
Dla pływaka godzina 6:00 nie oznacza pobudki. O tej porze zawodnik jest już przebrany, po rozgrzewce i rozpoczyna pierwsze kilometry.
Wcześniej był budzik, szybkie śniadanie, dojazd na pływalnię i chłodna szatnia. Po treningu są lekcje, a często później druga jednostka, nauka, fizjoterapia albo przygotowanie sprzętu na kolejny dzień.
Do tego dochodzą weekendowe zawody, obozy, rezygnacja z późnych wieczorów, spontanicznych wyjazdów i części życia towarzyskiego. Tak wygląda codzienność tysięcy młodych pływaków.
Nie dlatego, że ktoś chce ich ukarać. Poważne pływanie wymaga regularności i objętości treningowej, których nie da się zawsze zmieścić wyłącznie w wygodnych godzinach popołudniowych.
Oczywiście nie każdy młody człowiek musi wybierać taką drogę. Sport rekreacyjny jest pełnoprawnym wyborem. Można zrezygnować z wyczynu, zmienić profil albo uznać, że cena jest zbyt wysoka.
Nie można jednak wybrać szkoły sportowej, oczekiwać sportowego rozwoju, wyników i medali, a następnie domagać się usunięcia z tego procesu wszystkiego, co narusza komfort.
Szkoła sportowa, w której sport nie może ingerować w wygodny rytm dnia, pozostaje sportowa głównie z nazwy.
Liczby pokazują, dokąd prowadzi kultura bez wysiłku
Można uznać te rozważania za kolejne narzekanie starszego pokolenia. Tyle że dane dotyczące sprawności młodzieży nie pozostawiają wiele miejsca na samozadowolenie.
W 2024 roku Ministerstwo Sportu zbadało ponad 3,08 miliona uczniów w wieku 10–19 lat z niemal 25 tysięcy szkół. W części grup wyniki skoku w dal z miejsca były o ponad 20 centymetrów, czyli o 10–12 procent gorsze niż w 1999 roku. Pogorszyły się również rezultaty beep testu mierzącego wytrzymałość (Ministerstwo Sportu i Turystyki).
Jeszcze bardziej obrazowo wygląda zwis na drążku. W 1979 roku chłopiec w wieku około 10,5 roku utrzymywał się średnio przez ponad 24 sekundy. W 1999 roku było to 15,5 sekundy, w 2009 roku 12 sekund, a w badaniu z 2018 roku — niespełna 8 sekund. Wynik zmniejszył się więc do około jednej trzeciej dawnego poziomu (PAP – Serwis Zdrowie).
Według badań HBSC z lat 2021–2022 zalecane minimum 60 minut aktywności dziennie realizowało:
- 25 procent polskich jedenastolatków,
- 22 procent trzynastolatków,
- zaledwie 15 procent piętnastolatków.
Wśród piętnastoletnich dziewcząt było to tylko 12 procent (oficjalna baza HBSC).
Jednocześnie według reprezentatywnych pomiarów WHO z nadwagą lub otyłością mierzy się już 32,9 procent polskich ośmiolatków, a sama otyłość dotyczy 14,6 procent dzieci w tym wieku (WHO COSI).
To nie jest wyłącznie problem braku przyszłych olimpijczyków. Mówimy o populacji tracącej podstawową siłę, wydolność i zdolność sprawnego posługiwania się własnym ciałem.
Oczywiście odpowiadają za to również technologia, dieta, sposób zagospodarowania miast, ograniczenie samodzielności dzieci i jakość szkolnego WF-u. Jednak wszystkie te zjawiska łączy kultura, w której ruch stał się dodatkiem, zmęczenie czymś podejrzanym, a wygoda prawem, którego nie powinno się naruszać.
Pot chcemy usunąć razem z wysiłkiem
W tym świetle charakterystyczne jest także zdanie, że po treningu dziewczyna wraca do ławki „zmęczona i spocona”.
Sportowiec po intensywnym wysiłku jest zmęczony i spocony. To nie awaria treningu, lecz jego fizjologiczny skutek. Awarią jest brak czasu i warunków, aby się umyć, przebrać i zjeść.
Szkoła powinna ten problem natychmiast naprawić. Nie powinna jednak przepraszać za to, że uczniowie klasy sportowej trenują.
Bronienie etosu pracy nie oznacza zgody na chroniczne niewyspanie, ignorowanie kontuzji, źle dobrane obciążenia czy bezmyślne „zajeżdżanie” młodzieży. Wymaganie musi być racjonalne, a trening właściwie zaplanowany.
Ale dokładnie tak samo nie każde zmęczenie jest przeciążeniem, nie każdy dyskomfort jest krzywdą, a nie każde wymaganie — opresją.
Prysznic, posiłek, sen i bezpieczny trening są obowiązkiem organizacyjnym szkoły oraz klubu. Poranne wstawanie, regularność, zmęczenie i konieczność wyrzeczeń są częścią sportowego wyboru.
Sygnałem alarmowym nie jest godzina 6:00
Sygnałem alarmowym nie jest to, że uczennica liceum sportowego musi rano trenować.
Sygnałem alarmowym jest fakt, że sam poranny trening może zostać przedstawiony jako coś niezrozumiałego w kraju, w którym tylko 15 procent piętnastolatków realizuje podstawowe zalecenia dotyczące ruchu, co trzeci ośmiolatek ma nadmierną masę ciała, a wyniki testów sprawności są wyraźnie gorsze niż dwie lub cztery dekady temu.
Chcemy sprawnej młodzieży, ale nie chcemy, żeby się męczyła. Chcemy odpornych ludzi, ale usuwamy z ich drogi każdą niedogodność. Chcemy sukcesów sportowych, lecz coraz mniej akceptujemy proces, który do nich prowadzi.
Nie każdy musi zostać pływakiem. Nie każdy musi chodzić do szkoły sportowej. Ale nie można wybrać sportu wyczynowego, a następnie zażądać usunięcia z niego tego, co stanowi jego istotę: dyscypliny, powtarzalności, cierpliwości i wyrzeczenia.
Basen o świcie nie jest awarią systemu. Jest jednym z ostatnich miejsc, w których nadal obowiązuje niemodna zasada: najpierw wykonujesz pracę, a dopiero później — czasem wiele lat później — dowiadujesz się, ile była warta.











Dodaj komentarz