Marta Witecka
Trzy medale igrzysk paralimpijskich, tytuły mistrzyni świata i Europy, rekord Europy i ponad połowa życia podporządkowana pływaniu. Oliwia Jabłońska przeszła drogę od dziewczynki, która trafiła na basen w ramach rehabilitacji, do jednej z najbardziej utytułowanych polskich parapływaczek. Po igrzyskach w Paryżu po raz pierwszy poważnie zastanawiała się nad zakończeniem kariery. Została. W 2026 roku, po ponownej klasyfikacji i przejściu z S10 do S9, jej sportowa historia nabrała nowego wymiaru. W Kocaeli zdobyła trzy złote medale mistrzostw Europy i ustanowiła rekord Europy na 400 m stylem dowolnym. Teraz patrzy w stronę Los Angeles. Cel pozostaje ten sam, o którym mówiła już jako piętnastolatka – złoty medal igrzysk.
Marta Witecka: Oliwia, zaczęłaś pływać nie dlatego, że ktoś dostrzegł w Tobie przyszłą medalistkę igrzysk, ale dlatego, że lekarz zalecił basen jako formę rehabilitacji. Pamiętasz swoje pierwsze wejścia do wody?
Oliwia Jabłońska: Oczywiście, że pamiętam. Można powiedzieć, że zakochałam się w wodzie już od pierwszych treningów. Zawsze nie mogłam doczekać się kolejnego basenu, bardzo szybko robiłam postępy i nauczyłam się pływać. Od początku czułam się w wodzie bardzo dobrze i przede wszystkim sprawiało mi to ogromną frajdę. Chociaż trafiłam na basen ze względu na rehabilitację, dla mnie jako dziecka nie miało to większego znaczenia. Po prostu cieszyłam się, że mogę być w wodzie. I chyba właśnie wtedy zaczęła się ta miłość do pływania, która została ze mną do dzisiaj.
Marta Witecka: Kiedy po raz pierwszy poczułaś, że basen przestaje być rehabilitacją, a zaczyna być sportem?
Oliwia Jabłońska: Myślę, że ten moment przyszedł dość naturalnie. Kiedy nauczyłam się już dobrze pływać, zaczęłam trenować coraz bardziej regularnie, a później pojawiły się pierwsze zawody. Rywalizacja była takim przełomem. Zobaczyłam, że pływanie może być czymś więcej niż tylko rehabilitacją. Spodobały mi się emocje związane ze startami, możliwość poprawiania własnych wyników i ścigania się z innymi. Z każdym kolejnym treningiem chciałam być coraz lepsza i wtedy pływanie zaczęło być dla mnie prawdziwym sportem.
Marta Witecka: W 2010 roku pojechałaś na mistrzostwa świata juniorów i wróciłaś z sześcioma złotymi medalami. Czy wtedy po raz pierwszy pomyślałaś: „Mogę być naprawdę dobra”?
Oliwia Jabłońska: To były moje pierwsze tak ważne zawody międzynarodowe. Wygrałam chyba każdy dystans, na którym wystartowałam. Zrobiłam też duże życiówki i wtedy pomyślałam, że moje pierwsze marzenie, czyli start w igrzyskach w Londynie za dwa lata, może się naprawdę spełnić.
Marta Witecka: Dwa lata później miałaś zaledwie 15 lat i zdobyłaś srebrny medal igrzysk paralimpijskich w Londynie na 100 m motylkiem. Co z tamtych igrzysk pamięta dzisiejsza Oliwia Jabłońska?
Oliwia Jabłońska: Pamiętam, że dopiero po starcie dotarło do mnie, co osiągnęłam. Przed startem nie miałam aż takiej świadomości, co niesie za sobą medal igrzysk paralimpijskich. Jechałam tam po zdobycie doświadczenia, więc nie ciążyła na mnie żadna presja. Bawiłam się każdym startem, chciałam robić życiówki. Nikt wtedy nie spodziewał się, że będę w stanie popłynąć aż tak szybko. W finale urwałam trzy sekundy, pobiłam też rekord Europy. Stałam na podium z takimi wybitnymi postaciami parapływania jak Sophie Pascoe i Elodie Lorandi. To były dla mnie niesamowite emocje, od których się uzależniłam. Od razu chciałam więcej.

Marta Witecka: Czy piętnastoletnia dziewczyna w ogóle rozumiała wtedy, jak wielkiego sportowego osiągnięcia dokonała?
Oliwia Jabłońska: Zdecydowanie nie. Dopiero kiedy stanęłam na podium, dotarło do mnie, co osiągnęłam. Pamiętam, że wioska była zlokalizowana blisko galerii handlowej. Gdy do niej poszłam razem z bukietem, który dostaliśmy na podium, każdy chciał ze mną rozmawiać i robić sobie zdjęcia. To było dla mnie coś zupełnie nowego. Po powrocie do Polski zaczęły się spotkania z prezydentem, marszałkiem. I tak naprawdę dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać to, co się wydarzyło.
Marta Witecka: Londyn – srebro. Rio – brąz. Tokio – brąz. Paryż – bez medalu. Które z tych czterech igrzysk najbardziej Cię zmieniły jako zawodniczkę i człowieka?
Oliwia Jabłońska: Każde z tych igrzysk zmieniły mnie trochę w inny sposób, dlatego trudno byłoby mi wskazać tylko jedne. Do Londynu jechałam jako 15-letnia dziewczyna, przede wszystkim po doświadczenie, a wróciłam ze srebrnym medalem. To były moje pierwsze igrzyska i wszystko było dla mnie nowe – sama atmosfera, ogrom tej imprezy, rywalizacja z najlepszymi zawodniczkami na świecie. Ten medal oczywiście był dla mnie ogromnym sukcesem, ale wtedy przeżywałam to wszystko zupełnie inaczej.
W Rio byłam starsza i bardziej świadoma tego, czym są igrzyska i jak trudno jest na nich zdobyć medal. Tokio nauczyło mnie z kolei, że można stanąć na podium i jednocześnie czuć niedosyt, bo sam medal nie zawsze oznacza, że popłynęło się tak, jak się chciało. A Paryż pokazał mi sport z jeszcze innej strony – po raz pierwszy wróciłam z międzynarodowej imprezy bez medalu.
Patrząc na te cztery starty, widzę przede wszystkim, jak bardzo zmieniałam się razem z nimi. Od 15-letniej dziewczyny, która dopiero poznawała wielki sport, do doświadczonej zawodniczki, która wie, że igrzyska potrafią dać zarówno najpiękniejsze, jak i te trudniejsze sportowe emocje.
Marta Witecka: Po Rio sama zwróciłaś się do Beaty Pożarowszczyk-Kuczko z pytaniem, czy zostanie Twoją trenerką. Dlaczego właśnie wtedy uznałaś, że musisz coś zmienić?
Oliwia Jabłońska: Miałam wtedy 19 lat i chciałam się bardziej rozwijać. Spróbować czegoś nowego. Beata wywodziła się z pływania osób pełnosprawnych, a ja nie chciałam zamykać się tylko na sport paralimpijski. Czułam, że stać mnie na więcej i chciałam to wykorzystać. Z Beatą wcześniej miałam treningi na siłowni. Podobało mi się jej podejście do sportu i stwierdziłam, że zaproponuję jej, aby poprowadziła mnie do kolejnych igrzysk.
Marta Witecka: Twoja trenerka zwróciła kiedyś uwagę na paradoks: jako piętnastolatka w Londynie popłynęłaś szybciej niż cztery lata później w Rio. Co z dzisiejszej perspektywy nie zadziałało w tamtym okresie?
Oliwia Jabłońska: Dokładnie tak. Po Rio zaczęłam się zastanawiać, dlaczego jako 15-latka potrafiłam popłynąć szybciej niż cztery lata później, mimo że przecież cały czas trenowałam i zdobywałam doświadczenie. Trudno dzisiaj wskazać jedną konkretną rzecz, która wtedy nie zadziałała. Na pewno jednak czułam, że czegoś w tych przygotowaniach mi brakuje i że jeśli chcę się dalej rozwijać, muszę coś zmienić.

Marta Witecka: Powiedziałaś później, że w Rio nie byłaś mentalnie gotowa do startu. Co to właściwie znaczy w przypadku zawodniczki startującej na igrzyskach?
Oliwia Jabłońska: W Rio presja na zdobycie medalu była już zdecydowanie większa. Kiedy zaczęłam współpracę z Beatą, jednym z jej warunków było to, że zacznę również współpracować z psychologiem sportu. Podczas tej współpracy dotarło do mnie, że w Rio, będąc w call roomie przed startami, nie radziłam sobie. Zastanawiałam się, jak popłynę, jaki będzie wynik i co się stanie, jeśli mi nie pójdzie. Dzisiaj już wiem, że przez to nie potrafiłam wtedy w pełni wykorzystać swojego potencjału. I właśnie nad tym później bardzo dużo pracowaliśmy.
Marta Witecka: Jak bardzo zmieniła Cię współpraca z psychologiem sportowym i czego musiałaś nauczyć się o samej sobie?
Oliwia Jabłońska: Uważam, że współpraca z psychologiem jest bardzo ważna. Mnie osobiście nauczyła wielu rzeczy. Przede wszystkim poprawiła moją pewność siebie, nauczyła wyciągać wnioski ze startów – zarówno dostrzegać to, co zrobiłam dobrze, jak i to, nad czym muszę jeszcze popracować.
Nauczyłam się też lepiej planować swoje starty i skupiać się na zadaniach, jakie mam do wykonania, szczególnie w momentach, kiedy stres jest większy. Wypracowałam rutyny przedstartowe, które działają i dają mi poczucie, że wiem, co mam robić, nawet jeśli coś podczas zawodów nie idzie zgodnie z planem.
Bardzo ważne było dla mnie też nauczenie się doceniania samej siebie i tego, co robię. Myślę, że dzięki tej współpracy stałam się bardziej świadomą zawodniczką, ale też bardziej świadomym człowiekiem.
Marta Witecka: Kiedyś przed startem obserwowałaś rywalki. Dzisiaj mówisz o koncentracji wyłącznie na sobie, torze, zadaniu i oddechu. Jak długo uczyłaś się takiego podejścia?
Oliwia Jabłońska: Samo nauczenie się tego, na czym mam się skupiać przed startem, czy konkretnych technik koncentracji i oddechu, nie było trudne. Dużo więcej czasu zajęło mi nauczenie się korzystania z nich wtedy, kiedy stres jest naprawdę duży. Bo zupełnie inaczej wykonuje się takie rzeczy na treningu, a inaczej kilka minut przed najważniejszym startem.
Myślę, że dopiero po kilku latach poczułam, że naprawdę potrafię nad tym panować. Z czasem coraz lepiej wiedziałam, co mi pomaga, a co się u mnie nie sprawdza. Teraz już mam swoje sposoby i wiem, co zrobić, żeby przed startem skupić się na sobie, a nie na tym, co dzieje się dookoła.
Marta Witecka: Przez lata 100 m motylkiem było konkurencją najmocniej kojarzoną z Oliwią Jabłońską. Później Twoją wielką konkurencją stało się 400 m dowolnym. Dlaczego?
Oliwia Jabłońska: Moim marzeniem od zawsze było zdobycie złotego medalu igrzysk i powiedziałam to w pierwszym wywiadzie zaraz po tym, jak zdobyłam srebro w Londynie w 2012 roku. Kiedy zaczęłam współpracę z Beatą, stwierdziłyśmy, że dużo większe szanse na to mam na dystansie 400 m kraulem. Była to wtedy moja druga konkurencja. Dlatego od 2017 roku moją koronną konkurencją jest właśnie 400 m.
Osobiście o wiele bardziej wolę ten dystans niż 100 m motylkiem. Więcej się dzieje, znaczenie ma rozłożenie sił na całym dystansie, a ja lubię się tym bawić. Treningowo też o wiele bardziej lubię dłuższe dystanse niż krótkie.

Marta Witecka: W Londynie w 2019 roku zostałaś mistrzynią świata na 400 m dowolnym, pokonując Aurélie Rivard i bijąc rekord mistrzostw. Czy to był najlepszy wyścig w Twojej karierze?
Oliwia Jabłońska: Tak, uważam, że to był jeden z najlepszych wyścigów w mojej karierze. Zrobiłam wtedy bardzo duży progres, byłam w świetnej dyspozycji. Wszystko zagrało tak, jak chcieliśmy, mimo że miesiąc przed startem skręciłam kostkę i przez chwilę przygotowania trochę się skomplikowały.
Z samego wyścigu pamiętam niewiele. Byłam skupiona na tym, co mam zrobić, i popłynęłam swoje. Pamiętam za to moment, kiedy zobaczyłam wynik i dotarło do mnie, że zostałam mistrzynią świata. To był zdecydowanie jeden z tych startów, po których masz poczucie, że wszystko ułożyło się tak, jak powinno.
Marta Witecka: W Tokio zdobyłaś na 400 m brąz, ale po wyścigu mówiłaś o niedosycie, bo wiedziałaś, że stać Cię na czas dający srebro. Czy medal igrzysk może czasami bardziej boleć niż cieszyć?
Oliwia Jabłońska: Mam za sobą wyścigi bardziej i mniej udane. Taki jest sport. W Tokio, kiedy zdobyłam brązowy medal, na początku faktycznie byłam trochę zła na siebie, bo chciałam więcej. Wygrała ze mną Węgierka, która tego dnia była po prostu mocniejsza.
Po czasie i przeanalizowaniu całego startu zaczęłam jednak patrzeć na niego zupełnie inaczej. Zrozumiałam, że ten medal był dla mnie sukcesem, a nie porażką. Tym bardziej że był to jedyny medal zdobyty przez reprezentację Polski w pływaniu zarówno na igrzyskach olimpijskich, jak i paralimpijskich.
Myślę, że w sporcie można jednocześnie cieszyć się z medalu i czuć niedosyt. To wcale się nie wyklucza. Jako zawodniczka zawsze chcę więcej i wiem, kiedy mogłam coś zrobić lepiej. Ale z perspektywy czasu przede wszystkim czuję dumę. Medal igrzysk to medal igrzysk i dzisiaj zdecydowanie bardziej mnie cieszy, niż boli.
Marta Witecka: W Paryżu w 2024 roku na 400 m dowolnym zajęłaś czwarte miejsce. Jak długo siedzi w zawodniku takie czwarte miejsce na igrzyskach?
Oliwia Jabłońska: Myślę, że czwarte miejsce siedzi w zawodniku bardzo długo. Zwłaszcza na igrzyskach, bo to impreza, do której przygotowuje się przez cztery lata i wiadomo, że kolejna szansa nie przyjdzie za miesiąc czy rok. Czwarte miejsce jest najtrudniejsze, bo jesteś naprawdę blisko medalu, a jednak wracasz bez niego.
Po Paryżu na pewno potrzebowałam trochę czasu, żeby sobie to wszystko poukładać. Był żal i rozczarowanie, bo jechałam tam z innym celem. Z drugiej strony sport nauczył mnie, że nie każdy start kończy się tak, jak sobie wymarzymy. Można albo długo rozpamiętywać to, czego zabrakło, albo wyciągnąć wnioski i wykorzystać to jako motywację. Ja wybrałam tę drugą opcję.
Myślę, że to czwarte miejsce nadal gdzieś we mnie siedzi, ale dzisiaj bardziej mnie napędza, niż boli. I na pewno jest jednym z powodów, dla których tak bardzo chcę być w Los Angeles.
Marta Witecka: Po Paryżu pojawiła się choć przez moment myśl: „Może wystarczy, może czas zakończyć karierę”?
Oliwia Jabłońska: Pojawiła się i to nie raz. Po Paryżu naprawdę zastanawiałam się, co dalej i czy nadal chcę poświęcać pływaniu tyle czasu i energii. Miałam dłuższą przerwę od basenu, której wtedy bardzo potrzebowałam. Chciałam odpocząć nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie i spojrzeć na wszystko z trochę większego dystansu.
I właśnie ta przerwa dużo mi dała. Kiedy odpoczęłam, zaczęłam stawiać sobie nowe cele i poczułam, że nadal mam w sobie chęć do ścigania i trenowania. Pomyślałam, że jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa.
Bardzo ważne było też wsparcie moich trenerów. Oni cały czas we mnie wierzyli, również w momentach, kiedy ja sama zastanawiałam się, czy chcę dalej to robić. To na pewno pomogło mi podjąć decyzję, że chcę spróbować jeszcze raz.

Marta Witecka: Tymczasem dziś mówisz: „Still racing”, a przed Tobą Los Angeles 2028. Co sprawiło, że po tylu latach treningów nadal chce Ci się codziennie wchodzić do wody?
Oliwia Jabłońska: „Still Racing” – to hasło towarzyszy mi od niedawna i idealnie opisuje mnie i całą moją sportową drogę. Mimo tylu lat w sporcie nadal mam w sobie ogromną chęć rywalizacji i ciągle czuję, że mogę być jeszcze lepsza. To chyba najbardziej mnie napędza.
Dzisiaj mam przed sobą kolejne cele. Wiem, czego chcę i wiem, o co walczę. I nie chodzi tu o same igrzyska. Cały czas jestem ciekawa, gdzie jest moja granica i jak dużo jeszcze mogę z siebie wyciągnąć.
Pływanie nadal daje mi ogromną satysfakcję. Lubię cały ten proces – treningi, przygotowania, poprawianie kolejnych elementów i moment, kiedy mogę później sprawdzić to wszystko podczas zawodów. Dopóki czuję tę radość, mam cele i nadal chcę się ścigać, to znaczy, że moje miejsce wciąż jest na basenie.
Marta Witecka: W 2026 roku nastąpiła bardzo istotna zmiana – po ponownej klasyfikacji przeszłaś z S10 do S9. Dlaczego zdecydowaliście się ponownie przeprowadzić klasyfikację?
Oliwia Jabłońska: Od zawsze byłam na pograniczu tych dwóch klas. Moja trenerka od jakiegoś czasu zaczęła się bardziej interesować tematem klasyfikacji i kiedy dokładnie przejrzała moją dokumentację, znalazła w niej kilka niejasności. Na przykład miałam przyznane punkty za ruchy w stopach, których w rzeczywistości nie jestem w stanie wykonać.
Zależało nam przede wszystkim na tym, żeby moja klasyfikacja została przeprowadzona prawidłowo, dlatego wystąpiliśmy z wnioskiem o reklasyfikację. Bardzo szybko dostaliśmy zgodę i w maju przeszłam ponowne badania. Ostatecznie zostałam sklasyfikowana w klasie S9.
Było to zaskoczenie dla wszystkich, również dla mnie, bo oznaczało, że przez ponad 16 lat rywalizowałam z zawodniczkami, które są ode mnie sprawniejsze, a mimo to zdobywałam medale na największych imprezach. Paradoksalnie ta zmiana bardzo podbudowała moją pewność siebie.
Zawsze wiedziałam, że jestem dobrą zawodniczką i że na swoje wyniki ciężko pracuję, ale spojrzenie na całą dotychczasową karierę z tej perspektywy dało mi poczucie, że naprawdę dużo przez te lata osiągnęłam. Pomyślałam sobie: skoro potrafiłam tyle lat rywalizować na takim poziomie w S10, to chcę zobaczyć, na co mnie stać w S9. I dało mi to jeszcze większą motywację do pracy.
Marta Witecka: Powiedziałaś, że trenerka znalazła błędy w dokumentacji wcześniejszej klasyfikacji. Czy miałaś poczucie, że przez wcześniejsze lata rywalizowałaś w grupie, która nie odpowiadała w pełni Twoim możliwościom funkcjonalnym?
Oliwia Jabłońska: Na początku zupełnie się nad tym nie zastanawiałam. Dostałam klasę S10 i po prostu w niej startowałam. Byłam bardzo młoda, ufałam temu, że klasyfikacja została przeprowadzona prawidłowo i skupiałam się przede wszystkim na treningach i rywalizacji.
Natomiast na przestrzeni tych 16 lat sama klasa S10 bardzo się zmieniała. Zaczęły pojawiać się w niej zawodniczki z naprawdę minimalnymi ograniczeniami funkcjonalnymi i wtedy coraz częściej widziałam, jak duże różnice są między nami. Bywały momenty, kiedy miałam poczucie, że nie do końca jest to sprawiedliwe, bo te różnice w sprawności były po prostu widoczne.
Mimo wszystko przez lata nie traktowałam tego jako wymówki. Startowałam w klasie, którą mi przyznano, trenowałam i starałam się być jak najlepsza. Dopiero ponowna klasyfikacja pokazała, że moje odczucia miały swoje uzasadnienie i że pod względem funkcjonalnym właściwą dla mnie klasą jest S9.
Marta Witecka: Jak zawodnik psychicznie podchodzi do sytuacji, w której po kilkunastu latach kariery dowiaduje się, że powinien startować w innej klasie?
Oliwia Jabłońska: Taka informacja po tylu latach kariery była naprawdę dużym zaskoczeniem. Po kilkunastu latach startów w jednej grupie nagle dowiadujesz się, że powinnaś rywalizować w innej. Zastanawiałam się, co by było, gdyby ta klasyfikacja została przeprowadzona prawidłowo wcześniej. Ale staram się za dużo do tego nie wracać, bo tego już nie zmienię.
Wyniki, które osiągnęłam w S10, są częścią mojej kariery i jestem z nich bardzo dumna. Teraz skupiam się na tym, co przede mną. Zmiana klasy dodała mi trochę energii i ciekawości, bo po tylu latach kariery znalazłam się w zupełnie nowej sytuacji. Chcę wykorzystać tę szansę i sprawdzić, na co mnie stać w S9.

Marta Witecka: Pierwsze wielkie zawody w S9 i trzy złote medale mistrzostw Europy w Kocaeli. Czy te mistrzostwa otworzyły w Twojej głowie zupełnie nową perspektywę przed Los Angeles?
Oliwia Jabłońska: Na pewno te mistrzostwa pokazały, że jestem dzisiaj naprawdę wysoko w swojej klasie. Bardzo się z tego cieszę, szczególnie że to był mój pierwszy tak duży start po zmianie klasyfikacji i tak naprawdę do końca nie wiedziałam, czego się spodziewać.
Trochę traktowałam te mistrzostwa jak takie „małe mistrzostwa świata”, bo duża część światowej czołówki S9 pływa właśnie w Europie. Na 400 m dowolnym poza Europą dochodzi jeszcze jedna bardzo mocna zawodniczka z Australii, więc te zawody dały mi też pewien obraz tego, gdzie obecnie jestem na tle najlepszych zawodniczek na świecie.
Trzy złote medale i rekord Europy oczywiście bardzo cieszą, ale przede wszystkim pokazały mi, że kierunek, który obraliśmy, jest dobry. Do Los Angeles zostały jeszcze dwa lata i przez ten czas może się bardzo dużo wydarzyć. Nie traktuję więc tych wyników jako żadnej gwarancji, ale na pewno otworzyły mi w głowie nową perspektywę. Widzę i wiem, że mogę realnie rywalizować z najlepszymi i to daje mi jeszcze większą motywację do pracy.
Marta Witecka: Na 100 m dowolnym w Kocaeli byłaś po nawrocie z tyłu, a potem odrobiłaś straty i wygrałaś o siedem setnych sekundy. Powiedziałaś, że włączyłaś swój „motorek”. Co dzieje się w głowie pływaka podczas takiego finiszu?
Oliwia Jabłońska: Po nawrocie, kiedy zobaczyłam, że jestem z tyłu, pomyślałam sobie: „No dobra, no to gonię”. Wiedziałam, że mam bardzo mocną drugą część dystansu i dałam z siebie po prostu wszystko. Widziałam, że z każdym metrem doganiam dziewczyny i to mnie jeszcze bardziej napędzało.
W takim momencie nie ma już czasu na analizowanie. Skupiłam się na tym, żeby płynąć jak najmocniej i jak najszybciej znaleźć się przy ścianie. Dopłynięcie wyszło mi wręcz idealnie i tym razem te siedem setnych było po mojej stronie.
Marta Witecka: A dwa dni później 400 m dowolnym – 4:36,41, rekord Europy i prawie dziesięć sekund przewagi. Co poczułaś, kiedy zobaczyłaś czas na tablicy?
Oliwia Jabłońska: Przed startem wiedziałam, jakie czasy mają moje rywalki i że jestem w tym momencie najszybsza, dlatego moim głównym celem nie było samo zwycięstwo. Chciałam pobić rekord Europy. Można powiedzieć, że w tym wyścigu bardziej niż z innymi zawodniczkami ścigałam się z czasem i sama ze sobą.
To był przedostatni dzień mistrzostw, miałam już za sobą kilka startów, więc zmęczenie zaczynało się nawarstwiać. Tym bardziej, kiedy zobaczyłam na tablicy mój czas i wiedziałam, że zrealizowałam cel, poczułam ogromną radość i satysfakcję. Jednocześnie wiem, że stać mnie na jeszcze szybsze pływanie i na pewno będę chciała ten wynik poprawić.
Marta Witecka: Przez lata mówiłaś, że marzysz o rekordzie świata na 400 m dowolnym. Po rekordzie Europy w S9 to marzenie stało się dzisiaj bardziej realnym celem?
Oliwia Jabłońska: Rekord świata zawsze był jednym z moich sportowych marzeń i oczywiście nadal nim jest. Natomiast jestem też realistką i wiem, że obecny rekord w S9 jest na naprawdę bardzo wysokim poziomie. Co ciekawe, jest nawet szybszy niż rekord świata w S10.
Dzisiaj dużo ważniejsze dla mnie jest ściganie się z samą sobą i poprawianie własnych rekordów życiowych. To jest dla mnie najlepszy wyznacznik tego, czy nadal jestem w stanie pływać szybciej niż wcześniej. Jeżeli kiedyś przy okazji zbliżę się do rekordu świata, wtedy zaczniemy o nim poważnie rozmawiać. Na razie chcę przede wszystkim poprawiać samą siebie.

Marta Witecka: Masz trzy medale igrzysk, ale żadnego złotego. Czy właśnie złoto Los Angeles 2028 jest ostatnim wielkim brakującym elementem Twojej sportowej kolekcji?
Oliwia Jabłońska: Tak, zdecydowanie. Złoty medal igrzysk to mój największy sportowy cel i jednocześnie największe marzenie. Mam już medale igrzysk, zdobywałam złote medale mistrzostw świata i Europy, ale właśnie tego jednego złotego medalu igrzysk w mojej kolekcji jeszcze nie ma.
Marta Witecka: Masz za sobą ponad połowę życia podporządkowanego treningom. Co jest dzisiaj trudniejsze: fizyczne zmęczenie czy znalezienie każdego ranka odpowiedzi na pytanie: „Po co robię to kolejny raz”?
Oliwia Jabłońska: Chyba jednak fizyczne zmęczenie. Jestem już trochę starszą zawodniczką i po tylu latach treningów widzę, że organizm potrzebuje więcej czasu na regenerację niż kiedyś. O wiele bardziej muszę zwracać uwagę na odpoczynek, sen i wszystkie rzeczy, które dzieją się pomiędzy treningami, bo dzisiaj mają one dla mnie jeszcze większe znaczenie.
Z odpowiedzią na pytanie „po co?” jest łatwiej. Trening jest po prostu częścią mojego życia i pewne rzeczy robię automatycznie. Są oczywiście lepsze i gorsze dni, ale doświadczenie nauczyło mnie, że nie każdy trening musi być wielkim wydarzeniem. Czasem trzeba przyjść na basen i zrobić swoje.
Marta Witecka: W czerwcu wystartowałaś również na 1,9 km w Jeziorze Zegrzyńskim podczas IRONMAN 70.3 Warsaw i uzyskałaś drugi czas w ogromnej stawce zawodników. Czy odkryłaś wtedy w sobie zainteresowanie wodami otwartymi?
Oliwia Jabłońska: Tak naprawdę to był dopiero mój drugi start na wodach otwartych w życiu. Pierwszy miał miejsce trzy lata temu podczas Pucharu Świata na Sardynii, gdzie wystartowałam na 3 km i wygrałam rywalizację. Tak więc można powiedzieć, że mam całkiem dobry bilans.
Lubię pływanie na wodach otwartych. Tak jak wspomniałam, zdecydowanie lepiej czuję się na dłuższych dystansach, więc nawet te naprawdę długie są dla mnie ciekawym wyzwaniem. To też zupełnie inne pływanie niż na basenie – nie ma ścian, nawrotów, trzeba inaczej rozłożyć siły i odnaleźć się w całej przestrzeni.
Mimo wszystko basen jest moim miejscem i zdecydowanie lepiej się w nim czuję, więc raczej nie planuję zmieniać go na wody otwarte. Ale od czasu do czasu chętnie wyskoczę poza basen i sprawdzę się na trochę dłuższym dystansie.
Marta Witecka: Studiowałaś sport na AWF we Wrocławiu i mówiłaś kiedyś, że po zakończeniu kariery chciałabyś zostać trenerką pływania. Czy ten plan jest nadal aktualny?
Oliwia Jabłońska: Myślę, że ten plan jest nadal aktualny. Jestem trenerem pływania i trenerem przygotowania motorycznego, a do tego mam wiele lat doświadczenia jako zawodniczka. Chciałabym w przyszłości połączyć te rzeczy i wykorzystać wiedzę, którą zdobyłam podczas studiów, jak i przez wszystkie lata kariery.
Na razie nie wiem jeszcze dokładnie, w jakiej formie miałoby to wyglądać, ale na pewno chciałabym zostać blisko sportu. Myślę, że możliwość przekazania swojego doświadczenia kolejnym zawodnikom mogłaby być dla mnie naturalnym etapem po zakończeniu kariery.

Marta Witecka: Jesteś dziś zawodniczką, na którą patrzą kilkunastoletni parapływacy rozpoczynający kariery. Co chciałabyś im przekazać, czego sama chciałabyś usłyszeć jako piętnastoletnia medalistka z Londynu?
Oliwia Jabłońska: Powiedziałabym przede wszystkim, żeby czerpali z tego jak najwięcej radości. Sport na wysokim poziomie wymaga wielu wyrzeczeń i z czasem pojawia się coraz więcej presji, dlatego łatwo zapomnieć, dlaczego w ogóle zaczęło się trenować.
I chyba jeszcze jedna rzecz, której sama nauczyłam się przez te wszystkie lata: nie patrzeć wyłącznie na ten jeden największy cel. Warto stawiać sobie po drodze mniejsze i cieszyć się z ich realizacji. To właśnie z takich małych kroków czasem składają się te największe sukcesy.
Marta Witecka: Wyobraźmy sobie finał 400 m dowolnym na igrzyskach w Los Angeles w 2028 roku. Dopływasz do ściany, patrzysz na tablicę wyników – co chciałabyś na niej zobaczyć?
Oliwia Jabłońska: Myślę, że odpowiedź jest prosta – „1” przy swoim nazwisku i czas, który będzie moim nowym rekordem życiowym. To byłby scenariusz idealny. Gdybym zdobyła złoto, osiągając przy tym najlepszy wynik w swojej karierze, trudno byłoby wymarzyć sobie piękniejszy finał.
Zdjęcia: archiwum Oliwii Jabłońskiej, Michał Bacior / ParaSwimming Team Poland















Dodaj komentarz