Krzysztof Masiuk
Pokonała Bałtyk nie dla medalu, ale dla dzieci. Milena Łazarz z UKS Jasień Sucha Beskidzka przepłynęła wpław trasę z Gdyni na Hel, spędzając ponad pięć i pół godziny w wodach Zatoki Gdańskiej. Za tym sukcesem kryją się jednak miesiące przygotowań, chwile zwątpienia, spotkanie z fokami, walka z własnym strachem przed meduzami i ogromne serce dla podopiecznych OREW w Juszczynie. W rozmowie ze SwimmPL.com opowiada o kulisach swojej niezwykłej przeprawy, o tym, dlaczego dobro było ważniejsze od sportowego wyniku i dlaczego… to dopiero początek.
Krzysztof Masiuk: Gratulacje! Przepłynęłaś Bałtyk z Gdyni na Hel. Jakie było Twoje pierwsze uczucie, kiedy stanęłaś na plaży po drugiej stronie?
Milena Łazarz: Pierwszym uczuciem była ulga. Udało się. Podołałam, nikogo nie zawiodłam i wykonałam swoją część zadania.
Krzysztof Masiuk: Skąd narodził się pomysł właśnie na takie wyzwanie?
Milena Łazarz: Pasja do długich dystansów i wieloletnie przygotowanie sportowe dały mi możliwość podjęcia takiej próby. Inspiracją były ostatnie akcje charytatywne, między innymi Łatwoganga, a także wyczyny naszych ultramaratończyków – Bartłomieja Kubkowskiego i Karoliny Szczepaniak. Pomyślałam, że w miarę swoich możliwości mogę zrobić coś podobnego, oczywiście na mniejszą skalę.
Krzysztof Masiuk: Dlaczego wybrałaś właśnie trasę Gdynia–Hel?
Milena Łazarz: To polski klasyk. Chciałam zacząć u siebie, tam gdzie czuję się najbezpieczniej. Nasze morze nie należy do najłatwiejszych, ale świadomość, że jestem „w domu”, była idealnym początkiem mojej przygody z ultradystansami.

Krzysztof Masiuk: Kiedy po raz pierwszy pomyślałaś, że naprawdę to zrobisz?
Milena Łazarz: W zeszłym roku, gdy pracowałam nad jeziorem. Zobaczyłam w internecie informację, że pewien amator przepłynął tę trasę. Pomyślałam wtedy: „Skoro on dał radę, to ja też spróbuję”.
Krzysztof Masiuk: Dlaczego postanowiłaś połączyć swoje sportowe wyzwanie z pomocą dla OREW w Juszczynie?
Milena Łazarz: OREW w Juszczynie jest dla mnie wyjątkowym miejscem. Dzieci uczęszczające do ośrodka pochodzą między innymi z mojej rodzinnej Bystrej Podhalańskiej. Mój tata od lat wozi je autobusem do placówki. Wielokrotnie spotykałam je po drodze. To moi sąsiedzi. Uważam, że jeśli chcemy zmieniać świat, to powinniśmy zacząć od własnego otoczenia.
Krzysztof Masiuk: Miałaś wcześniej kontakt z podopiecznymi?
Milena Łazarz: Tak. Znałam część dzieci już wcześniej, a z jednym z chłopców udało mi się nawet odbyć wspólny trening pływacki.
Krzysztof Masiuk: Jak zareagował ośrodek na Twój pomysł?
Milena Łazarz: Pani Dyrektor Oliwia Jarnot była w ogromnym szoku. Nie spodziewała się, że ktoś bezinteresownie będzie chciał zorganizować tak duże przedsięwzięcie. Dzieci również bardzo się ucieszyły.

Krzysztof Masiuk: Powiedziałaś po zakończeniu przeprawy, że najważniejsza była zbiórka pieniędzy. Dlaczego?
Milena Łazarz: Bo ta przeprawa od początku była dla nich. Medali zdobyłam już w życiu sporo i mam nadzieję, że jeszcze kolejne przede mną. Tutaj nie ścigałam się z czasem. Chciałam pokazać, że dobro jest warte poświęceń. Wiem, jak często takie placówki organizują kiermasze czy sprzedają ciasta, aby zdobyć pieniądze na najpilniejsze potrzeby. Chciałam choć trochę ich odciążyć.
Krzysztof Masiuk: Jak długo przygotowywałaś się do tego wyzwania?
Milena Łazarz: Trenuję całe życie. Od siódmego do trzynastego roku życia w UKS Jasień Sucha Beskidzka, później cztery lata w Unii Oświęcim. Jestem długodystansowcem i przez lata zbudowałam solidną wytrzymałość. Typowe przygotowania rozpoczęliśmy w maju z trenerem Tymkiem Drozdem.
Krzysztof Masiuk: Jak wyglądały treningi?
Milena Łazarz: Głównie długie jednostki tlenowe – od trzech do nawet dziesięciu kilometrów podczas jednego treningu. Ćwiczyliśmy także sposób odżywiania w trakcie pływania i przerwy na jedzenie.
Krzysztof Masiuk: Czym różniły się od klasycznych przygotowań do zawodów?
Milena Łazarz: Przede wszystkim właśnie karmieniem. W wyścigach na trzy kilometry nie ma odżywiania podczas startu. Tutaj musieliśmy nauczyć organizm przyjmowania węglowodanów podczas wielogodzinnego wysiłku. Trenowaliśmy także w czasie – na przykład 4×17 minut – a nie na metry.

Krzysztof Masiuk: Kto był dla Ciebie największym wsparciem?
Milena Łazarz: Mój trener Tymek Drozd. Jest jednocześnie moim przyjacielem. Organizował treningi, zdobywał kajaki i SUP-y, wspierał mnie mentalnie. Często sam wchodził ze mną do wody, żebym czuła się pewniej.
Krzysztof Masiuk: Z czego musiałaś zrezygnować?
Milena Łazarz: Głównie ze spotkań z przyjaciółmi ze studiów. Na szczęście są moimi największymi kibicami.
Krzysztof Masiuk: Jak spałaś w noc poprzedzającą przeprawę?
Milena Łazarz: Zaskakująco dobrze. Co prawda śniło mi się, że już płynę, ale stres nie odebrał mi snu.
Krzysztof Masiuk: Czego najbardziej się obawiałaś?
Milena Łazarz: Meduz. Naprawdę ich nie lubię. Wiem, że nie są groźne, ale samo dotykanie ich jest dla mnie bardzo nieprzyjemne.

Krzysztof Masiuk: Nie miałaś myśli, żeby zrezygnować jeszcze przed startem?
Milena Łazarz: Nie. Powiedziałam tylko: „Boję się”. A zaraz potem pomyślałam: „Bój się, ale rób to”. Po kilku ruchach rękami strach zniknął.
Krzysztof Masiuk: Jakie były pierwsze kilometry?
Milena Łazarz: Woda była jak tafla jeziora. Było przepięknie. Zaraz potem zobaczyłam pierwszą meduzę. Pomyślałam: „No trudno, popłyniemy razem”.
Krzysztof Masiuk: Kiedy zrozumiałaś, że Bałtyk pokaże swój charakter?
Milena Łazarz: Około dziewiątego–jedenastego kilometra, gdy weszliśmy w silniejszy prąd. Wtedy pomyślałam, że w porównaniu z tym, co mają Karolina Szczepaniak i Bartłomiej Kubkowski na pełnym Bałtyku, ja mam luksusowe warunki.
Krzysztof Masiuk: Opowiedz o swoich kryzysach.
Milena Łazarz: Pierwszy pojawił się już po około pięciu kilometrach. Zrobiło mi się bardzo niedobrze. Pomógł… soczek Kubuś Multiwitamina. Nie wiem dlaczego, ale od lat działa na mój żołądek. Drugi kryzys był dużo trudniejszy. Około 1700 metrów przed metą wpłynęłam prosto w ogromną kolonię meduz. Były dosłownie wszędzie. Wpadłam w panikę.
Krzysztof Masiuk: Jak udało Ci się przez to przejść?
Milena Łazarz: Zamknęłam oczy i otwierałam je tylko do oddechu. Powiedziałam sobie: „Ja ich nie widzę, to one nie widzą mnie”. Chłopaki z łodzi świetnie mnie uspokajali. Pomagał też humor. Wcześniej żartowałam, że meduzy klaszczą ze mną Rubika, bo jego piosenki cały czas grały mi w głowie. To naprawdę pomagało.

Krzysztof Masiuk: Ani razu nie pomyślałaś o zejściu z trasy?
Milena Łazarz: Nie. Powiedziałam sobie, że przerwę tylko wtedy, gdy ręce odmówią posłuszeństwa. Barki były świetnie przygotowane. Wiedziałam, że ciało da radę. Trzeba było tylko przekonać głowę.
Krzysztof Masiuk: Spotkałaś po drodze foki.
Milena Łazarz: Tak! Płynęły z nami przez około dziesięć minut. Były mniej więcej dwieście metrów od nas. Chłopaki z łodzi nie chcieli mi od razu o nich mówić, żeby mnie nie przestraszyć. Kiedy je zobaczyłam, byłam zachwycona. Nawet lekko zmieniliśmy kurs, żeby nie wpływać na ich teren.
Krzysztof Masiuk: Jak wyglądało odżywianie podczas przeprawy?
Milena Łazarz: Żele węglowodanowe, żelki, elektrolity, woda i dwa Kubusie. A kiedy miałam dość słodkiego, jadłam chipsy. Wszystko było wcześniej dokładnie przetestowane.
Krzysztof Masiuk: Jak wyglądała współpraca z łodzią asekuracyjną?
Milena Łazarz: Łódź płynęła kilka metrów ode mnie. Trener pokazywał mi, kiedy mam się zatrzymać na jedzenie. Jestem gadułą, więc od czasu do czasu rzucałam chłopakom jakieś żarty podczas oddechu.

Krzysztof Masiuk: Co było najtrudniejsze?
Milena Łazarz: Prądy. Pojawiały się nagle i trzeba było szukać nowego rytmu pływania.
Krzysztof Masiuk: Przed startem otrzymałaś olimpijską przypinkę.
Milena Łazarz: To był przepiękny gest. Pan Cezary Staniszewski, zasłużony trener strzelectwa sportowego, dowiedział się o mojej akcji dosłownie chwilę przed startem i postanowił przekazać mi swoją olimpijską przypinkę. Jestem bardzo wzruszona i będę ją nosić z ogromną dumą.
Krzysztof Masiuk: Co poczułaś, gdy wyszłaś na brzeg i zobaczyłaś rodzinę oraz pracowników OREW?
Milena Łazarz: Poczułam ogromne szczęście. Spełnienie. Najbardziej cieszyły mnie ich uśmiechy. Wiedziałam, że było warto.
Krzysztof Masiuk: Czy jesteś zadowolona z efektu zbiórki?
Milena Łazarz: Bardzo. Dzięki zebranym pieniądzom można już myśleć o pierwszych zakupach. Każda wpłata jest cenna. Wierzę, że wspólnie uda nam się zamknąć całą zbiórkę.
Krzysztof Masiuk: Czy w głowie rodzi się już kolejne wyzwanie?
Milena Łazarz: Tak. Mam kilka pomysłów, ale na razie zachowam je dla siebie. Wolę najpierw wszystko przygotować, a dopiero później o tym mówić. Wolę dużo robić niż dużo obiecywać.

Krzysztof Masiuk: Na zakończenie – co chciałabyś powiedzieć dzieciom z OREW w Juszczynie?
Milena Łazarz:Każde z Was jest superbohaterem i ma własne, niepowtarzalne supermoce.
Zdjęcia: Milena Łazarz















Dodaj komentarz