Remigiusz Gołębiowski – trener pływania
Strasznie się wszyscy ostatnio rozgadali, więc pozwolę sobie dorzucić swoje trzy grosze, oczywiście nie po to, żeby dolewać oliwy do ognia. Broń Boże, ja?. 😉
Od jakiegoś czasu zastanawiamy się, dlaczego Europa i świat nam odpłynęły, a patrząc na te Mistrzostwa Europy, oj i to mocno.
Dyskutujemy o szkoleniu, pieniądzach, kadrach, klubach, związku, trenerach, rodzicach, a za chwilę zapewne okaże się, że winna jest również temperatura wody w polskich basenach, a może odpowiedź jest znacznie prostsza? Może powinniśmy wreszcie zmienić sposób, w jaki szkolimy dzieci? TAK WIEM TRUDNY TEMAT.
Przez lata uczono nas na studiach, kursach, szkoleniach, a dzisiaj nawet na kursach internetowych ( czas to gówno zlikwidować), po których czasami człowiek zostaje trenerem szybciej, niż zdąży nauczyć się obserwować zawodnika, że podstawą pływania jest objętość. Kilometry. Dużo kilometrów. A kiedy nie działa? Więcej kilometrów. A kiedy nadal nie działa? Widocznie zawodnik jest za słaby. I stosujemy tę filozofię z takim przekonaniem, że kiedy ktoś napisze, że 10-, 11- czy 12-letnie dziecko być może nie potrzebuje kolejnych kilometrów, tylko lepszego układu ruchu, to mam czasami wrażenie, że łatwiej byłoby zakwestionować prawo Archimedesa.
Tymczasem współczesna wiedza o uczeniu motorycznym, neuroplastyczności, rozwoju biologicznym dzieci i młodzieży oraz długoterminowym rozwoju zawodnika mówi nam coś znacznie ciekawszego dziecko nie jest małym dorosłym zawodnikiem, ale o tym niektorzy trenerzy NIE WIEDZĄ!!!!!. Nie potrzebuje pomniejszonego treningu seniora. Potrzebuje środowiska, w którym jego mózg i ciało uczą się ruchu. Dlatego uważam, że na pierwszych etapach szkolenia powinniśmy znacznie więcej czasu poświęcać technice, koordynacji, czuciu wody, świadomości własnego ciała, pozycji, chwytowi wody, rytmowi, oddechowi, napędowi i kontroli ruchu. Powinniśmy nauczyć dziecko rozumieć, co właściwie robi w wodzie i dlaczego. Mniej bezmyślnego pływania od ściany do ściany, więcej świadomego treningu. W wielu przypadkach jeden dobry trening dziennie młodego zawodnika naprawdę wystarczy. Nie widzę powodu, żebyśmy ścigali się, kto szybciej wprowadzi 11- czy 12-latka w model treningowy dorosłego sportowca, bo naszym zadaniem nie powinno być stworzenie najlepszego 11-latka w Polsce, ani najlepszego 12-latka, ani nawet najlepszego 14-latka.
Naszym zadaniem powinno być stworzenie warunków, żeby ten człowiek miał szansę zostać możliwie najlepszym 20-, 22- czy 24-letnim zawodnikiem.
I tutaj dochodzimy do naszego ulubionego argumentu: „Ale przecież mamy świetnych młodych zawodników!”. Oczywiście, że mamy. Tylko ja zadam inne pytanie ilu z nich zostaje później w pływaniu? Ilu rozwija się dalej? Ilu skutecznie przechodzi z juniora do seniora? Ilu z tych fantastycznych 11-, 12- i 13-latków oglądamy kilka lat później na poziomie europejskim i światowym? ODPOWIEM 10%, bo medal dziecka nie jest jeszcze dowodem skuteczności systemu szkolenia. Jest zdjęciem jednej chwili, a szkolenie jest filmem trwającym kilkanaście lat.
Możemy oczywiście ekscytować się, że Zosia wygrała zawody, Staś zrobił rekord okręgu, a Kubuś w wieku 10 lat popłynął 30 sekund na 50 dowolnym. Brawo Zosia, brawo Staś, brawo Kubuś. Tylko gdzie jest Kubuś cztery lata później? Bo jeżeli już go nie ma, to może zamiast chwalić się wynikiem 10-latka, powinniśmy zadać sobie pytanie, czy przypadkiem nie wygraliśmy zawodów, przegrywając zawodnika.
