Od 15 złamań nóg do 18 kilometrów przez Bałtyk. Niezwykła historia Kamila Orwata

Podziel się tym:

Krzysztof Maciejka

Jeszcze kilka miesięcy temu wracał z Mistrzostw Europy w pływaniu lodowym w Molveno z sześcioma medalami w kategorii para i rekordem świata. Później pokonał milę w wodzie o temperaturze zaledwie 3,55 stopnia Celsjusza. Teraz Kamil Orwat przesunął swoją sportową granicę jeszcze dalej. Zawodnik ZSR START Zielona Góra przepłynął samotnie Zatokę Gdańską z Gdyni na Hel.

18 kilometrów. 7 godzin, 15 minut i 35 sekund w wodzie.

Sam ten wynik robi wrażenie. Gdy jednak pozna się historię Kamila Orwata, nabiera zupełnie innego znaczenia.

Pływanie miało być rehabilitacją

Orwat od urodzenia zmaga się z wrodzoną łamliwością kości. Jak sam opowiadał przed tegorocznymi Mistrzostwami Europy, w dzieciństwie doznał aż 15 złamań kości nóg.

Każde oznaczało pobyt w szpitalu, później tygodnie spędzone w gipsie, rehabilitację i ponowną naukę normalnego funkcjonowania. Kiedy zaczynał chodzić, zdarzało się kolejne złamanie i cały proces rozpoczynał się od początku.

Woda stała się dla niego środowiskiem, w którym mógł ćwiczyć bez obciążania układu kostnego. Basen, który początkowo miał być przede wszystkim formą rehabilitacji, stopniowo stawał się coraz ważniejszą częścią jego życia.

W 2002 roku Orwat dołączył do ZSR START Zielona Góra. Z klubem związany jest do dziś. W 2007 roku trafił do reprezentacji Polski osób z niepełnosprawnościami i startował w zawodach międzynarodowych w Niemczech oraz Danii. Przez kolejne lata regularnie uczestniczył w krajowej rywalizacji parapływackiej, zdobywając medale i zajmując wysokie miejsca w swojej klasie startowej.

Pływanie pozostało jednocześnie elementem jego codziennego funkcjonowania. Orwat pracuje jako instruktor pływania na Pływalni Solan w Nowej Soli.

I choć przez lata ścigał się przede wszystkim na basenie, z czasem okazało się, że najbardziej pociągają go zupełnie inne wyzwania.

Nie sprinter. Im dalej, tym lepiej

W parapływaniu Orwat startuje w klasie S9. W ostatnich latach można było oglądać go między innymi na 200 i 400 m stylem dowolnym czy w konkurencjach grzbietowych.

Sam przyznawał jednak, że zdecydowanie nie uważa się za sprintera.

Coraz mocniej ciągnęło go w kierunku dłuższych dystansów i otwartej wody. Pokonanie 3 kilometrów w formule open water dało mu przedsmak tego, czego później zaczął szukać w pływaniu – długotrwałego wysiłku, walki nie tylko z rywalami, ale przede wszystkim z dystansem, temperaturą, zmęczeniem i własnym organizmem.

W 2025 roku pojawiło się kolejne wyzwanie – pływanie lodowe.

I bardzo szybko okazało się, że trafił na dyscyplinę stworzoną dla siebie.

Sześć medali Mistrzostw Europy i rekord świata

Na początku lutego 2026 roku Kamil Orwat pojechał do włoskiego Molveno na Mistrzostwa Europy w pływaniu lodowym.

Był jedynym reprezentantem Polski startującym w kategorii para, a według informacji publikowanych przez władze Nowej Soli – również pierwszym polskim zawodnikiem para w historii tej imprezy.

Debiut trudno było wyobrazić sobie lepiej.

Orwat zdobył sześć medali w kategorii Para Swimming:

– złoty – 100 m stylem grzbietowym,

– złoty – 250 m stylem dowolnym,

– srebrny – 50 m stylem grzbietowym,

– srebrny – 50 m stylem dowolnym,

– brązowy – 100 m stylem dowolnym,

– brązowy – 100 m stylem klasycznym.

Do tego doszedł jeszcze wyjątkowy rezultat na 100 m stylem grzbietowym – rekord świata w kategorii para.

Orwat wywalczył również srebro na 100 m stylem grzbietowym w kategorii wiekowej 35–39 lat, w której wspólnie klasyfikowano zawodników para i pełnosprawnych. Stąd w części publikacji pojawia się informacja o siedmiu medalach zdobytych przez Polaka podczas zawodów w Molveno.

Sam zawodnik po mistrzostwach szczególnie cenił dwa zwycięstwa – na 100 m grzbietem i 250 m stylem dowolnym. Ten drugi dystans był mu szczególnie bliski. Pozwalał już nie tylko się ścigać, ale – jak mówił – naprawdę poczuć pływanie.

Jak się później okazało, 250 metrów było dopiero początkiem.

1650 metrów w wodzie o temperaturze 3,55 stopnia

Niespełna miesiąc po Mistrzostwach Europy Orwat podjął kolejne ekstremalne wyzwanie.

1 marca 2026 roku w Kopalni Wrocław pokonał Ice Mile, czyli co najmniej jedną milę w wodzie o temperaturze nieprzekraczającej 5 stopni Celsjusza.

Przepłynął 1,65 km w czasie 30:25. Temperatura wody? 3,55 stopnia Celsjusza.

Próba została oficjalnie uznana przez International Ice Swimming Association. Orwat uzyskał status „ICE Member” IISA.

Trzydzieści minut w wodzie o temperaturze niewiele przekraczającej trzy stopnie to zupełnie inny rodzaj wysiłku niż klasyczne pływanie basenowe. Organizm walczy nie tylko ze zmęczeniem. Dochodzą ból dłoni i stóp, sztywnienie mięśni, problemy z czuciem oraz coraz większe trudności z utrzymaniem prawidłowej techniki.

Orwat tę próbę zaliczył. Ale latem czekało go coś jeszcze dłuższego.

Z Gdyni na Hel

Kolejnym celem stała się Zatoka Gdańska.

Trasa prowadziła z Gdyni Babich Dołów na Cypel Helski i liczyła około 18 kilometrów.

Do próby przystąpiło dwóch pływaków – Kamil Orwat oraz Mateusz Kędziora. Nie była to jednak sztafeta. Obaj realizowali dwie niezależne przeprawy solo, każdy walcząc samodzielnie z dystansem.

To ważne rozróżnienie.

W pływaniu kanałowym nie ma zmian ani możliwości odpoczynku na łodzi. Zawodnik przez wiele godzin pozostaje w wodzie. Musi radzić sobie ze zmęczeniem, falowaniem, prądami, temperaturą i monotonią długiego wysiłku.

Każdemu z pływaków towarzyszyła dedykowana łódź eskortująca z ratownikiem. Za bezpieczeństwo oraz certyfikację przepraw odpowiadał zespół Polskiego Stowarzyszenia Pływania na Wodach Otwartych. Podczas przeprawy zawodnicy otrzymywali również żywienie z łodzi.

Po ponad siedmiu godzinach walki pojawił się Hel.

Kamil Orwat pokonał 18 kilometrów Zatoki Gdańskiej. Czas przeprawy: 7 godzin, 15 minut i 35 sekund.

Finisz oznaczał coś więcej niż zakończenie kolejnego startu. Tym razem nie było ściany basenu, elektronicznego pomiaru i rywala na sąsiednim torze.

Była plaża na Helu po drugiej stronie Zatoki.

Od rehabilitacji do pływania ekstremalnego

Historia Kamila Orwata ma w sobie coś, czego nie da się opisać samymi medalami i wynikami.

Chłopiec, dla którego kolejne złamania nóg oznaczały miesiące spędzane pomiędzy szpitalem, gipsem i rehabilitacją, znalazł miejsce, w którym jego organizm pozwalał mu być aktywnym.

Tym miejscem była woda.

Później przyszły treningi, START Zielona Góra, reprezentacja Polski, zawody międzynarodowe i krajowe parapływanie. Następnie open water. Później pływanie lodowe, sześć medali Mistrzostw Europy w kategorii para i rekord świata. Potem 1650 metrów w wodzie mającej 3,55 stopnia.

A teraz 18 kilometrów przez Zatokę Gdańską.

Trudno znaleźć lepszy przykład tego, jak bardzo sportowa droga może zmienić swój kierunek.

Co więcej, wszystko wskazuje na to, że Orwat wcale nie uważa przeprawy na Hel za koniec tej historii.

Jeszcze po Mistrzostwach Europy mówił, że jego kolejnym wielkim celem są Mistrzostwa Świata w pływaniu lodowym w rumuńskiej Oradei w 2027 roku.

Po tym, czego dokonał w ciągu kilku ostatnich miesięcy, warto będzie uważnie obserwować jego kolejne pomysły.

Bo Kamil Orwat zaczynał pływać po to, żeby móc się rehabilitować.

Dzisiaj pływa po to, żeby sprawdzać, jak daleko może dopłynąć.

Zdjęcia: archiwum Kamil Orwat

Podziel się tym:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *