Polscy pływacy od lat nie odnoszą znaczących sukcesów na arenie międzynarodowej, co powinno skłonić do krytycznego spojrzenia na system szkolenia. Wielu trenerów zgodnie twierdzi, że problem nie leży w braku talentów, lecz w niewydolnej i archaicznej organizacji szkolenia. Trener Stefan Tuszyński w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” podkreśla, iż nie mieści się w głowie, że kraj blisko 40-milionowy zdobył łącznie tylko 6 olimpijskich medali pływackich (przez cztery osoby), podczas gdy na jednych igrzyskach do zdobycia jest ponad 100 medali w tej dyscyplinie.
Zanim zaczniesz czytać dalej daj znać znajomym, trenerom i innym rodzicom (np. na grupie klasowej) o tym raporcie. Tylko szerokie udostępnienie pozwoli nam coś zmienić w środowisku pływackim w Polsce.
Kliknij i wyślij przez WhatsApp!
Dołącz także do dyskusji na naszym profilu SwimmPL na Facebook
Jego zdaniem „nie przegrywamy z powodu braku talentów, tylko przez niewydolną, archaiczną organizację szkolenia”.
Dlaczego zatem szkolenie pływackie w Polsce kuleje? Pozwalamy sobie przedstawić krótką analizę, skupiając się na roli szkół podstawowych z oddziałami sportowymi, współpracy (a częściej jej braku) szkół z klubami, sprzecznych interesach tych instytucji oraz brakach systemowych.
Struktura szkolenia pływaków w szkołach – szkoła vs klub
W Polsce znaczną część szkolenia młodych pływaków przeniesiono do szkół podstawowych z oddziałami sportowymi o profilu pływackim. Zgodnie z założeniami, takie klasy sportowe funkcjonują na podstawie umów szkoły z klubami sportowymi lub związkiem sportowym. W praktyce jednak współpraca ta często jest pozorna lub wręcz nieistniejąca.
Przedstawiciel Ministerstwa Edukacji i Nauki Artur Górecki przyznał podczas sejmowej komisji, że wiele klas sportowych jest oderwanych od klubów sportowych – brakuje realnych relacji współpracy. W efekcie odpowiedzialność za szkolenie jest rozmyta: formalnie za trening odpowiada szkoła (i zatrudnieni w niej trenerzy-nauczyciele), ale klub sportowy nie ma pełnego wpływu na proces treningowy i postępy młodzieży.
Taki układ rodzi poważne konsekwencje. Często uczniowie klas pływackich nie są aktywnymi zawodnikami w klubach i nie uczestniczą w ogóle we współzawodnictwie sportowym młodzieży; szczególnie widoczne jest to na przełomie klasy 6 i 7, kiedy z jednej strony pojawia się więcej nauki, a z drugiej – więcej cięższych treningów oraz zmęczenie dotychczasowym pływaniem. Trening w ramach lekcji WF (nawet jeśli zwiększony godzinowo w klasie sportowej) bywa dla wielu rodziców i dzieci traktowany bardziej jako ogólna aktywność fizyczna niż wyczynowe szkolenie. Znaczna część rodziców, wysyłając dzieci do klas pływackich, nie ma świadomości, na czym polega ten trening i że jest to trening sportowy, a nie SKS.
Chcesz podzielić się znami swoją historią walki z systemem? Napisz do nas Kontakt
Dołącz także do dyskusji na naszym profilu SwimmPL na Facebook
Dla wielu szkół prowadzenie klasy pływackiej bywa celem samym w sobie (utrzymanie etatu nauczyciela-trenera, przyciągnięcie uczniów do szkoły) zamiast środkiem do szkolenia przyszłych mistrzów. Wyniki sportowe nie są priorytetem szkoły, bo system oświaty ich nie premiuje – szkoła otrzymuje subwencję na ucznia niezależnie od jego sukcesów sportowych, a w klasie sportowej jest to subwencja wyższa niż na „zwykłego” ucznia. W interesie szkoły nie jest zatem „drażnienie” rodziców zbyt profesjonalnym treningiem, skoro większość z nich oczekuje po prostu organizacji lekcji zaawansowanego pływania dla dzieci.
Jak to możliwe w świetle faktu, iż współpracę szkół i związków sportowych reguluje wyraźnie rozporządzenie MEN z 27 marca 2017 r. w sprawie oddziałów i szkół sportowych oraz oddziałów i szkół mistrzostwa sportowego (Dz.U. 2017 poz. 671; tekst jednolity: Dz.U. 2020 poz. 2138)? To ono stanowi m.in., że:
- § 6 ust. 1–2: szkolenie w oddziałach i szkołach sportowych realizuje się na podstawie programów szkolenia sportowego zatwierdzonych przez ministra właściwego do spraw kultury fizycznej, a program opracowuje właściwy polski związek sportowy;
- § 7 ust. 1–4: oddziały i szkoły realizują programy we współpracy z polskimi związkami sportowymi, klubami sportowymi, stowarzyszeniami lub uczelniami; warunki współpracy określa umowa zawarta między organem prowadzącym szkołę a PZS/klubem/stowarzyszeniem/uczelnią.
Rozporządzenie wskazuje więc, że:
- szkolenie w oddziałach sportowych i szkołach sportowych odbywa się na podstawie programów szkolenia sportowego opracowanych przez właściwy polski związek sportowy i zatwierdzonych przez ministra właściwego ds. kultury fizycznej;
- warunki współpracy szkoły z PZS/klubem/stowarzyszeniem/uczelnią określa umowa zawarta przez organ prowadzący szkołę (np. gminę/miasto), a nie sam dyrektor;
- polski związek sportowy odpowiada za przygotowanie programu szkolenia i jego przekazanie do zatwierdzenia ministrowi w przewidzianym terminie.
Oznacza to, że każda szkoła z oddziałem sportowym zobowiązana jest do realizacji programu pływania opisanego w „Programie szkolenia sportowego w pływaniu dla Oddziałów Sportowych, Szkół Sportowych oraz oddziałów Mistrzostwa Sportowego i Szkół Mistrzostwa Sportowego”. Kto zatem odpowiedzialny jest za kontrolę realizacji tego programu? Kluby? Kuratoria oświaty? Wydziały sportu w UM? PZP, a może Ministerstwo Sportu? Nie wiadomo. A jak nie wiadomo – to oznacza, że NIKT.
Kluby sportowe teoretycznie zainteresowane są wynikami i rozwojem talentów, bo od tego zależy ich renoma, punkty we współzawodnictwie i często dofinansowanie. Jednak klub nie ma narzędzi, by egzekwować jakość szkolenia w szkole, co – niestety – często jest klubom na rękę. Trenerzy pracujący z dziećmi na co dzień są zatrudnieni przez szkołę, podlegają dyrekcji i realizują szkolny program (często ułożony pod wymogi ministerialne, a niekoniecznie pod osiąganie wyników sportowych). Jeśli nawet klub przekazuje szkołom swoje wytyczne czy plany treningowe, ich realizacja zależy od dobrej woli szkoły i konkretnego nauczyciela. Brakuje jednego spójnego nadzoru nad procesem treningowym – odpowiedzialność jest rozproszona. Ale taki układ klubom często pasuje. W razie niepowodzeń łatwo o wzajemne przerzucanie winy: szkoła może twierdzić, że klub mało angażuje się w pracę z młodzieżą poza lekcjami, a klub – że szkolny trener źle prowadzi trening, na co klub nie ma wpływu.
Choć łatwo krytykować szkoły, od winy nie są wolne kluby pływackie. Dla wielu z nich brak kontroli nad szkolnym treningiem stał się wygodnym alibi. Zawsze można powiedzieć: „to szkoła zatrudnia trenerów, nie mamy wpływu”. Zamiast walczyć o reformę, część środowiska woli tkwić w status quo, gdzie odpowiedzialność jest rozmyta, a porażki można zrzucać na innych. Na koniec klubowe etaty się zgadzają (część pracowników klubów jest zatrudniona jako trenerzy w szkołach), a po 16:00 odpala się szkółkę pływania, więc zgadza się i stan konta. Kto kogo trzyma w szachu, zależy od tego, do kogo należy basen. Zazwyczaj jednak jest to szkoła. Bo albo klub wynajmuje mocno obłożone w dużych miastach tory dla szkółek pływania (czytaj: trenerów, którzy bez torów tracą dodatkową pracę), albo szkoła płaci za wynajem deficytowego basenu klubowi. I tak trwa pat. Nikt z nikim nie chce iść na wojnę. Co prawda, jeśli basenem zarządza klub (w nielicznych przypadkach) – może on szkolić samodzielnie ew. zmienić szkołę, z jaką ma umowę na prowadzenie zajęć sportowych, ale w praktyce utrata wpływów za najem basenu (szkoła pośredniczy w ich transferze z miasta, a nową trzeba znaleźć i „rozkręcić” nabory) nie rekompensuje strat, jakie poniesie szkoła, tracąc potencjalnie kilka etatów WF-istów.
Zanim zaczniesz czytać dalej daj znać znajomym, trenerom i innym rodzicom o tym raporcie. Tylko szerokie udostępnienie pozwoli nam coś zmienić w środowisku pływackim w Polsce.
Kliknij i wyślij przez WhatsApp!
Każdy, kto próbował zorganizować tor dla małego klubu w dużym mieście, wie, że to walka z wiatrakami. Publiczne pływalnie w godzinach szczytu zajmują komercyjne szkółki i rekreacja. Kluby sportowe, które szkolą dzieci wyczynowo, płacą więcej niż prywatne podmioty nastawione na zysk, ponieważ muszą prowadzić więcej zajęć, mimo że realizują zadanie publiczne, które powinny być w gestii samorządu. Efekt jest groteskowy: miasta finansują naukę pływania, a potem nie zapewniają torów tym, którzy chcą szkolić dalej. W mniejszych miejscowościach sytuacja jest jeszcze gorsza – klub często ma do dyspozycji dwa tory przez godzinę dziennie, a reszta czasu to „biznes rekreacyjny”. W takich warunkach trudno mówić o rozwoju sportu kwalifikowanego. Dzieci trenują w późnych godzinach, wracają zmęczone, rodzice rezygnują. Małe kluby powoli się zwijają, bo nie mają ani wsparcia finansowego, ani strukturalnego. I tak kolejne miasta zostają bez własnych zawodników, bez zaplecza i bez szans na odbudowę piramidy szkoleniowej.
System organizacyjno- szkoleniowy PZP działa skutecznie przeciw klubom a zwłaszcza powstający i małym. Stojące pod ścianą SMS podbierają zawodników z mniejszych klubów. Talentów w Polsce nie brakuje, ale bez oddolnego naporu konkurentów, prawie każdy talent spocznie na laurach. Małe kluby upadają. Wisła, Hutnik, Siemacha, Jordan, Korona – żeby wskazać tylko kilka z tych które stoją na skraju.
W polskim pływaniu od lat kwitnie nieformalny proceder podbierania zawodników z mniejszych klubów do większych. Działa to w prosty sposób: ktoś dostrzega utalentowanego czternastolatka, oferuje mu „lepsze warunki” i wciąga pod swoje barwy – nie po to, by go rozwinąć, lecz by poprawić własne statystyki. Dla klubu, który wychował zawodnika od zera, to cios: lata pracy, pieniędzy i emocji idą na konto kogoś innego. Dla samego zawodnika często oznacza to krok w tył – nowe środowisko, zmiana stylu treningu, utrata relacji i motywacji. W dłuższej perspektywie system traci – małe ośrodki znikają, a duże żyją z „transferów”, nie z wychowu. Nikt tego nie reguluje, nikt nie rozlicza, nikt nie broni słabszych – choć całe środowisko zna liderów tego procederu.
Ten proceder to nie tylko moralny brak klasy — to ekonomia perwersyjna. Duże kluby i „markowe” trenerstwa zbierają gotowych zawodników zamiast budować talenty. To szybko poprawia ich statystyki i pozwala sprzedawać sukces w mediach, ale zabija proces szkoleniowy w mniejszych ośrodkach. System nagradza wynik natychmiastowy, nie wysiłek wychowania. Zawodnik, który przeszedł ścieżkę od początku do końca, przestał być wartością samą w sobie; stał się surowcem do transferu. I nikt nie walczy o to, żeby chronić inwestycję lokalnego klubu — bo w systemie brak mechanizmu, który to sankcjonuje. Efekt: wysysamy energię z dolnego szczebla piramidy, a potem dziwimy się, że nie ma stabilnych mistrzów.
To w małych klubach zaczyna się sport – tam dzieci po raz pierwszy czują zapach chloru, pierwsze starty, pierwsze emocje. Dziś te kluby walczą o przetrwanie. Brakuje torów, brakuje pieniędzy, brakuje trenerów. Wszystko spychane jest na rodziców, którzy finansują treningi z własnej kieszeni. Związek, zamiast wspierać lokalne ośrodki, koncentruje się na kilku „markowych” imprezach i klubach w dużych miastach. W efekcie piramida się zwęża – baza ginie, a bez bazy nie będzie mistrzów. W całym kraju widać to samo: kiedyś pełne składy, dziś kilka nazwisk na listach startowych. Polska pływa coraz węższym strumieniem.
To pokazuje brak energii i woli do zmian. Środowisko działaczy klubowych zbyt często żyje wspomnieniami lat 80. i 90., kiedy pojedyncze talenty zdobywały medale, zamiast dostrzec, że świat poszedł do przodu. Metody szkoleniowe zmieniły się radykalnie – wprowadzono analizy biomechaniczne, wsparcie psychologiczne, technologię – a polskie kluby w dużej części utknęły w dawnych schematach lub bezrefleksyjnym podążaniu daną drogą treningową, bez analizy, czy wnosi ona coś do rozwoju sportowców. Nie zapominajmy, że kiedyś kosmiczna technologia do analizy wideo dziś kosztuje 150 zł i nagrywa w 4K. Modelowanie statystyczne i analityka sportowa – dostępne niegdyś dla nielicznych kadrowiczów – dziś dostępne są w modelach AI za 9$.
Ale nie zaprzęgając do tej debaty już nawet sztucznej inteligencji, zapytajmy – ilu trenerów w Polsce rzeczywiście zachęca rodziców do wykonania okresowych badań dzieciom? Nie chodzi o luksus, lecz o podstawową profilaktykę. Prosty pakiet: morfologia, tarczyca, poziom kortyzolu, kinaza kreatynowa. To badania, które w krajach o rozwiniętej kulturze sportu są normą co kilka miesięcy, a u nas wciąż traktowane są jak fanaberia.
Trenerzy często nie wiedzą, w jakim stanie metabolicznym przychodzi na trening ich zawodnik. Dziecko, które ma anemię, zbyt niski poziom ferrytyny, rozjechany kortyzol albo zaburzoną pracę tarczycy, nie jest „leniwe” – ono po prostu nie ma siły, bo jego organizm nie radzi sobie z obciążeniem. Zamiast diagnozy dostaje kolejną serię.
To dlatego tak wielu młodych pływaków kończy sport nie z braku ambicji, ale z biologicznego wypalenia. Organizm, który przez lata był forsowany bez kontroli, broni się apatią, kontuzjami, brakiem odporności. Gdy połączymy to z systemem, który nie oferuje realnej opieki medycznej, nie monitoruje zmian hormonalnych, nie ma procedur regeneracyjnych – wychodzi obraz patologiczny. Pływanie staje się wtedy nie rozwijającą pasją, ale procesem powolnego zużycia.
Brak podstawowej wiedzy z zakresu endokrynologii sportowej u trenerów i działaczy to jedno z najbardziej przemilczanych źródeł problemów w polskim pływaniu. Wielu szkoleniowców nie rozumie, że długotrwały trening w okresie dojrzewania to nie tylko wysiłek fizyczny, ale także ingerencja w gospodarkę hormonalną dziecka. Nieumiejętne planowanie obciążeń, brak monitorowania cyklu hormonalnego u dziewcząt, niedobory kaloryczne i zbyt duża liczba jednostek treningowych w czasie wzrostu – wszystko to prowadzi do trwałych zaburzeń metabolicznych.
Dziewczęta w wieku 13–17 lat reagują na przeciążenie zupełnie inaczej niż chłopcy. Zbyt intensywny trening, zbyt mało regeneracji i brak zbilansowanego żywienia rozregulowują tarczycę, zaburzają pracę osi podwzgórze–przysadka–gonady i spowalniają metabolizm. Już na etapie przejścia z kategorii juniorskiej do seniorskiej zaczynają być widoczne pierwsze symptomy przeciążenia: wahania wagi, spadek energii, rozdrażnienie, problemy z koncentracją. Dziewczęta, które jeszcze rok wcześniej biły rekordy i trenowały z pasją, nagle zaczynają walczyć nie z rywalkami, lecz z własnym ciałem. Organizm, przez lata forsowany w imię wyników, przestaje nadążać za ambicjami trenerów.
Skutek jest dramatyczny: po zakończeniu kariery wiele zawodniczek doświadcza gwałtownego wzrostu masy ciała, chronicznego zmęczenia, problemów z gospodarką hormonalną i nastrojem.
W świecie nauki sportowej wiadomo, że młody organizm nie może być traktowany jak dorosły. W Polsce wciąż pokutuje przekonanie, że więcej znaczy lepiej – więcej kilometrów, więcej treningów, więcej potu. Tymczasem każde „więcej” bez wiedzy endokrynologicznej kończy się rachunkiem do zapłacenia po latach. To rachunek, który płacą dziewczyny, gdy system już dawno o nich zapomniał.
I tu wraca wątek wyjazdów do USA. Tamtejsze uniwersytety zanim podpiszą stypendium, robią zawodnikowi komplet badań: EKG, krew, wydolność, konsultacje z dietetykiem i psychologiem. To nie jest troska humanitarna, to inwestycja w wynik i bezpieczeństwo. U nas podobny standard ma może garstka kadr narodowych. Reszta działa „na oko”.
To właśnie dlatego dla wielu rodzin wyjazd dziecka za ocean jest nie tylko szansą na edukację, ale też ucieczką do systemu, w którym sport młodzieżowy traktuje się poważnie – jako proces fizjologiczny, nie jako emocjonalny teatr trenerów. W Polsce wciąż żyjemy w epoce przekonań, że zdrowie i talent „się robią”, zamiast je mierzyć, badać i chronić.
Zanim zaczniesz czytać dalej daj znać znajomym, trenerom i innym rodzicom o tym raporcie. Tylko szerokie udostępnienie pozwoli nam coś zmienić w środowisku pływackim w Polsce.
Kliknij i wyślij przez WhatsApp!
Do tego dochodzi niedostateczne wsparcie dietetyczne, które w Polsce praktycznie nie istnieje poza poziomem reprezentacyjnym. Na stołówkach szkół sportowych i w ośrodkach treningowych wciąż królują menu sprzed dekad – kaloryczne, przypadkowe, zbudowane z tanich węglowodanów, bez uwzględnienia potrzeb rozwijającego się organizmu. Nikt nie liczy zapotrzebowania energetycznego zawodnika, nikt nie koryguje jadłospisu pod intensywność mikrocyklu. W efekcie młodzi pływacy trenują na niedoborach, regenerują się na pół gwizdka, a rosnące dziewczęta funkcjonują w stanie chronicznego deficytu.
Brak dietetyka w strukturze szkolenia to nie detal – to systemowa ślepota. Jedna źle zaplanowana przerwa w posiłku, jeden sezon na zbyt niskiej podaży energii i białka, może wywrócić cały rozwój hormonalny i metaboliczny dziecka. Zamiast wspierać wzrost, trening zaczyna go hamować. Dlatego w wielu ośrodkach młodzi sportowcy nie tyle „nie mają formy”, ile po prostu są niedożywieni na poziomie komórkowym. Profesjonalna opieka żywieniowa powinna być nie dodatkiem, ale obowiązkowym elementem programu szkoleniowego — równie ważnym jak plan treningowy i opieka lekarska.
Nad tym wszystkim stoi Polski Związek Pływacki, który zachowuje się bardziej jak bierny obserwator niż lider. PZP nie wypracował mechanizmów, które zmusiłyby szkoły i kluby do współpracy. Nie ma realnych standardów ani systemu kontroli jakości. Zadajmy pytanie – czy PZP posiada wgląd w wyniki rekrutacji do klas 4 i czy ma narzędzia do monitorowania rozwoju pływaków, czy wie, które kluby mają największy realny odpływ zawodników? Chodzi o realną liczbę zawodników, czyli nie zgłoszonych do SEL, tylko startujących w rywalizacji. Czy nagradza kluby, które mają najmniejszy odsetek odejść?
W sprawozdaniach Związku coraz trudniej ustalić, kto faktycznie odpowiada za cokolwiek. W dziale „Biuro” pojawia się kilkanaście, a miejscami blisko dwadzieścia nazwisk – część to etaty, część zlecenia, część nieoznaczone „współprace”. Formalnie mamy więc biuro rozrośnięte jak ministerstwo, a realnie nikt nie wie, gdzie kończy się administracja, a zaczyna praca merytoryczna. Biuro Związku stało się strukturą samą dla siebie – rozlicza obecność, nie efekty. Nie prowadzi twardych danych o naborach, nie publikuje wskaźników pracy trenerów czy klubów, nie analizuje trendów odpływu zawodników. Za to świetnie potrafi utrzymywać status quo i wzajemne zależności. To klasyczny przykład instytucji, która rozrosła się szybciej niż potrzeby środowiska i dziś ciąży nad nim jak biurokratyczny balast.
Związek zamiast być miejscem współpracy, stał się polem bitwy. Środowisko jest podzielone – jedni utożsamiają się z byłym prezesem, inni z obecną prezes, część rozgrywa własne interesy. Z tego chaosu biorą się sytuacje absurdalne: dwa duże ogólnopolskie meetingi w tym samym terminie, kluby przeciągane jak w rozgrywkach politycznych, sponsorzy rozrywani między frakcjami. Nie ma wspólnej strategii kalendarza, nie ma myślenia o całym środowisku. Każdy organizuje „swoje” zawody, by pokazać, że istnieje. W efekcie poziom sportowy się rozmywa, bo najlepsi zawodnicy rozjeżdżają się po różnych imprezach. Zamiast współpracy – licytacja i walka o skromne środku sponsorów i dotacje ministerialne.
Sprzeczność interesów i jej skutki
Taka sprzeczność interesów szkoły i klubu sprawia, że młodzi pływacy nie zawsze otrzymują optymalne warunki rozwoju. Szkołom zależy przede wszystkim na realizacji podstawy programowej i zaliczeniu przez uczniów egzaminów – bo z tego są rozliczane – a także na utrzymaniu frekwencji w oddziale sportowym (co zapewnia finansowanie i dodatkowe etaty dla nauczycieli WF). Nie mają bezpośredniego bodźca, by „produkować” medalistów – wysoki wynik sportowy ucznia nie przekłada się na wymierną korzyść dla szkoły (czasem wręcz generuje problemy organizacyjne, np. zwalnianie z zajęć na zawody, układanie indywidualnego toku nauki itp., na co wiele szkół nie chce się godzić).
Kluby natomiast chcą wychowywać zawodników na mistrzów, zdobywać medale mistrzostw Polski czy kwalifikacje na zawody międzynarodowe – ale zdają się na szkołę, mimo że wiedzą, iż nie mogą w pełni decydować o treningu.
W efekcie cierpi zawodnik – będący niejako między młotem a kowadłem. Ten problem jest szczególnie istotny w szkołach ponadpodstawowych i wyjaśnia, dlaczego talenty giną na tym etapie. Jeśli dyrekcja szkoły nie jest przychylna sportowcom, może np. nie zgadzać się na dostosowanie planu lekcji do treningów czy wyjazdów na zawody. Sam Tuszyński wskazuje, że w wielu liceach dyrekcje nie są zainteresowane ulgami dla pływaków, np. zmianą planu pod trening. Dla ambitnego pływaka oznacza to konieczność godzenia ciężkiego treningu z pełnymi wymogami szkolnymi – co często okazuje się zbyt trudne, szczególnie w przypadku treningów porannych. Rodzice priorytetyzują edukację, więc nastolatek trafia do szkoły, która nie pozwala mu kontynuować kariery – i sport porzuca, nawet jeśli był niezwykle utalentowany.
Trudno się temu też dziwić w sytuacji, kiedy większość SMS-ów plasuje się na szarym końcu rankingów edukacyjnych, oferując nie najwyższy poziom nauczania.
Negatywne skutki obecnego systemu widać wyraźnie w statystykach. W Warszawie – z 700 startujących w stolicy młodzików robi się 150 juniorów; w wielu miastach nabór do SMS to łapanka i walka o nielicznych zawodników. I tu kolejny absurd – jeśli SMS działa we współpracy z klubem X, a zawodnik pochodzi z klubu Y, konieczna jest zmiana barw klubowych. SMS-y nie są instytucjami suwerennymi. Wielu zawodników woli zatem pozostać w macierzystym klubie i stara się łączyć naukę w liceum z pływaniem.
To wszystko oznacza to drastyczny odpływ zawodników przy przejściu z kategorii dziecięcych do juniorskich – ponad 3/4 młodych pływaków ginie po drodze. „Gubimy talenty hurtowo”, a system szkolenia zawodzi. Co więcej, nawet spośród tych, którzy pozostają w sporcie do wieku juniora, wielu nie robi dalszego postępu. Część najbardziej uzdolnionych decyduje się wyjechać na studia i trening do USA – część młodych polskich pływaków wybiera amerykańskie uczelnie zamiast krajowego systemu .
Polski system nie potrafi więc zatrzymać i w pełni rozwinąć nawet tych talentów, które udaje się na początku wyszkolić. Od pewnego czasu widać jednak coraz większe problemy w podążaniu tą ścieżką. Polscy zawodnicy lądują głównie w uniwersytetach z 2. i 3. dywizji, a dodatkowo – od wyboru nowego prezydenta – dostęp do stypendiów sportowych dla sportowców spoza USA jest znacząco ograniczony.
Pomimo tych ograniczeń ten rok to istny eksodus polskich zawodników do USA. Ale co z tego wynika?
Wyjazdy do USA stały się w polskim pływaniu nowym rytuałem przejścia. Kiedyś marzyło się o kadrze, rekordach i biało-czerwonej czepce z orłem. Dziś dla wielu młodych zawodników ten sam trening, te same godziny na basenie są po prostu walutą wymienną – środkiem do celu, jakim jest stypendium i wykształcenie. Ci, którzy jadą, coraz rzadzej wyjeżdżają, by stać się mistrzami świata. Jadą, by „wypływać sobie edukację”: dostać się na uczelnię, której czesne warte jest tysiące dolarów, zdobyć dyplom, znaleźć zawód i stabilne życie lub po prostu by przeżyć przygodę. Pływanie, które w Polsce stało się drogą donikąd, w Ameryce daje im bilet do normalności.
To nie cynizm rodziców ani kalkulacja dzieci – to strategia przetrwania w systemie, który nie daje innej perspektywy. Rodziny wiedzą, że medal na mistrzostwach Polski nie przekłada się na nic: ani na stypendium, ani na sensowną karierę. Wiedzą też, że w kraju nikt nie zaproponuje młodemu sportowcowi realnej ścieżki łączenia sportu z edukacją. Dlatego plan układa się wcześnie: najpierw czasy kwalifikujące do amerykańskich uniwersytetów, potem rozmowy z trenerami z USA, a dalej – wyjazd.