I to jest dla mnie jeden z największych problemów naszego szkolenia. My bardzo lubimy wynik TU I TERAZ. Medalik, pucharek, ranking, rekord, zdjęcie na Facebooku i obowiązkowe „moi zawodnicy zdobyli 17 medali”. Trener rośnie. Ego również. EGO ZWŁASZCZA CO U NIEKTÓRYCH ;). Straszny jestem w tym sory.
Tylko zawodnik nie zawsze rośnie razem z nim
Świat coraz szerzej patrzy na rozwój sportowca długoterminowo. My również znamy pojęcie LTAD – Long-Term Athlete Development. Problem w tym, że znać skrót, a rzeczywiście prowadzić zawodnika przez wiele lat zgodnie z logiką jego rozwoju, to dwie zupełnie różne rzeczy.
Długoterminowe szkolenie oznacza również zaakceptowanie bardzo niewygodnej prawdy, dzieci rozwijają się w różnym tempie. Jedno dziecko w wieku 12 lat jest biologicznie, motorycznie i poznawczo znacznie dalej niż drugie. Pierwsze wygrywa, więc nazywamy je talentem. Drugie przegrywa, więc bardzo szybko zaczynamy zastanawiać się, czy się nadaje, czy nie jest leniwe, czy „ma charakter”, a może jego układ nerwowy potrzebuje jeszcze dwóch lat? Może później dojrzeje biologicznie? Może później „załapie” ruch? Może właśnie wyrzuciliśmy z systemu człowieka, który w wieku 20 lat mógłby być znacznie lepszym zawodnikiem niż nasz mistrz Polski 12-latków? Najczęściej tak jest. Tego już się nie dowiemy, bo zdążyliśmy go zniechęcić.
Czasami kilometrami, czasami presją, czasami krzykiem, czasami obrażaniem, przeklinaniem i wyzywaniem, a czasami zwyczajnym brakiem zainteresowania, bo punkty dla klubu zdobywa ktoś inny.
Tak, wiem, prawda może boleć, ale tacy trenerzy również istnieją. I nie, to że zawodnik po wrzasku popłynął szybciej, nie oznacza jeszcze, że właśnie przeprowadziliśmy genialną interwencję psychologiczną. Może po prostu się bał.
Najbardziej przeraża mnie jednak argument: „Ale zawsze tak trenowaliśmy”. Oczywiście. Ja też tak pływałem jakieś 37–40 lat temu. Tylko od tego czasu wydarzyło się naprawdę sporo. Rozwinęła się fizjologia wysiłku, biomechanika, psychologia sportu, neuronauka, analiza ruchu, diagnostyka, monitoring obciążeń, wiedza o regeneracji i procesie uczenia motorycznego. Wiemy więcej o dojrzewaniu młodego organizmu. Mamy kamery podwodne, sensory, możemy analizować siły napędowe, kierunek generowania siły, symetrię, rytm, położenie dłoni i efektywność napędu, a czasami naszą odpowiedzią na problem techniczny zawodnika nadal jest: „Dobra, 10 × 400 i lecimy”.
Nie chcę odbierać „starym” trenerom tego, co osiągnęli. Wręcz przeciwnie. Wielu z nich stworzyło fantastycznych zawodników i osiągnęło rzeczy, których nikt im nie zabierze. Ukształtowali nas, przede wszystkim. Pracowali według wiedzy i metod dostępnych wtedy. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy nauka idzie do przodu, a metoda zostaje 30 czy 40 lat z tyłu.
Tradycja jest piękna, ale fizjologii, biomechaniki i układu nerwowego naprawdę nie interesuje tradycja. Sam próbowałem pracować inaczej. Więcej techniki, więcej świadomości ruchu, więcej analizy, mniej bezmyślnej objętości, bez robienia z dziecka seniora, bez obowiązkowej siłowni tylko dlatego, że „wszyscy robią”, bez trzech treningów dziennie po to, żeby udowodnić światu, że jesteśmy profesjonalni. Usłyszałem, że to bzdury, że tak się nie da, że bez kilometrów nie ma pływania. I to od swojego przełożonego, na szczescie wyszlo inaczej.
A kiedy jeszcze człowiek wyciąga analizę, sensory, biomechanikę i zaczyna tłumaczyć zawodnikowi, dlaczego ma wykonać ruch właśnie w taki sposób, to powoli staje się Gandalfem albo Harrym Potterem polskiego pływania. Jeszcze różdżka i możemy trenować. Mogłem kupić w Londynie były za 60£, moze by działała.
Tylko może ta „magia” to po prostu wiedza, której 30 czy 40 lat temu nie mieliśmy? Może największą zmianą, jakiej potrzebuje polskie pływanie, nie jest kolejny dokument, kolejna komisja i kolejny program, tylko zmiana filozofii.
Z pytania „ile dzisiaj przepłynęliśmy?” na „czego dzisiaj nauczyliśmy zawodnika?”. Z „jaki zrobił wynik jako 12-latek?” na „jakiego zawodnika chcemy zbudować za 8–10 lat?”. Z „nie wytrzymał naszego systemu” na „dlaczego nasz system nie potrafił zatrzymać tego zawodnika?”.
Bo mówienie, że dzieci kończą pływanie w ósmej klasie, ponieważ „taki jest system”, nie jest odpowiedzią. To jest przyznanie, że nie znaleźliśmy rozwiązania. Mój Klub je daje i da.
Jeżeli system masowo traci młodych ludzi, to nie dzieci mają dostosować się do systemu. To system trzeba poprawić. I żeby była jasność!!!!! nie twierdzę, że objętość jest zła. Jest potrzebna. Wytrzymałość jest potrzebna. Ciężka praca jest potrzebna. Dyscyplina jest potrzebna, choć wolę słowo KONSEKWENCJA (tak trudne do zrozumienia dla niektórych trenerów).
Tylko wszystko ma swój czas, proporcje i cel.
Kilometry są narzędziem, a nie religią.
Medal 11-latka jest miłym wydarzeniem, a nie ostatecznym dowodem kompetencji trenera. Może więc zamiast kolejny raz zastanawiać się, dlaczego Europa i świat nam odpłynęły, warto zrobić coś znacznie trudniejszego, spojrzeć na własne szkolenie.
Bez obrażania się, bez świętych krów, bez „bo ja wychowałem mistrza 20 lat temu”, bez wojny młodych ze starymi. I odpowiedzieć sobie na jedno bardzo niewygodne pytanie, czy szkolimy dzieci tak, żeby wygrywały dla nas dzisiaj, czy tak, żeby mogły wygrywać dla siebie za dziesięć lat?
Bo świat nie pracuje z dziećmi wyłącznie na TU I TERAZ. Świat coraz lepiej rozumie, że młody zawodnik jest inwestycją na przyszłość.
A my nadal zbyt często jesteśmy żądni sukcesu natychmiast, żeby nakarmić swoje nadmuchane ego POLSKIEGO TRENERA PŁYWANIA, brandzlujemy się medalikami z zawodów dziecięcych, podniecamy wynikiem Zosi, Stasia i Kubusia, a za trzy czy cztery lata nawet nie pytamy, dlaczego tych dzieci już nie ma.
I być może właśnie tutaj znajduje się część odpowiedzi na pytanie, dlaczego świat nam odpłynął.
Jeżeli chcemy go dogonić, być może nie potrzebujemy na początek pływać szybciej. Musimy zacząć szybciej zmieniać sposób myślenia, bo jeśli nadal będziemy mierzyć jakość szkolenia liczbą kilometrów, medalami 11-latków i tym, który trener potrafi bardziej „zajechać” swoją grupę, to spokojnie – świat już nie będzie nam dalej odpływał. On po prostu przestanie na nas czekać.
Jeśli ktoś podjął decyzję w swojej głowie, że go obraziłem, czas zastanowić sie dlaczego. Napisałem to tylko i wyłącznie, aby podpowiedzieć co mozna zmienić. Wasz ukochany Gandalf, a przepraszam Remo, trener pływania o innym poglądzie. Coż my tak Trenujemy.












Dodaj komentarz