Przejdź do treści

Europa odjechała.Potrzebny jest audyt 32 nazwisk, nie opowieść o dwóch medalach! Część II

Europa odjechała.Potrzebny jest audyt 32 nazwisk, nie opowieść o dwóch medalach! Część II
Podziel się tym:

Krzysztof Masiuk

Dwa medale nie są dowodem, że „nie jest tak źle”. Są dowodem, że polskie pływanie żyje dziś pojedynczymi nazwiskami, a nie systemem zdolnym regularnie przygotowywać seniorów gotowych do walki z Europą.

Pod pierwszą częścią naszego podsumowania Mistrzostw Europy w Paryżu, która ukazała się wczoraj, rozgorzała dyskusja. Bardzo się z niej cieszymy. Oznacza bowiem, że wielu osobom zależy nie na obronie własnych racji, ale na poprawie systemu i  w konsekwencji  na sukcesach polskiego pływania.

Jedno ze zdań, które pojawiło się w tej dyskusji, chyba najlepiej oddaje sytuację:

„W sumie dobrze, że Paryż był dwa lata przed Igrzyskami Olimpijskimi w Los Angeles, bo przynajmniej wiemy, w którym miejscu jesteśmy”.

Trudno się z tym nie zgodzić.

Skoro Polski Związek Pływacki sam określał Mistrzostwa Europy w Paryżu jako ważny sprawdzian w połowie drogi do Los Angeles 2028, to po sprawdzianie przychodzi czas na ocenę.

Nie po to, żeby kogokolwiek publicznie rozliczać dla samego rozliczania. Po to, żeby dwa lata przed igrzyskami wiedzieć, co działa, co nie działa i co trzeba zmienić.

Dlatego naszej analizy Paryża ciąg dalszy.

Minimum nie może kończyć procesu kwalifikacji

Pierwszym problemem jest sposób myślenia o kwalifikacji do reprezentacji.

Minimum powinno otwierać drogę do kadry, a nie kończyć proces oceny zawodnika.

Kryteria kwalifikacyjne na Paryż zostały oficjalnie przyjęte przez Zarząd PZP w listopadzie 2025 roku. Tymczasem pomiędzy uzyskaniem wyniku kwalifikacyjnego a sierpniową imprezą docelową może wydarzyć się niemal wszystko: ogromny progres, spadek formy, zmiana treningu, przeciążenie, problemy zdrowotne czy zwyczajny regres.

Dlatego reprezentacja potrzebuje drugiego etapu oceny.

Nie po to, aby arbitralnie odbierać zawodnikom wywalczone kwalifikacje. Chodzi o coś zupełnie innego.

Na kilka tygodni przed najważniejszą imprezą sezonu trener główny kadry, trener klubowy i sam zawodnik powinni dokładnie wiedzieć, jaka jest jego rzeczywista dyspozycja, jak reaguje na obciążenia i co trzeba zrobić, aby 10 sierpnia, a nie trzy miesiące wcześniej, osiągnął maksimum swoich możliwości.

Bo celem nie powinno być zakwalifikowanie się do reprezentacji, celem powinien być najlepszy start w imprezie docelowej.

Sprinter, długodystansowiec, żabkarz i grzbiecista to nie ten sam zawodnik

Drugi wniosek dotyczy indywidualizacji przygotowań.

Sprinter na 50 metrów, zawodnik pływający 200 metrów stylem motylkowym, długodystansowiec startujący na 1500 metrów czy pływak specjalizujący się w 400 metrów stylem zmiennym mają zupełnie inne potrzeby treningowe i fizjologiczne.

Inaczej powinny wyglądać ich obciążenia. Inaczej regeneracja. Inaczej przygotowanie siłowe. Inaczej ostatnie tygodnie przed imprezą. Inaczej wreszcie tapering.

Dlatego zgrupowanie kadry nie może być celem samym w sobie. Zgrupowanie ma służyć zawodnikowi, nie zawodnik zgrupowaniu.