Paradoks polega na tym, że większość tych pływaków przestaje w ogóle myśleć o reprezentowaniu Polski. Ich „projekt pływacki” kończy się tam, gdzie zaczyna się nowy rozdział w życiu akademickim. Osiągają stabilność, zdobywają dyplomy, pracują w korporacjach, czasem zostają trenerami. Sport wyczynowy stał dla nich tylko narzędziem do wyjścia z pułapki – z kraju, w którym sukces sportowy nie daje żadnej gwarancji. To cicha, nieopowiedziana historia polskiego pływania: fala emigracji, która nie wynika z ambicji, tylko z rezygnacji. I nie jest to winą zawodników – a jedynie systemu jaki zarządza polskim pływaniem.
Do tego dochodzi brak myślenia systemowego już u podstaw – w zasadzie żadne poważne zawody pływackie nie są wpisane na listy kuratoriów jako konkursy premiowane punktami do liceum. To sprawia, że mistrz Polski czy rekordzista kraju nie dostanie dodatkowych punktów przy rekrutacji, a dziecko, które wygra powiatowe zawody „w kręgle” organizowane przez SZS – już tak. Podobnie jak dziecko wygrywające korespondencyjny konkurs plastyczny albo zawody wiedzy o niczym. Totalnie nieliczne LO pozwalają łączyć sport wyczynowy z nauką. A przecież wyczynowy sportowiec może zostać zwolniony systemowo z obowiązku uczestnictwa w zajęciach WF czy godzinie wychowawczej, może otrzymać narzędzia do nauki zdalnej. Tak się jednak nie dzieje.
Z perspektywy młodego sportowca i jego rodziców oznacza to jedno: sport wyczynowy się „nie opłaca”. Opłaca się SKS, fikcyjny wolontariat i absurdalny konkurs, a nie kadra narodowa. To czysta demotywacja i kolejny element wypychający dzieci z systemu.
Brak spójnego planu szkolenia i archaiczny system
Na problemy nakłada się brak jednolitej strategii i planu szkolenia młodych pływaków w skali kraju. Choć Polski Związek Pływacki opracował formalnie „Program szkolenia sportowego w pływaniu dla oddziałów sportowych i szkół sportowych”, to – abstrahując od jego archaiczności – jest on tylko dokumentem: nie istnieje mechanizm egzekwowania jego realizacji w każdej szkole czy klubie.
Związek nie ma żadnych narzędzi (formalnych, systemowych, technicznych) do monitorowania procesu szkoleniowego. Co więcej – jak wspomnieliśmy wcześniej – nie ma nawet wpływu i wglądu w etap rekrutacji, choć etap ten jest w Programie szkolenia sportowego w pływaniu dokładnie opisany.
Trenerzy, którzy pracowali z polonijnymi dziećmi w USA czy Kanadzie, opisują coś, co w Polsce niemal nie istnieje: motywację opartą na perspektywie.
Powiedzmy to jasno i głośno. PZP podobnie jak większość klubów nie zbudował żadnej ścieżki rozwoju dla zawodników. Nie istnieją żadne długofalowe plany szkoleniowe oparte o konkretny mierzalny cel jakim mogą być np. Igrzyska Olimpijskie.
Tam 17-latek wie, że jeśli osiągnie konkretny wynik, dostanie ofertę ze znanej uczelni i stypendium. Widzi ścieżkę – od sukcesu sportowego do zawodowego życia. W Polsce nikt takiej ścieżki nie widzi, bo jej nie ma. Pływak w wieku licealnym słyszy tylko: „rób swoje, może się uda”. Nic dziwnego, że wygrywa edukacja, nie sport. Ambitni jadą na studia do USA, reszta odchodzi. Zostają nieliczni, którzy wierzą, że coś się wreszcie zmieni – ale system nie daje im żadnych narzędzi, by zostać.
Absurd naborów i brak systemowych zachęt
Problem z kształceniem mistrzów zaczyna się już na samym początku. Szkoły nie chcą aktywnie promować klas sportowych, bo traktują je jako odpływ uczniów. W praktyce chodzi o jednego czy dwóch uczniów w roczniku, ale to wystarcza, by wiele dzieci nigdy nie dowiedziało się o możliwości rekrutacji. W ten sposób talenty gubią się jeszcze zanim wejdą do systemu.
Urzędy miast – będące formalnym zarządzającym szkołami – nie prowadzą żadnych programów masowej oceny uzdolnień sportowych uczniów. Choć dzieci piszą liczne testy przedmiotowe, nikt nie prowadzi w 3. klasie testów predyspozycji sportowych. Jest to szczególnie dziwne w kontekście pływania. W Polsce prowadzony jest bowiem program powszechnej nauki pływania „Umiem pływać”, który jest adresowany do uczniów szkół podstawowych z klas I–III w całej Polsce. Zakłada on systematyczny i powszechny udział dzieci w pozalekcyjnych i pozaszkolnych zajęciach sportowych z zakresu nauki pływania. Jednocześnie nie zakłada on prowadzenia pod koniec klasy 3 egzaminów sportowych z pływania oraz kampanii informacyjnej o możliwości uczestnictwa w rekrutacji do klasy pływackiej. Państwo finansuje naukę pływania, ale nie interesuje się, co z tą inwestycją dzieje się dalej. To jakby co roku sadzić dziesiątki tysięcy drzew i nigdy nie sprawdzić, które się przyjęły. Dzieci kończą trzecią klasę, program się kończy, a z nimi kończy się zainteresowanie systemu. W efekcie olbrzymi lejek naborowy jest nieszczelny, a potencjalni sportowcy giną w ciszy – zanim ktokolwiek zdąży ich zauważyć.
W 2024 przeszkolono około 67 000 dzieci; w latach wcześniejszych 2016–2018 (łącznie): ok. 323 000 uczestników.
Daje to nam 25–30 tysięcy dzieci w klasie 3 regularnie uczęszczających na basen. W 2024 roku przełożyło się to na około 2500 uczniów klas pływackich. Tyle że ważniejsza jest inna informacja: ilu uczniów stanęło do rekrutacji, z jakiej puli wybieraliśmy. Tego niestety nie wie obecnie nikt. W idealnym modelu wstępna preselekcja powinna odbyć się u każdego z tych 25 tysięcy uczniów.
Co to oznacza – otóż w roku 2018 weszliśmy w rekrutację pływacką do klas 4, kształcąc około 35 tysięcy dzieci w roczniku w klasach 1–3. Rok 2024 zaczynamy, kształcąc około 25 tys. dzieci, czyli o 40% mniej niż kilka lat temu. Ilu da nam to zawodników w wieku licealnym? Nabór do dwunastu pływackich SMS-ów i sens ich istnienia stoi pod znakiem zapytania.
W praktyce zatem poziom szkolenia zależy od lokalnych działaczy, ale przede wszystkim od indywidualnej inicjatywy trenerów-entuzjastów. Jeśli dodatkowo w danym mieście klub i szkoła świetnie współpracują, efekty mogą być dobre.
Problem w tym, że dodatek motywacyjny dla odnoszącego sukcesy trenera to 100–150 zł – i to odróżnia go od innego, który robi totalne minimum lub mniej. Do tego dochodzą zawody i – w praktyce – drugie wychowawstwo. Nic dziwnego, że wielu z nich rezygnuje.
Tyle że w wielu przypadkach (jeśli nie większości) tej współpracy brak, a żaden organ samorządowy czy centralny nie koordynuje procesu na poziomie podstawowym.
Trenerzy z długoletnim stażem mówią wprost: obecny model szkolenia pływaków w Polsce jest przestarzały. „System oparty wyłącznie na SMS-ach niszczy polskie pływanie. To, co było dobre pod koniec lat 70., dziś już się nie sprawdza” – twierdzi Tuszyński.
Koncepcja szkół mistrzostwa sportowego powstała dekady temu w innej rzeczywistości. Dziś, zwłaszcza w dużych miastach, nie spełnia swojej roli. Rodzice wybierają dla nastolatka raczej renomowane liceum niż SMS, który często nie zapewnia wysokiego poziomu nauczania. W efekcie utalentowany pływak zamiast do sportowego liceum trafia do zwykłego – gdzie nie ma warunków do treningu na wysokim poziomie – i kończy karierę.
System nie przewidział mechanizmów, by utrzymać te talenty w sporcie bez szkody dla ich edukacji. Brakuje długofalowego planu, który spinałby etapy szkolenia: od nauki pływania, przez klasę sportową w podstawówce, przez wsparcie w wyborze szkoły średniej i dalej – kariery zawodniczej. Każdy etap jest obecnie zarządzany przez inny podmiot (samorządowa szkoła, klub, związek) i nie ma ciągłości.
Model SMS-ów, który w latach 80. był wzorem, dziś stał się własną karykaturą. Z założenia miał łączyć naukę i sport, w praktyce często łączy zmęczenie z frustracją. Wiele dzieci trafia tam już przemęczonych po okresie szkoły podstawowej, dociśniętych objętością treningu, byle szybciej „zrobić wynik”. W SMS-ie następuje zatrzymanie – organizm, który miał rozwijać się stopniowo, jest wypalony. Brakuje indywidualizacji, nowoczesnych metod, pracy z psychologiem, kontroli obciążeń. Do tego dochodzi beton strukturalny: młodzi trenerzy są spychani na margines przez starszych wychowanków układu, a ambitni szkoleniowcy często mający w portfolio wychowanków startujących na igrzyskach bywają formalnie traktowani jak asystenci nauczycieli WF-u. Zamiast środowiska rozwoju mamy środowisko przetrwania. SMS-y działają jak węzeł, w którym kumuluje się cały absurd systemu: przestarzałe metody, nierealne wymagania i brak mechanizmów oceny jakości pracy.
Do tego dochodzi trwale lekceważony segment trenerów najmłodszych grup – ludzi, od których wszystko się zaczyna. To oni uczą dzieci podstaw techniki, wprowadzają w rytm treningowy, rozpalają pierwsze emocje związane z rywalizacją. A jednak w strukturze PZP i w klubach to właśnie oni są najniżej w hierarchii, najgorzej wynagradzani i najczęściej wymieniani. Brakuje jakiegokolwiek systemowego docenienia tej pracy. Nie jest przypadkiem że topowi nastoletni zawodnicy mają tak potężne braki techniczne, że bazują głównie na wrodzonych predyspozycjach i wypływaniu. Ale to za mało aby nie stanąć.
Nie ma premii, nie ma programów wsparcia, nie ma realnego awansu w ramach ścieżki kariery. Trener początkujący ma być „od odwalania roboty” – tłumaczenia, ustawiania torów, pilnowania dzieci. Potem odchodzi, wypalony, bez perspektyw, a jego miejsce zajmuje kolejny nowy, który znów zaczyna od zera.
W efekcie właśnie na najważniejszym etapie rozwoju – między 7. a 12. rokiem życia – pływacy rotują między przypadkowymi szkoleniowcami, którzy często nie mają ani zaplecza merytorycznego, ani stabilizacji finansowej. Związek nie ma dla nich żadnego programu motywacyjnego, żadnej ścieżki rozwoju, żadnego systemu mentoringu.
To absurd, bo w każdym sporcie o sukcesie decyduje nie ten, kto stoi na słupku obok olimpijczyka, ale ten, kto kilkanaście lat wcześniej pierwszy położył mu rękę na wodzie. Bez uznania i wsparcia dla tych ludzi cały system jest jak budynek bez fundamentów – może wyglądać solidnie, ale prędzej czy później zacznie pękać.
Brak obowiązkowych szkoleń i realnego doskonalenia trenerów to kolejny rozdział w tej samej historii zastoju. Od lat powtarzają się te same nazwiska, te same prezentacje, te same slajdy z czasów, gdy analiza biomechaniczna była luksusem, a nie aplikacją w telefonie. W środowisku trenerskim panuje stagnacja — nie dlatego, że brakuje ludzi z pasją, ale dlatego, że system nie wymaga od nikogo rozwoju. Kursy licencyjne przypominają rytuał odhaczania papieru, nie proces nauki.
Paradoksalna jest sytuacja, w której Polski Związek Pływacki organizuje płatne warsztaty z zagranicznymi trenerami jak komercyjna firma coachingowa, a nie federacja odpowiedzialna za poziom krajowego szkolenia. Mało tego — nagrania wideo z tych wykładów, które mogłyby być świetną bazą wiedzy dla trenerów z całego kraju, są płatne i dostępne jedynie przez krótki czas, po czym znikają. W praktyce oznacza to, że wiedza, za którą wszyscy de facto już zapłacili ze składek i publicznych dotacji, pozostaje towarem reglamentowanym.
Takie szkolenia powinny być obowiązkowe dla wszystkich trenerów z licencją PZP i kończyć się egzaminem potwierdzającym poziom wiedzy. Wyniki egzaminów powinny z kolei stanowić podstawę okresowej oceny trenerskiej – tak jak w każdej branży, w której odpowiedzialność zawodowa ma realne znaczenie. Brak takiego systemu sprawia, że wielu szkoleniowców przez dekady funkcjonuje bez aktualnej wiedzy, a młodzi, ambitni trenerzy, którzy chcieliby się rozwijać, są systemowo tłumieni przez starsze układy.
Zamiast środowiska uczącego się, mamy środowisko pilnujące, żeby nikt niczego nowego nie wprowadził.
Najtrudniejszy moment przychodzi właśnie liceum. Młody zawodnik, który w podstawówce trenował po dziesięć razy w tygodniu, nagle nie ma już siły ani sensu. Wyniki stoją, ciało się buntuje, głowa nie nadąża. System szkolenia zbudowany jest tak, że premiuje krótkoterminowy efekt – medal na mistrzostwach młodzików – a nie długofalowy rozwój. Ale winny jest nie tylko „system”, poteżny ciężar odpowiedzialności ponoszą rodzice – „dziecko wytrzyma”. Rodzice często w imię realizacji własnych ambicji wywierają presję na klub, szkołę, trenerów i dziecko aby wyniki były tu i teraz.
Do tego dochodzi brak psychologicznego wsparcia i poczucie izolacji. Wielu zawodników kończy karierę w wieku 16–17 lat. Część dlatego, że po prostu nie widzi dalszej drogi – żadnej ścieżki edukacyjnej, żadnego stypendium, żadnej opieki. To nie są leniwi nastolatkowie. To zmęczeni dorośli, których system zużył, zanim zdążył im pomóc.
Dodatkowo, w wielu ośrodkach klasy pływackie mają dziś wysoki udział dzieci z Ukrainy — lokalnie nawet ok. 20–25% rocznika. To ważne z perspektywy systemu naboru: część tych zawodników, nawet jeśli przez kilka lat trenuje i startuje w Polsce, docelowo może reprezentować kraj rodziców, nie Polskę (kwestie obywatelstwa, decyzji rodzinnych czy planów edukacyjnych). W praktyce oznacza to, że realna krajowa pula naborowa do kadr (w ujęciu długoterminowym, czyli pod kątem juniora/seniora) jest mniejsza niż wynikałoby to z bieżącej liczby uczniów w klasach sportowych. Do tego dochodzą bariery formalne (obywatelstwo, licencje, zmiana barw narodowych) i naturalne migracje rodzin, które kumulacyjnie uszczuplają „polski” lejek selekcyjny. Efekt: nawet jeśli na etapie klas I–III widzimy pełne tory, to przewidywana podaż kandydatów do polskich kadr juniorskich i seniorskich jest jeszcze węższa niż wskazują suche wolumeny uczestników.
Brak kadr wojewódzkich – dziura w systemie, której nikt nie łata
Kiedyś kadry wojewódzkie stanowiły naturalny pomost między klubem a kadrą narodową. Dawały młodzieży szansę wspólnych treningów, poznania rówieśników z innych ośrodków, rywalizacji w regionie, wymiany doświadczeń. Były też poligonem dla trenerów – miejscem, gdzie mogli konfrontować metody, uczyć się od siebie, obserwować różne modele pracy. Dziś większość z tych struktur istnieje tylko na papierze albo w formie szczątkowej, organizowanej doraźnie przy okazji wojewódzkich mistrzostw.
Brak realnych kadr wojewódzkich powoduje, że młodzi pływacy są uwięzieni w lokalnych bańkach. Ćwiczą ciągle z tymi samymi rywalami, słyszą te same komendy, nie mają punktu odniesienia. Dziecko z małego klubu nie zobaczy, jak wygląda trening na wyższym poziomie, a utalentowany junior z większego miasta nie poczuje, że ktoś mu depcze po piętach. Zamiast zdrowej konkurencji mamy stagnację.
Na tym etapie kariery potrzebne jest poczucie, że sport dzieje się szerzej niż tylko „u nas na basenie”. W Polsce brakuje struktur, które by to umożliwiały.
Związek centralny, zajęty polityką i utrzymywaniem papierowych kadr narodowych, odpuścił poziom pośredni, który w innych krajach jest fundamentem. Wojewódzkie ośrodki mogłyby pełnić rolę inkubatorów talentów, miejsc pierwszej konfrontacji z wyższą intensywnością treningu i rywalizacji. Dziś niczego takiego nie ma.
Trenerzy z małych klubów nie mają dokąd zgłaszać swoich najlepszych zawodników, a młodzież nie ma gdzie poczuć ducha rywalizacji poza lokalnym podwórkiem. W efekcie potencjał regionów się marnuje, a droga z klubu do kadry narodowej wygląda jak przeskok przez przepaść. Sytuacją skrajnie absurdalną jest że trenerzy juniroskich kadr narodowych nie pozostają w kontakcie z trenerami topowych zawodników którzy za 1-2 lata bedą stanowić bazę ich kadry. Trudno zrozumieć dlaczego PZP nie posiada bazy danych zawodników wraz z danymi o ich treningach i wynikach.
Kadra Wojewódzka, w teorii obejmująca najlepszych młodzików i juniorów z danego regionu, w większości województw istnieje tylko w dokumentach. Poza wyjątkami – jak Śląsk, Mazowsze czy Wielkopolska – nie prowadzi żadnej realnej działalności. Tylko nieliczne okręgi organizują dla tych zawodników bezpłatne obozy po sezonie. W pozostałych udział w zgrupowaniu to przywilej z 20-procentową zniżką i własnym rachunkiem do zapłacenia.
Nie ma wspólnych zawodów, konsultacji ani programu szkoleniowego. W wielu miejscach kadra kończy się na wręczeniu koszulki z napisem Kadra Wojewódzka – i niczym więcej. To martwa struktura, która miała być pomostem między klubem a kadrą narodową, a stała się pustym symbolem systemu, który przestał działać.
W większości województw „kadra” to kilka nazwisk powoływanych z przyzwyczajenia, bez realnego programu szkoleniowego, zgrupowań czy kalendarza działań. Nie ma obozów, konsultacji, wspólnych testów sprawnościowych ani treningów integrujących środowisko. To martwy poziom struktury, a przecież to właśnie tutaj powinno się wyłapywać i rozwijać zawodników zanim zgasną w wieku 15–16 lat.
Bez silnych kadr wojewódzkich polskie pływanie nie ma piramidy szkoleniowej – ma tylko wierzchołek i dno.
Jak to się robi na Węgrzech (i nie tylko)?
Dla kontrastu warto spojrzeć na kraje, które od lat odnoszą sukcesy w pływaniu – jak Węgry czy Holandia. Nie dlatego, że Polacy mają gorsze predyspozycje – nasi trenerzy zgodnie twierdzą, że talentu nam nie brakuje.
Baza potencjalnych talentów jest ogromna. W ostatnich pięciu latach w zawodach zgłoszonych przez system SEL (System Ewidencji i Licencji PZP) wystartowało około 80 tysięcy zawodników. To potężna grupa. A mimo to w poszczególnych rocznikach nie udaje się zbudować nawet jednej mocnej sztafety na imprezę międzynarodową. Gdzie giną ci ludzie? Odpowiedź jest brutalna: giną w systemie, który nie daje im motywacji, jasnej ścieżki rozwoju ani wsparcia w pogodzeniu sportu z edukacją.
Węgry to kraj znacznie mniejszy (ok. 10 mln mieszkańców), a jednak zdobyły dziesiątki medali olimpijskich w pływaniu. Działa tam spójny system klubowy wspierany przez państwo. Już na etapie szkoły podstawowej najzdolniejsze dzieci trafiają do mocnych ośrodków treningowych. Istnieją co prawda szkoły sportowe, ale kluczową rolę odgrywają silne kluby – z tradycjami i znakomitymi trenerami – które mają realny wpływ na plan dnia młodego zawodnika. Treningi odbywają się dwa razy dziennie; jeśli zawodnik uczęszcza do zwykłej szkoły, ta często współpracuje z klubem, by umożliwić np. wcześniejsze rozpoczęcie lekcji pływania rano. Ważna jest też ciągłość szkolenia – najlepsi juniorzy przechodzą płynnie pod opiekę trenerów kadry narodowej, nie ma „dziury” między wiekiem juniora a seniorskimi wynikami.
Holandia z kolei stawia na powszechność sportu od podstaw. „W Holandii w każdym mieście, a nawet na każdym osiedlu jest pływalnia. Każdy Holender umie pływać. Szeroka baza piramidy – niemal 100% dzieci uczących się pływać – sprawia, że talentów do wyczynu jest dużo więcej.
W krajach takich jak USA czy Australia prężnie działają szkolne ligi pływackie oraz system stypendiów sportowych, dzięki którym nastolatkowie mogą łączyć edukację z intensywnym treningiem. W rezultacie utalentowany pływak nie jest stawiany przed wyborem „sport albo nauka” – system umożliwia jedno i drugie. W Polsce tego brakuje, zwłaszcza na etapie szkoły średniej, co dramatycznie odbija się na karierach sportowych zaczynających się w podstawówce.
Warto podkreślić, że Polacy w przeszłości potrafili osiągać sukcesy, trenując w kraju. Prawie wszyscy nasi pływaccy medaliści olimpijscy i większość rekordzistów czy finalistów mistrzostw świata trenowało do pewnego momentu w Polsce. To dowodzi, że system nie jest zły u samych podstaw – potrafimy wyszkolić młode talenty. Problem w tym, że system nie ewoluował, a warunki wokół się zmieniły. Dwadzieścia lat temu zaczęto kwestionować stary model treningu, ograniczając objętość zajęć w imię „mądrego trenowania mniej”. Być może – sugeruje Skorykow – poszliśmy w tej zmianie zbyt daleko, rezygnując z ciężkiej, systematycznej pracy, zanim zbudowano ku temu odpowiednie struktury. Pamiętajmy też o zmianie pokoleniowej i zupełnie innym podejściu do czegoś, co kiedyś nazywano etosem pracy. Teraz wszystko musi być osiągane minimalnym wysiłkiem. Pływanie to zdecydowanie nie sport wpisujący się w taki model.
Węgrzy czy Australijczycy kontynuowali swoje tradycje treningowe, jednocześnie modernizując metody, ale nie zmniejszając drastycznie obciążenia pracy u młodzieży. Polski system – zagubiony między starą a nową szkołą treningu – nie wypracował do dziś jednej spójnej filozofii szkolenia, którą wdrażałoby się we wszystkich ośrodkach.
Wnioski – co należałoby zmienić?
Z powyższej analizy wyłania się obraz systemu, w którym brak jasno wyznaczonej odpowiedzialności i wspólnego celu dla szkoły i klubu doprowadza do marnowania potencjału młodych pływaków. Aby polskie pływanie przestało kuleć, konieczne są zmiany systemowe:
- Ściślejsza współpraca szkół z klubami – nie tylko na papierze, ale realnie dodatkowo egzekwowana przez organ założycielski. Być może należy wprowadzić mechanizmy wymuszające tę współpracę, np. wspólne zatrudnianie trenerów (częściowo przez szkołę, częściowo przez klub), regularne uzgadnianie planów treningowych i edukacyjnych dla sportowców.
- Zmiana motywacji szkół – warto rozważyć mechanizmy premiujące szkoły za wyniki sportowe uczniów. Mogą to być np. dodatkowe punkty w ocenie pracy szkoły, nagrody finansowe dla placówek czy awanse dla nauczycieli-trenerów za sukcesy podopiecznych. Obecnie brak takiej zachęty sprawia, że szkoła nie czuje misji w wychowywaniu mistrzów.
- Elastyczny system edukacji dla sportowców – zwłaszcza na progu szkoły średniej należy zapobiegać zjawisku utraty zawodników. Chodzi o to, by w dużych miastach najzdolniejsi pływacy nie rezygnowali z kariery z powodu wyboru dobrego liceum. Jednak bez wsparcia ministerialnego i porozumień między resortami edukacji i sportu taki pomysł się nie uda.
- Rozszerzenie bazy i upowszechnienie pływania – w dłuższej perspektywie nie da się zbudować potęgi pływackiej bez zwiększenia liczby dzieci trenujących; do tego niezbędna jest powszechna preselekcja w oparciu o program „Umiem pływać”.
- Obowiązkowe zgłaszanie najważniejszych imprez pływackich na listy punktowane Kuratoriów Oświaty w celu zwiększenia atrakcyjności nie tylko tych imprez, ale samego pływania. Młodzi zawodnicy i ich rodzice muszą mieć pewność, że pływanie „opłaca się” nie tylko w wymiarze fizycznym, ale także jest bonusem edukacyjnym.
- Obowiązkowe, regularne szkolenia i certyfikacje trenerów, z naciskiem na wdrażanie nowoczesnych metod treningowych, wiedzy z zakresu fizjologii i endokrynologii sportowej oraz wykorzystanie technologii analitycznych w monitoringu zawodnika.
- Organizacja wojewódzkich kadr pływackich, dających możliwość wspólnych treningów, wymiany doświadczeń trenerskich i rywalizacji regionalnej młodzieży, będących pomostem między klubem a kadrą narodową.
- Wprowadzenie profesjonalnego wsparcia dietetycznego dla młodych sportowców na stołówkach szkolnych i w ośrodkach treningowych; standardem powinny być jadłospisy układane przez dietetyków sportowych i kontrola bilansu energetycznego.
- Utworzenie baz do treningu na lądzie w klubach i szkołach, wspieranych dofinansowaniem i subwencjami na obozy sportowe, co pozwoli wyrównać warunki treningowe między regionami.
- Inwestycja w budowę i dostępność basenów olimpijskich (50 m) w Centralnych Ośrodkach Sportu oraz regionalnych centrach szkoleniowych, tak by zapewnić równy dostęp do infrastruktury niezależnie od miejsca zamieszkania.
Czy ktoś znajdzie odwagę aby te zmiany zainicjować?
Jeśli interesuje Cię temat wyników i systemu szkolenia w pływaniu, może spodobają Ci się również nasze inne artykuły. Sprawdź relację o transferze wiedzy trenerskiej, która pokazuje, jak spotkanie z trenerem Andrzejem Szarzyńskim wzmocniło kadrę KS Barrakuda Gdańsk. Również polecamy wywiad z Michałem Perlem, w którym poruszane są aspekty przygotowania treningowego i organizacji procesu szkolenia.












plywak_mi
Dobrze, że ktoś wreszcie głośno mówi o problemie wyników i systemie szkolenia — bez nowoczesnych programów i wsparcia dla młodzieży dalej będziemy tracić pływackie talenty. Może warto pilotażowo wdrożyć jednolite standardy treningu i realny monitoring ścieżki rozwoju?