Krzysztof Masiuk
Mistrzostwa Europy można oglądać w telewizji. Można śledzić wyniki w internecie, analizować czasy, miejsca, rekordy i tabelę medalową. Ale można też znaleźć się w środku tego wszystkiego – biegać między trybuną prasową a pokojem medialnym, rozmawiać z zawodnikami, gotować się w paryskich autobusach, próbować zasnąć przy 30 stopniach i zastanawiać się, dlaczego bagietka w Paryżu kosztuje mniej niż jej polski odpowiednik.
I właśnie o tej drugiej stronie Mistrzostw Europy w Paryżu są te zapiski.
Przylot
Na Mistrzostwa Europy udało nam się akredytować czterech dziennikarzy redakcji SwimmPL.com. W naszej ekipie znaleźli się więc: zastępczyni Redaktora Naczelnego Agnieszka Kuk-Masiuk, mistrz koordynacji działań całego zespołu i wszystkich jego organizmów – Sekretarz Redakcji Zbigniew Piątek, nasza najmłodsza koleżanka redakcyjna, studentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim Lena Drynkowska oraz Redaktor Naczelny Krzysztof Masiuk.
Ponieważ starty rozpoczynały się już w niedzielę, Zbyszek Piątek był wtedy na miejscu i od razu zabrał się do pracy. My, czyli pozostała część ekipy, na nasze nieszczęście lecieliśmy dopiero w środę.
Dlaczego „na nieszczęście”? Bo na lotnisku musieliśmy być o czwartej rano.
Kto uważa, że o tej porze lotnisko śpi, najwyraźniej dawno nie podróżował. Wrażenie było takie, jakby wszyscy mieszkańcy Warszawy postanowili tego dnia wylecieć dokładnie o tej samej godzinie. Kolejki były wszędzie – do odprawy, kontroli bezpieczeństwa, boardingu, a nawet do toalety.
Ale przeżyliśmy.
Poczuć paryski upał
Po wylądowaniu ruszyliśmy prosto do Olimpijskiego Centrum Wodnego – Centre Aquatique Olympique – gdzie rozgrywano Mistrzostwa Europy.
To nowoczesny kompleks wybudowany na Igrzyska Olimpijskie w 2024 roku. Warto przypomnieć, że olimpijskie zmagania pływaków odbywały się jednak w Paris La Défense Arena, w innej części paryskiej aglomeracji.
Centre Aquatique Olympique nie znajduje się w ścisłym centrum Paryża, lecz w Saint-Denis, w północnej części aglomeracji, tuż obok Stade de France – najsłynniejszego francuskiego stadionu i jednej z głównych aren igrzysk.
Formalności na lotnisku przeszliśmy szybko i pociągiem podmiejskim, za 14 euro od osoby, ruszyliśmy z lotniska Charles de Gaulle w kierunku Stade de France.
Kiedy wyszliśmy na powierzchnię, przywitała nas skwara. Inaczej tego określić się nie da.
Termometry o 10:00 pokazywały już około 35°C. Jak się później okazało, był to dopiero początek naszej przygody z paryskim latem.
Po mniej więcej półgodzinnym spacerze dotarliśmy pod Centrum.
I wtedy nastąpił moment, w którym musiałem dokonać publicznej samokrytyki.
Lublin – PRZEPRASZAM!
Idąc w kierunku Centrum, uroczyście, przy świadkach, „odszczekałem” wszystkie swoje wcześniejsze zastrzeżenia dotyczące swego czasu promocji Mistrzostw Europy na zewnętrznych nośnikach podczas zawodów w Lublinie.
Bo jeśli uważałem, że w Lublinie było jej mało, to w Saint-Denis… nie było jej praktycznie wcale lub nawet absolutnie nic.
Dopiero przy ostatniej drodze prowadzącej do obiektu pojawiały się nieśmiałe tablice ze strzałkami kierującymi na European Aquatics Championships Paris 2026.
W kolejnych dniach wielokrotnie przemieszczaliśmy się po Saint-Denis i nigdzie nie zauważyliśmy informacji, że właśnie odbywają się tutaj Mistrzostwa Europy w pływaniu. O jakiejkolwiek większej kampanii reklamowej nawet nie wspominając.
Tak więc: Lublinie – PRZEPRASZAM JESZCZE RAZ!
Inaczej niż w Lublinie rozwiązano również odbiór akredytacji. Nie było specjalnego centrum czy pomieszczenia dla mediów. Przy bramce wejściowej czekał po prostu przedstawiciel European Aquatics, który sprawdził dokumenty i wręczył nam akredytacje.
Przy każdym kolejnym wejściu kontrolowano plecaki i torby, choć – delikatnie mówiąc – nie były to kontrole szczególnie drobiazgowe.
Centre Aquatique Olympique
O samym obiekcie można powiedzieć jedno: z zewnątrz wygląda pięknie, ale dopiero po wejściu do środka robi naprawdę ogromne wrażenie.
Patrzyliśmy na niego i właściwie wszyscy doszliśmy do podobnego wniosku.
To trochę wstyd, że stolica niemal 38-milionowego państwa, mającego tak wiele klubów i ogromne pływackie tradycje, nie dysponuje choćby nieco mniejszym obiektem, na którym można byłoby organizować zawody międzynarodowe najwyższej rangi.
Baseny rozgrzewkowe znajdowały się na zewnątrz, a obok ustawiono ogromny namiot, w którym reprezentacje miały swoją przestrzeń – zawodnicy mogli się tam przygotowywać, odpoczywać czy korzystać z masażu.
Na terenie Centrum zorganizowano również mini park dla najmłodszych z różnymi atrakcjami. Przy temperaturach przekraczających 37 – 38°C największą popularnością nie cieszyły się jednak wymyślne zabawy, lecz… wodny zraszacz paryskich wodociągów.
Trudno było się dziwić. Sam człowiek miał ochotę pod nim stanąć i nie wychodzić do wieczora.
Lublin – PRZEPRASZAM po raz drugi
Praktycznie cała północna trybuna została przeznaczona dla dziennikarzy i ekip prasowych.
Już na „dzień dobry” spotkała nas jednak mała niespodzianka. Okazało się, że nie przewidziano dla nas miejsc przy stołach, mimo że pracowaliśmy z komputerami i sprzętem. Organizatorzy musieli naprędce przygotowywać stanowiska.
Trzeba jednak uczciwie przyznać – poradzili sobie z tym bardzo szybko.
Gorzej było ze zdjęciami. Nawet wyciągnięcie telefonu mogło spowodować natychmiastową reakcję ochrony. Pani pilnująca naszego sektora stała nad nami niczym „kat nad duszą”.
Między blokami zawodów zadomowiliśmy się więc w pokoju medialnym i tu nastąpiło moje drugie pojednanie z Lublinem.
Organizatorzy z Paryża mogliby się od Lublinian sporo nauczyć, jeśli chodzi o opiekę nad mediami.
Do naszej dyspozycji był dystrybutor z wodą, gorąca woda i kawa. Problem w tym, że czasem brakowało nawet kubków. Dla głodnych pozostawał ciastkowy „zapychacz”.
O łakociach, które czekały na dziennikarzy w pokoju prasowym podczas mistrzostw w Lublinie, mogliśmy tylko pomarzyć.
Lublin – po raz drugi przepraszam.
Poczuć się jak mięsko na grillu
Noclegi mieliśmy około 25 minut jazdy autobusem od Centrum.
I właśnie podczas tych podróży zaczęliśmy rozumieć, co dwa lata wcześniej przeżywali podczas igrzysk olimpijskich nasi reprezentanci i dlaczego mówili, że jeździli saunobusami.
Temperatury były bardzo podobne. Różnica polegała na tym, że oni jechali około 55–60 minut w szczelnie zamkniętych autobusach, co wynikało między innymi z wymogów bezpieczeństwa, a klimatyzacji nie było.
Nasze autobusy również jej nie miały – chyba w Paryżu nie wszyscy poznali jeszcze ten cud techniki – ale przynajmniej okna pozostawały otwarte, choć niewiele to dawało.
Po 25 minutach człowiek wysiadał z autobusu kompletnie mokry.
Jak czuli się zawodnicy po godzinie takiej jazdy, a później mieli jeszcze wychodzić na start i walczyć o medale? Trudno sobie, to wyobrazić.
Mieszkaliśmy w centrum akademickim. Pokoje były dwuosobowe, z łazienką i niewielkim aneksem kuchennym.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeden szczegół – brak klimatyzacji 🙁
Wentylator pracujący na pełnych obrotach niewiele pomagał, bo zwyczajnie nie miał prawa pomóc. Około godziny 23:00 na zewnątrz wciąż było blisko 30 – 32°C. Powietrze stało, nie było najmniejszego podmuchu.
Leżąc na łóżku, można było wreszcie zrozumieć, jak czuje się mięso położone na grillu.
Dopiero nad ranem robiło się przyjemnie rześko, bo temperatura spadała do… około 23°C.
Przy takich upałach zrozumieliśmy również, dlaczego w sierpniu Paryż pustoszeje.
Atmosfera mistrzostw
Wszystkie niedogodności przestawały jednak mieć znaczenie, kiedy rozpoczynało się pływanie.
Podczas startów Francuzów basen nagle ożywał. Doping był momentami wręcz ogłuszający. Francuskim zawodnikom można było tylko zazdrościć takiego wsparcia, bo przy takiej publiczności naprawdę dostaje się dodatkowych skrzydeł.
A kiedy na słupku stawał „Król Paryża”, czyli Léon Marchand, poziom decybeli przypominał chyba huk startującej lotniczej dumy Francji – Concorde’a.
To nie był doping, to była ściana dźwięku.
Marchand był oczywiście największym bohaterem miejscowej publiczności, ale Francuzi potrafili docenić również gwiazdy innych reprezentacji. Kiedy na start wychodzili Sarah Sjöström, Kristóf Milák czy David Popovici, także mogli liczyć na ogromne brawa.
I wtedy pojawiała się jedna, trochę smutna myśl – szkoda, że Polska nie żyje pływaniem w podobny sposób.
Bo pływanie oglądane w takiej atmosferze staje się zupełnie innym sportem.
Francuskie anomalie cenowe
Francja podobno jest droga.
Podobno, bo po kilku dniach zaczęliśmy mieć co do tego pewne wątpliwości.
Bagietka – prawdziwa francuska bagietka, po którą codziennie rano chodziliśmy do prywatnej piekarni – kosztowała 1 euro.
Tak, dobrze czytacie – jedno euro. Mniej niż niejeden produkt bagietkopodobny w Polsce.
Poranna kawa wypita przy stoliku przed lokalem kosztowała około 1,5 euro. I była to kawa z aromatem, a nie produkt kawopodobny.
Przepyszne cytronety, napoje o smaku mojito czy pomarańczowe – litrowa butelka w miejscowej “Żabce” kosztowała około 2 euro.
Jednorazowy przejazd komunikacją publiczną to wydatek około 2 euro, choć wcześniej trzeba było kupić kartę, na którą ładowało się przejazdy lub bilety okresowe.
Największe zaskoczenie czekało jednak ostatniego dnia, kiedy wracaliśmy na lotnisko Charles de Gaulle.
Gdybyśmy pojechali autobusem do stacji kolei podmiejskiej, a następnie pociągiem na lotnisko, zapłacilibyśmy po około 16 euro od osoby – 2 euro za autobus i 14 euro za pociąg.
Tymczasem Uber spod Centrum prosto pod halę odlotów kosztował nas 20 euro za dwie osoby. Czyli zamiast 32 euro zapłaciliśmy 20.
W Polsce za przejazd z Lotniska Chopina do domu, trasą mniej więcej o połowę krótszą, zapłaciliśmy podobną kwotę.
Odprawa do Polski
Na lotnisku czekało nas jeszcze jedno zaskoczenie.
Od momentu wyjścia z samochodu, poprzez wszystkie kontrole, aż do wejścia do strefy wolnocłowej minęło około… 10 minut. Trudno było w to uwierzyć.
Kolejne zdziwienie przyszło przy cenach.
Na warszawskim Lotnisku Chopina byle jaka kanapka potrafi kosztować 25–30 zł. Na Charles de Gaulle ceny były podobne, tyle że kanapki wyglądały zdecydowanie bardziej zachęcająco.
No cóż, albo Francuzi nie znają się na biznesie, albo część naszych lotniskowych sprzedawców przybyła z innej galaktyki.
Warto było?
Gdybym wcześniej wiedział, że trafimy na 38 – 39-stopniowy upał, autobusy bez klimatyzacji i noce spędzone przy wentylatorze mielącym gorące powietrze, czy zdecydowałbym się polecieć?
Myślę, że tak.
Bo można obejrzeć mistrzostwa w telewizji. Można mieć klimatyzację, zimny napój w lodówce i wygodny fotel. Można zobaczyć każdy start z kilku kamer i od razu dostać powtórkę.
Ale telewizja nie pokaże wszystkiego.
Nie pokaże ciszy zawodnika kilkanaście sekund przed wejściem na słupek. Nie odda huku trybun, kiedy startuje Marchand. Nie pokaże rozmów prowadzonych już po wyścigu, emocji w mixed zone, zmęczenia ludzi pracujących od rana do późnego wieczora ani tego całego świata, który istnieje kilka metrów poza kadrem telewizyjnej kamery.
Nie pokaże też czterech ludzi ze SwimmPL.com siedzących gdzieś w Saint-Denis przy trzydziestu stopniach w nocy, z wentylatorem pracującym na pełnych obrotach, którzy następnego ranka znowu wstają i jadą na basen.
Bo właśnie po to tam byliśmy. Żeby zobaczyć więcej, usłyszeć więcej i później móc Wam o tym opowiedzieć.
Czy warto było? Zdecydowanie tak!
Tylko następnym razem poprosimy Paryż o jakieś 10 stopni mniej, lub klimatyzację 🙂
Zdjęcia: SwimmPL.com, Rafał Oleksiewicz / PZP











Dodaj komentarz