Każdy reprezentant powinien mieć jeden uzgodniony plan przygotowań, zaakceptowany przez trzy strony: zawodnika, trenera klubowego i trenera kadry.

Wtedy wiadomo, kto odpowiada za obciążenia, kto za regenerację, kto za tapering i kto podejmuje ostateczną decyzję, kiedy koncepcja klubowa rozmija się z programem realizowanym podczas zgrupowania kadry.

Nie może być tak, że zawodnik przez większą część roku realizuje jeden model przygotowań, a przed najważniejszą imprezą sezonu trafia do innego systemu, w którym odpowiedzialność za efekt końcowy zaczyna się rozmywać.

Bo gdy sukces ma wielu ojców, a porażka żadnego — system przestaje się uczyć.

Polski sprint potrzebuje osobnego programu

Paryż szczególnie brutalnie pokazał problemy polskiego sprintu i tutaj nie wystarczy spojrzeć na czas końcowy.

W nowoczesnym pływaniu można dokładnie analizować reakcję startową, pierwsze 15 metrów, fazę podwodną, moment wyjścia na powierzchnię, prędkość maksymalną, częstotliwość i długość ruchów, nawroty, finisz oraz zdolność utrzymania tych parametrów pomiędzy eliminacjami, półfinałem i finałem.

Nie można więc po nieudanym starcie ograniczyć analizy do stwierdzenia — „Nie był to jego dzień”.

Sport na najwyższym poziomie dawno przestał funkcjonować w oparciu o takie diagnozy.

Jeżeli PZP dysponuje szczegółowymi danymi dotyczącymi startów reprezentantów, powinien na ich podstawie odpowiedzieć, gdzie powstały straty i jakie wnioski wyciągnięto.

Jeżeli takich danych nie ma albo nie są systematycznie wykorzystywane w procesie szkolenia, problem jest jeszcze poważniejszy.

Osobnego programu wymagają również sztafety.

Sztafeta nie może powstawać dopiero podczas mistrzostw z czterech nazwisk znajdujących się akurat w reprezentacji. Jeżeli ma być konkurencją medalową, musi być projektem przygotowywanym przez cały sezon — z analizą zmian, kolejności zawodników, dyspozycji pod presją i możliwości powtarzania wyników podczas kolejnych rund zawodów.

Potrzebny jest audyt 32 nazwisk, nie opowieść o dwóch medalach

Po Paryżu Polski Związek Pływacki powinien przeprowadzić i przedstawić szczegółową analizę występu całej reprezentacji — wszystkich 32 zawodników.

Dla każdego reprezentanta można zestawić kilka podstawowych danych:

  • minimum kwalifikacyjne,
  • rekord życiowy,
  • najlepszy wynik sezonu przed mistrzostwami,
  • wynik lub wyniki uzyskane w Paryżu,
  • miejsce w eliminacjach, półfinale i finale,
  • różnicę względem rekordu życiowego i najlepszego wyniku sezonu,
  • realizację indywidualnego celu sportowego.

To nie jest skomplikowana metodologia. A dopiero takie zestawienie pokaże rzeczywisty obraz reprezentacji.

Może się okazać, że część naszych wniosków jest zbyt surowa.

Jeżeli tak — bardzo dobrze. Dane powinny mieć pierwszeństwo przed publicystyką.

Ale może się również okazać, że liczby pokażą coś znacznie bardziej niepokojącego: że duża część reprezentacji podczas najważniejszej imprezy sezonu była wyraźnie słabsza niż kilka tygodni lub miesięcy wcześniej.

Wtedy trzeba odpowiedzieć na jedno zasadnicze pytanie — co wydarzyło się pomiędzy kwalifikacją a Paryżem?

I właśnie tego powinien dowiedzieć się sztab szkoleniowy przed rozpoczęciem kolejnego etapu przygotowań do Los Angeles.

Nie szukajmy winnych wśród zawodników

Jedno trzeba powiedzieć bardzo wyraźnie — za system nie odpowiadają zawodnicy.

To oni codziennie wstają na treningi, spędzają dziesiątki godzin tygodniowo w wodzie i na siłowni, podporządkowują sportowi szkołę, studia, pracę i życie prywatne.

Nie można po nieudanym starcie urządzać publicznego sądu nad 19- czy 20-letnim pływakiem. Można analizować jego wynik,  można wskazać regres, można porównywać czasy.

Ale odpowiedzialność za funkcjonowanie systemu ponoszą osoby i instytucje, które tym systemem zarządzają: Zarząd Polskiego Związku Pływackiego, pion szkolenia, Trener Główny Kadry Narodowej Seniorów i jego sztab.

To właśnie do nich powinny być przede wszystkim kierowane pytania po Paryżu.

Nie — „Dlaczego ten zawodnik popłynął wolniej?”

Ale — „Dlaczego system przygotowań nie doprowadził go do imprezy docelowej w optymalnej dyspozycji?”

To zasadnicza różnica.

Paryż był sprawdzianem. Teraz trzeba wystawić ocenę

Złoto Katarzyny Wasick i brąz Justiny Kozan są wielkimi sukcesami. Oba medale należy docenić i świętować.

Nie wolno jednak pozwolić, aby dwa miejsca na podium zastąpiły ocenę 32-osobowej reprezentacji.

Wasick udowodniła, że polski zawodnik może być najlepszy w Europie. Kozan pokazała, że młodsze pokolenie również może wejść na europejskie podium.

Bracia Chmielewscy, Jakub Majerski czy Ksawery Masiuk pokazują, że Polska nadal posiada zawodników zdolnych walczyć w finałach największych imprez.

Problem zaczyna się, kiedy spojrzymy szerzej.

Jeżeli Paryż miał być sprawdzianem w połowie drogi do Los Angeles 2028, trzeba teraz uczciwie wystawić ocenę.

Bez PR-u, bez zasłaniania całego obrazu jednym czy dwoma medalami, bez kolejnych opowieści o „zbieraniu doświadczenia”, jeżeli zawodnik od lat startuje na wielkich międzynarodowych imprezach. I bez przekonywania, że każde wejście do półfinału jest automatycznie sukcesem.

Paryż pokazał coś znacznie bardziej gorzkiego — Polska nie jest dziś europejską potęgą pływacką.

Jest krajem posiadającym kilka znakomitych nazwisk, dużą grupę utalentowanych zawodników i system, który wciąż musi udowodnić, że potrafi regularnie zamieniać ten potencjał w wyniki na poziomie seniorskim.

Wielki junior. A co dzieje się później?

I tutaj dochodzimy do problemu, który wykracza daleko poza same Mistrzostwa Europy w Paryżu.

Polska od lat potrafi wychowywać bardzo dobrych juniorów. Mamy medalistów mistrzostw Europy juniorów, mistrzostw świata juniorów, rekordzistów Polski i zawodników należących w swoich rocznikach do europejskiej czy światowej czołówki.

Ale prawdziwą miarą systemu szkolenia nie jest liczba medali zdobytych przez 16- czy 17-latków.

Jest nią odpowiedź na pytanie — ilu z tych zawodników trzy, cztery czy pięć lat później staje się pływakami światowej klasy wśród seniorów?

Ilu kontynuuje rozwój, ilu zatrzymuje się, ilu znika? A ilu dochodzi do wniosku, że aby zrobić następny krok, musi wyjechać z Polski?

Jeżeli największe juniorskie talenty potrafimy znaleźć i rozwinąć do pewnego poziomu, ale później nie potrafimy przeprowadzić ich przez najtrudniejszy etap przejścia z juniora do seniora, to problem nie leży w braku talentów.

Problem leży w systemie, który nie potrafi wykorzystać tego, co sam wcześniej stworzył.

Na koniec liczby, których nie wolno zignorować

Na zakończenie warto przytoczyć statystykę opracowaną i skomentowaną przez Kacpra Stokowskiego — byłego rekordzistę świata juniorów, dwukrotnego brązowego medalistę mistrzostw świata i dwukrotnego uczestnika igrzysk olimpijskich.

To liczby, które dają do myślenia.

➡️ 6 z 7 polskich finałów indywidualnych wywalczyli zawodnicy trenujący w USA.

➡️ 2 z 2 medali Polski zdobyły zawodniczki przygotowujące się w USA.

➡️ Spośród 9 reprezentantów Polski, którzy poprawili rekordy życiowe, aż 7 trenuje w USA.

I jeszcze jedna liczba, która powinna zainteresować nie tylko Polski Związek Pływacki:

🇺🇸 46 europejskich pływaków, którzy wystąpili w sesjach finałowych Mistrzostw Europy, pływa lub pływało w amerykańskim systemie NCAA.

Czy to przypadek?

Oczywiście same te liczby nie dowodzą jeszcze, że amerykański system jest rozwiązaniem wszystkich problemów, a polski nie działa.

Do USA wyjeżdżają przecież często zawodnicy już bardzo utalentowani i należący do krajowej czołówki. Mamy więc również do czynienia z naturalną selekcją.

Ale skala tej dysproporcji jest zbyt duża, aby ją zignorować.

Bo jeśli większość naszych finalistów, obie medalistki i zdecydowana większość zawodników poprawiających w Paryżu rekordy życiowe przygotowuje się na co dzień poza polskim systemem, trzeba mieć odwagę zadać pytanie — dlaczego?

Co amerykański system daje zawodnikom, czego wciąż brakuje w Polsce?

➡️ Czy chodzi o indywidualizację treningu?

➡️ Zaplecze naukowe?

➡️ Analizę danych?

➡️ Siłę rywalizacji na codziennych treningach?

➡️ Warunki organizacyjne?

➡️ Rolę trenerów specjalizujących się w konkretnych konkurencjach?

➡️ Połączenie sportu ze studiami?

➡️ A może o zupełnie inną kulturę odpowiedzialności za wynik?

Nie wiemy, ale właśnie dlatego trzeba to zbadać.

Nie po to, żeby kopiować NCAA.

Po to, żeby zrozumieć, dlaczego tak wielu polskich zawodników właśnie tam wykonuje kolejny krok w swojej karierze.

Dziewięć pytań przed Los Angeles

Po Paryżu nie potrzeba kolejnych deklaracji. Potrzeba danych.

Trzeba policzyć:

➡️ ilu reprezentantów przyjechało do Paryża w życiowej formie,

➡️ ilu było blisko niej,

➡️ ilu popłynęło wyraźnie wolniej,

➡️ co wydarzyło się pomiędzy uzyskaniem kwalifikacji a mistrzostwami,

➡️ jaki efekt dały zgrupowania kadry,

➡️ jak wyglądała współpraca sztabu reprezentacji z trenerami klubowymi,

➡️ w jaki sposób indywidualizowano obciążenia,

➡️ jak oceniano gotowość zawodników przed wyjazdem,

➡️ i przede wszystkim — co zostanie zmienione przed Los Angeles 2028?

Bo jeżeli odpowiedzią na Paryż będą dwa zdjęcia medalistek i komunikat o udanych mistrzostwach, największym problemem polskiego pływania nie będzie nawet wynik reprezentacji.

Będzie nim brak gotowości do wyciągania wniosków z tego wyniku.

Paryż wydarzył się dwa lata przed igrzyskami.

I być może rzeczywiście jest to dobra wiadomość, bo czasu na reakcję jeszcze trochę zostało.

Ale tylko pod warunkiem, że zamiast bronić tego, co było, polskie pływanie spróbuje dokładnie zrozumieć, dlaczego było tak, jak było.

Europa odjechała.

Pytanie nie brzmi już, czy Polski Związek Pływacki to zauważy.

Pytanie brzmi, czy polskie pływanie będzie miało odwagę dokładnie policzyć, jak daleko odjechała Europa — i zmienić system, zanim dystans stanie się jeszcze większy.

Zdjęcia: Rafał Oleksiewicz / PZP

Podziel się tym:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *