Advertisement

„Myślę, że mam wszystkie znane psychologii cechy ADHD-owca. Krzyczę, podskakuję, noszę wszystkie emocje na wierzchu, jak okrycie wierzchnie …”

Podziel się tym:

Mama Janka Gajdy o drodze syna, emocjach i byciu rodzicem sportowca

I. Początki i rodzinne tło

Redakcja: Czy pamięta Pani moment, w którym zdała sobie Pani sprawę, że Janek „ma coś” do pływania?

Anna Gajda: Ta wiedza we mnie dojrzewała latami. Jak Janek w wieku 4 lat zaczynał swoją przygodę z pływaniem na basenie w Pabianicach, jego ówczesny trener (choć trafniejszym byłoby tu określenie mentor), Arek Mik, wygonił mnie z basenu. To był moment, kiedy zrozumiałam, że Jankowi jest tam dobrze. Po 2 latach Arek poprosił mnie o rozmowę i wtedy padły słowa, które wówczas wydały mi się odległe, jak wyprawa w kosmos: Albo zapiszesz go do klasy pływackiej, albo od września przywoź go tu codziennie. Wybór padł na najbliższą szkołę, prowadzącą takie klasy – SP 137 i funkcjonujący tam SKS 137 Delfin-Łódź. Klasa pływacka okazała się dobrym wyborem, bo na jednych z pierwszych zawodów klasowych już było widać, że płynie mu się lekko i zaskakująco szybko. Był przecież o rok młodszy od całej reszty. To chyba był moment, gdy uznałam, że może gra mu w sercu wodna nuta – w końcu urodził się w Gdańsku 😉

Redakcja: Kiedy po raz pierwszy pomyślała Pani: „To będzie jego droga”?

Anna Gajda: Taka myśl pojawiła się u mnie dwukrotnie. Po raz pierwszy, gdy duża część podstawówkowej klasy Janka rezygnowała z pływania, a on trwał w treningach. Wówczas już trzeba było wstawać rano, bo do wody wchodzili o 7.00 – to była już 5. klasa. Pewności, że pływanie jest dla Janka priorytetem, nabrałam, gdy ważniejszym dla niego okazało się łączenie pływania z nauką w liceum, a nie wybrany wcześniej profil klasy. Zdecydował wówczas, że gotów jest iść nawet do klasy biologiczno-chemicznej, aby tylko mógł uczyć się w III Liceum Ogólnokształcącym, które mieściło się obok MKS „Trójka” Łódź. Słowem wybrał liceum, które dało mu możliwość łączenia pływania z nauką (nie odwrotnie). To już nie było hobby, to było jego życie.

Redakcja: Czy pływanie pojawiło się w Waszej rodzinie wcześniej, czy Janek jest pierwszym „prawdziwym sportowcem” w domu?

Anna Gajda: Janka tata pływał w wieku szkolnym, ale zrezygnował gdzieś pomiędzy końcem szkoły podstawowej a liceum. Mój tata, Janka dziadek również był sportowcem i osiągał sukcesy, ale traktował to jak hobby, a nie sposób na życie. Żaden z nich jednak nie osiągnął takiego poziomu, do jakiego dotarł Janek.

Tak na marginesie Janek ma w rodzinie już młodego następcę – 8-letni wnusio mojej kuzynki również zdobywa pierwsze pływackie medale. Kto wie, może to przyszły Mistrz Polski 🙂

Redakcja: Jak wyglądały jego pierwsze lata w wodzie — był żywioł, zabawa, a może od razu ogromna konsekwencja?

Anna Gajda: Pierwsze lata były bardzo zaskakujące. Janek bał się wody, więc moja przyjaciółka zaproponowała, żeby zapisać Janka na zajęcia pływackie. Logiczne, prawda? Tak Janek trafił do Arka Mika. Dzieciaki świetnie się bawiły, zjeżdżały na zjeżdżalni, wyławiały ciężarki z dna… Na szczęście nie wiedziały, że ten basen ma 4m głębokości… Konsekwencja i praca nad wynikami zaczęła się dopiero w podstawówce, w drugiej i trzeciej klasie, gdy trener Jacek Łukomski odkrył, że Janek jest w stanie przepłynąć trening ze starszymi zawodnikami. Wówczas poprosił go, by pokazał szóstoklasistom, jak się pływa motylem.

II. Rola mamy w sportowej drodze Janka

Redakcja: Jak wspomina Pani te wszystkie poranne podwózki na 6:00? Czy to był rytuał, walka ze snem, czy raczej coś absolutnie naturalnego?

Anna Gajda: Bywało różnie. Najtrudniej było zimą, gdy ta 5.30 wydawała się środkiem nocy, a my dreptaliśmy do samochodu. Starałam się nie zastanawiać za bardzo nad tym, żeby nie obudzić wewnętrznego lenia…

Klucz do sukcesu okazał się prozaiczny – należało iść wcześnie spać, dlatego, jak grzeczne przedszkolaki, byliśmy w łóżkach już ok. 21.00-22.00.

Same poranki to najczęściej była to szybka akcja, żeby uchwycić jak najwięcej snu. Gdy wstaliśmy, Janek wypijał koktajl, a ja śniadanie i kawę zostawiałam na później i pędziliśmy na basen. Od przedszkola odprowadzałam lub odwoziłam rano Janka, więc było to całkiem naturalne, tylko godzina się zmieniała… Mieliśmy (i mamy w sumie do dziś) zwyczaj życzyć sobie dobrego dnia, gdy się rozchodziliśmy w swoje strony.

Czasami Janek dojeżdżał rowerem, ale i wtedy wstawałam z nim, żeby towarzyszyć mu w czasie przygotowania, zbierania się. Tu nie chodziło o nadzór czy kontrolę, tylko o to, by być na wyciągnięcie ręki, gdy pojawi się chwila zwątpienia.

Maleńką nagrodą za tę poranną podróż był widok Parku Sienkiewicza i ul. Sienkiewicza przed świtem – to naprawdę magiczne miejsce o tej porze. Dużą i oczywistą nagrodą jest to, na jakiego faceta Janek wyrósł.

Redakcja: Co Pani czuła, siedząc potem w szkole do 8:00 i czekając na rozpoczęcie pracy — duma, zmęczenie, spokój?

Anna Gajda: Jak już dotarłam do szkoły, to starałam się wykorzystać ten czas – przygotowałam materiały na zajęcia, posprawdzałam prace uczniów – to od Janka nauczyłam się efektywnie wykorzystywać każdą minutę. W sumie zmęczenia już nie czułam – przyzwyczaiłam się do tej rutyny dość szybko. Najczęściej jednak czułam radość, że Janek ma pasję, która wyznacza mu rytm dnia i ustala priorytety. Niekiedy martwiłam się, gdy rano Janek miał słabszy moment, czy podoła z wyzwaniami dnia.

Redakcja: Czy zdarzały się dni, kiedy Janek nie miał siły, a Pani była tą osobą, która „dopchała” go na trening?

Anna Gajda: Jak Janek mówił, że ma gorszy dzień i nie ma siły iść na trening, nigdy nie pchałam go na siłę. Wyznaję zasadę, że z niewolnika nie ma zawodnika. Zależało mi tylko, by Janek wyjaśnił, co jest przyczyną niechęci. Najczęściej była to jakaś trudna sytuacja w szkole albo zmęczenie materiału. U nas świetnie sprawdzało się pytanie: Jak mogę Ci pomóc? Często po takiej rozmowie ostatecznie na ten trening szedł.

Redakcja: A może to Pani bywała tą, która mówiła: „Dziś odpocznij, musisz czasem zwolnić”?

Anna Gajda: Tak zdarzało mi się, ale z miernym skutkiem – jak Janek chce iść na trening, to nawet ja go nie powstrzymam. Pamiętam dzień, gdy zaczynała się u niego jakaś infekcja, wyglądał naprawdę na chorego. Wówczas powiedziałam, żeby odpuścił jeden trening, odespał. Powiedział, że nie ma opcji, bo trener Tomasz Melka dopasował trening do niego, więc on nie może go wystawić. Tyle miałam do powiedzenia w temacie 🤷🏼‍♀️

III. Emocje rodzica sportowca

Redakcja: Czy łatwiej przeżywa Pani starty Janka z trybun, czy jednak stres jest tak duży, że wolałaby Pani stać w holu?

Anna Gajda: Starty oglądam z trybun, w holu chyba stres byłby większy. Nie zawsze mogę pojechać na zawody, ale jeśli jest to możliwe, czujnie obserwuję Janka również między startami. Każdy gest, mina, a nawet sposób, w jaki idzie na start jest dla mnie informacją, jak Janek się czuje. Gdy nie mogę być na zawodach, oglądam starty w YouTube czy innych platformach streamingowych. Niestety, w moim zawodzie nie mogę pozwolić sobie na urlop, gdy tylko chcę. Muszę jednak przyznać, że od samego początku spotykałam się z wielką wyrozumiałością dyrekcji zarówno w SP 42, gdzie kiedyś pracowałam, jak i teraz w ZSG.

Redakcja: Jaki był najbardziej emocjonalny start w jego karierze z perspektywy mamy?

Anna Gajda: Myślę, że to był start, którego niestety nie widziałam z trybun, tylko oglądałam z domu. Nie mogłam być na Memoriale Marka Petrusewicza w 2023 roku – złamanie stopy mnie wówczas uziemiło na kilka tygodni. Jak okazało się, że Janek walczy w wyścigu memoriałowym i ma ogromne szanse na zwycięstwo, to nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Gdy po to zwycięstwo sięgnął, nie umiałam opanować łez radości. Bardzo żałowałam, że nie mogłam wówczas tam być. To jest chwila, gdy człowiek zapomina o porannym wstawaniu, o gotowaniu posiłków do późna…

Redakcja: Czy jest Pani typem rodzica, który na zawodach potrafi krzyczeć i wspierać bardzo głośno, czy raczej przeżywa Pani wszystko w środku?

Anna Gajda: Myślę, że mam wszystkie znane psychologii cechy ADHD-owca. Krzyczę, podskakuję… Jak osioł ze Shreka – noszę wszystkie emocje na wierzchu, jak okrycie wierzchnie.

IV. Trening, szkoła i codzienność

Redakcja: Jak wyglądała Wasza organizacja życia, kiedy Janek trenował przed szkołą?

Anna Gajda: Kalendarz treningów i lekcji oraz moich zajęć był pełen i wyznaczał nam rytm dobowy. Plan dnia musiał był bardzo precyzyjnie ułożony i przemyślany. Jak jedna rzecz się przesunęła czy opóźniła, wszystko się sypało. Rano w sumie było najłatwiej, bo jadąc rankiem na trening, nie musieliśmy martwić się korkami. Zazwyczaj dzień zaczynaliśmy ok. 5.00: szybka pobudka, koktajl i zawoziłam Janka na trening, a sama jechałam do pracy, gdzie miałam czas na kawę, śniadanie i przygotowanie się do zajęć. Z treningu na lekcje zazwyczaj Janek szedł sam, bo zarówno w szkole podstawowej, jak i w liceum miał wszystko w zasięgu kilku kroków. Po lekcjach wracał do domu, gdzie zwykle przekąsił coś niedużego, bo w szkole jadał obiady, co znacznie ułatwiało zapanowanie nad posiłkami. Później był popołudniowy trening, na który Janek zwykle szedł sam, ale często go z niego odbierałam, zwłaszcza zimą, gdy było już ciemno. Ja wówczas miałam czas na przygotowanie jedzenia: zamówienia specjalne na kolację i jedzenie do szkoły na kolejny dzień. Czasem miałam w tym czasie korepetycje albo zebrania w szkole, wtedy musiałam wcześniej przygotować posiłki. Na szczęście Janek jest mało wybredny, więc ktoś, kto słabo go zna, gotów był pomyśleć, że jadł wszystko, co popadnie, byle dużo. W praktyce wyglądało to zupełnie inaczej… Gdy wracał z treningu, wysyłał zamówienia specjalne: „Mamo, zamówmy pizzę?” albo „Zrobisz mi makaron?” czy „Są w domu pankejki?”… Bardzo lubiłam też dni, kiedy między treningiem a lekcjami Janek wracał do domu, a ja zaczynałam pracę nieco później. Wtedy mieliśmy czas na wspólne śniadanie i pogaduchy o wszystkim i o niczym. Teraz też nam się takie dni zdarzają 🙂

Redakcja: Czy jako nauczycielka w Zespole Szkół Gastronomicznych miała Pani łatwiej w pogodzeniu pracy z byciem „mamą sportowca”?

Anna Gajda: Łatwiej czy trudniej – ciężko powiedzieć. Z jednej strony o tyle łatwiej, że w mojej szkole dzieciaki świetnie gotują, więc przynoszę do domu różne smakołyki. Janek uwielbia cynamonki i, jak w bufecie są dostępne, to kupuję mu ich po kilka. Jednak bycie nauczycielką niesie za sobą pewne niedogodności: nie mogę wziąć urlopu, kiedy chcę i nie mogę pozwolić sobie na to, by pójść do pracy chwilkę później – plan lekcji jest świętością nie do ruszenia… Z drugiej strony w lipcu i sierpniu mam urlop, więc podczas letnich mistrzostw jestem obecna całą sobą.

Nie ukrywam, że moja praca bardzo pomaga w nawiązaniu relacji z Jankiem – w końcu moi uczniowie są jego rówieśnikami. Jak Janek był młodszy, pracowałam w podstawówce, więc moi uczniowie starzeli się wraz z synem. Bardzo często opowiadamy sobie przeróżne zabawne lub smutne historie ze szkoły. Przyznam się też, że chętnie korzystam z porad Janka, jak dotrzeć do młodzieży. Cenię też, kiedy mówi mi, jak ocenia moje pomysły na lekcje.

Redakcja: Zdarzało się, że uczniowie pytali o Janka lub trzymali za niego kciuki?

Anna Gajda: Ależ oczywiście! Niektórzy z nich go znają. Jak Janek był młodszy, a ja pracowałam w podstawówce, zabierałam go na wycieczki szkolne. W sumie była to konieczność, bo nie miałabym go z kim na tak długo zostawić, ale z drugiej strony atrakcja zarówno dla moich uczniów, jak i dla Janka. Teraz dla odmiany okazuje się czasem, że spotyka on moich uczniów na różnego rodzaju imprezach.

Wśród moich byłych uczniów jest chłopiec, który osiąga świetne wyniki w tańcu towarzyskim – był czas, że bezpośrednio lub za moim pośrednictwem życzyli sobie powodzenia i trzymali za siebie kciuki. Wraz z Jankiem zostaliśmy też zaproszeni na turniej taneczny, więc nie tylko Jankowi kibicują, ale i on im też.

Czasem zdarzało mi się z uczniami oglądać w szkole starty Janka. Zdarzało się tak, gdy musiałam być w pracy podczas jakichś zawodów. Ale o tym sza… 🙂

Redakcja: Czy uważa Pani, że szkoła i sport mogą iść w parze — a jeśli tak, to pod jakimi warunkami?

Anna Gajda: Mogą, tu nie mam wątpliwości. Warunków wcale nie ma dużo. Po pierwsze i najważniejsze – nic na siłę. Jeśli sport ma dawać satysfakcję, to nie może być przymusem. Po drugie – bez presji czyli sztuka odpuszczania, gdzie da się odpuścić. Nie cisnęłam Janka na osiąganie wyników w szkole, nie musiał mieć świetnych ocen, najwyższej średniej w klasie (tej nie miał chyba nigdy :), czerwonego paska. Chodziło tylko, by nie zawalił szkoły. W domu też odpuszczałam, gdy czegoś nie zrobił. Nikt nie jest idealny, a wymaganie od dziecka, by takim było, jedynie zaniży jego samoocenę. Trzecie i najtrudniejsze w naszym zabieganym świecie – towarzyszenie i uważność. Byłam stale tu i teraz, żeby pogadać, wysłuchać, wesprzeć lub przyjąć na siebie frustrację, która też się czasem pojawiała. To niezwykle ważne, by umieć dostrzec subtelne sygnały, że młody człowiek czegoś potrzebuje i odpowiedzieć na nie.

Redakcja: Jakie wartości, Pani zdaniem, sport dał Jankowi najbardziej?

Anna Gajda: Sport nauczył go pokory – nie zawsze sukces idzie za ciężką pracą, czasem nie wszytko się udaje. Janek niepowodzenia przyjmuje jak lekcje, nie jak porażki. Nie zawsze tak było, ale pływanie wymaga ciągłej pracy nad sobą. To sport indywidualny, gdzie nie da się zrzucić odpowiedzialności na innego zawodnika, więc pozostaje wyciągnąć wnioski i iść naprzód.

Nauczył go też konsekwencji i cierpliwości. Wiem, że jak mu na czymś zależy, to stanie na rzęsach, by to zrobić. Poza tym wie, że czas w kalendarzu sportowca jest wartością nie do przecenienia, więc go nie marnuje. Fantastycznym przykładem był kurs na prawo jazdy: wcisnął go pomiędzy maturę a zgrupowanie. Podczas zgrupowania zdał teorię, a praktykę zaraz po nim, bo czekał go kolejny wyjazd. Sprawdził się jego styl stawiania sobie małych, realnych i osiągalnych celów. Ludzie uczą się tego latami, a on to wypracował w basenie. Ma też ogromny szacunek do pracy, którą ludzie wkładają w osiągnięcie celów, co widać było, gdy na turnieju tanecznym kibicował Krzysztofowi i Julii. Chociaż to zupełnie nie była jego dziedzina, dopytywał o szczegóły i zasady, bo wie, jak ważne jest dla sportowca, gdy inni doceniają jego wysiłek i starają się zrozumieć ich pasję.

V. Rodzina a profesjonalny sport

Redakcja: Czy cała rodzina musiała podporządkować się rytmowi treningów — posiłki, weekendy, wyjazdy?

Anna Gajda: Prawdę mówiąc, nie było innego wyjścia. Jak Janek był w 6. i 7. klasie, nawet mój plan lekcji był tak ułożony, żebym mogła go dowozić na basen (to dobre miejsce, by podziękować moim koleżankom, które przychylały się do moich niekiedy dziwacznych próśb). Później, gdy część z treningów miał w Zatoce Sportu, już było łatwiej, bo szkoła, w której wówczas pracowałam, mieściła się bardzo blisko tej pływalni.

Posiłki też musiały być dopasowane do Janka potrzeb. Musiałam nauczyć się gotować mięsnie i wegeteriańsko w jednym czasie, bo tego czasu też nie miałam za dużo. Jak skończyłam lekcje i korepetycje, zostawała mi jakaś godzina, żeby przygotować posiłki na następny dzień lub kilka następnych dni. Wyjazdy też koncentrowały się wokół treningów i zawodów. Wakacje i ferie należało planować z kalendarzem PZP. Najtrudniej było z wyjazdami do dziadków (moich rodziców), którzy mieszkają pod Gdańskiem. Nie w każdym okresie treningowym Janek mógł pozwolić sobie, by tam pojechać. Nawet jak już się wybraliśmy, to starał się znaleźć czas, by wyskoczyć na lokalną pływalnię i zrobić trening. Problemem jest też to, że w województwie pomorskim wciąż nie ma 50-metrowej pływalni.

Redakcja: Jak radziliście sobie z momentami kryzysów: kontuzje, spadki motywacji, zmęczenie?

Anna Gajda: Tych kontuzji szczęśliwie nie było wiele, ale gorsze dni się zdarzały. Najtrudniej było, gdy przewrócił się na snowboardzie i połamał dłoń. To był niby jeden palec, ale złamanie było dość skomplikowane. Janek chodził wówczas na treningi z tym gipsem, a trenerzy skonstruowali mu specjalną „tratwę” na tę rękę, by mogła sobie dryfować, podczas, gdy Janek płynął zadanie. Jak się okazało to nie był najmądrzejszy pomysł i Agata – nasza ortopeda wybiła nam to z głowy. Powrót do treningów nie był łatwy, bo Jaka frustrowało to, że ta ręka nie była w stanie pracować, jak wcześniej.

Inne trudne chwile zwykle udawało nam się przepracować wspólnie, czasem z pomocą psychologa w PPP i w szkole. Tu ważna była czujność i uwaga oraz odpuszczenie mniej istotnych rzeczy, żeby głowa ochłonęła. Janek raczej się nie użalał nad sobą i nawet z silnym bólem brzucha potrafił iść na trening. Zatrzymał się dopiero, gdy trafił do szpitala, ale już po pierwszym dniu, gdy poczuł się nieco lepiej, zadzwonił, bym przyjechała i „zabrała go na spacer”, bo okazało się, że skoro nie ma jeszcze 18 lat, nie może sam opuścić oddziału (do 18 brakowało mu 5 miesięcy 🙂 🙂 :).

Redakcja: Czy było w Pani głowie kiedyś pytanie: „Po co on to wszystko robi?” — czy raczej zawsze miała Pani pełną wiarę w jego drogę?

Anna Gajda: Nie, nigdy nie wątpiłam. Częściej myślałam, co by było gdyby nie miał tego pływania, czy poszedłby w inną dyscyplinę sportową, czy jednak znalazłby zupełnie odmienną drogę.

VI. Trenerzy i środowisko

Redakcja: Jaką rolę odegrał pierwszy trener Janka w jego sportowym rozwoju?

Anna Gajda: Arek Mik – pierwszy trener tak naprawdę odkrył Janka i pokierował nas dalej. Początki bywały trudne, bo Janek najpierw chciał jechać, potem płakał, że woda jest zimna i nie wejdzie, a na koniec płakał, że w basenie jest fajnie i nie wyjdzie (wtedy obiecywałam zapiekankę, żeby go przekonać :). Wówczas chciałam odpuścić, bo nie chodziło o to, żeby pchać malucha na siłę do wody. Jednak Janek przez cały tydzień pytał: „Kiedy znów pojedziemy do pana Arka” – cóż tak właśnie wygląda logika i konsekwencja przedszkolaka. Gdyby nie Arek, pewnie nie wymyśliłabym, żeby zapisać syna do klasy z pływaniem. Pewnie też nie upierałabym się przy tej decyzji, gdy zadzwoniła ówczesna pani wicedyrektor SP 137. Zapytała, czy wiem, co robię i czy jestem pewna, że chcę, by Janek był jedynym 6-latkiem w klasie. Dobrze wyszło, że tam trafił, bo pod opieką trenera Jacka Łukomskiego pięknie się rozwinął i osiągnął swoje pierwsze sukcesy. Największym z nich było zdobycie 4 złotych medali w 4 startach w Ogólnopolskich Drużynowych zawodach dzieci 10-11 lat. Zdecydowanie trener Mik odkrył Janka, a trener Łukomski pomógł mu się rozwinąć. Obaj byli i wciąż są dla niego ogromnymi autorytetami i to nie tylko w pływaniu.

Redakcja: Co Pani zdaniem wyróżnia środowisko MKS Trójka Łódź?

Anna Gajda: MKS „Trójka” ma mnóstwo atutów. Lokalizacja klubu w centrum miasta, tuż przy bardzo dobrym liceum umożliwia młodzieży godzenie edukacji z treningami. Jednak największą wartość nadają mu ludzie. Janek znalazł tu fantastycznych sparing partnerów: Oliviera Urbaniaka, Piotrka Piątkiewicza, a teraz dorósł już do wspólnych treningów z Jasiem Kałusowskim. Chłopcy nie tylko wspólnie trenują, ale też są po prostu świetnymi kumplami. Z Oliwierem spędził wakacje, z Piotrkiem robił kurs prawa jazdy, a nawet egzamin zdali w tym samym dniu… Takich przykładów można wymieniać jeszcze mnóstwo. Kolejnym elementem są trenerzy i mentorzy oraz zarząd klubu. Trenerzy Tomasz Melka i Oliwer Paczyński z niezwykłą wrażliwością kierują Jankiem – potrafią go zdyscyplinować, ale i pochylić się nad trudnościami. Mentorską opieką objął Janka też Kuba Szwedzki, który swoim poczuciem humoru potrafi rozładować nawet najbardziej napiętą atmosferę. Wisienką na torcie jest zarząd, w szczególności pani prezes – Kinga Urbaniak, która z matczyną troską dba o dobrostan dzieciaków podczas zawodów i zgrupowań, troszczy się, by wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Redakcja: Jak ważna jest dla dziecka chemia z trenerem — z punktu widzenia mamy?

Anna Gajda: Najistotniejsza. Trener może być mistrzem i geniuszem, ale jak nie ma nici porozumienia, to dzieciak szybko się wypala, zwłaszcza będąc na początku swojej drogi zawodniczej. Gdy Janek kończył trzecią klasę podstawówki, atmosfera się nieco popsuła, ogień między Jankiem a trenerem przygasł i natychmiast było to widać w zaangażowaniu w treningi. Mieliśmy wówczas dużo szczęścia, bo grupę przejął Trener Piotr Kapczyński, który doprowadził Janka do pierwszego medalu Mistrzostw Polski. Między nimi zaiskrzyło natychmiast i tak naprawdę ta iskra nigdy nie zgasła. Nawet, gdy Janek skończył szkołę podstawową, to trener Kapczyński zaproponował Jankowi kontynuowanie treningów w MKS „Trójka” pod opieką trenera Melki. W tej kwestii w pełni zaufaliśmy wiedzy i doświadczeniu Piotra Kapczyńskiego i – jak dziś widzimy – była to dobra decyzja.

VII. Spadochroniarstwo — Pani pasja

Redakcja: Skakanie ze spadochronem to niezwykłe hobby — jak zaczęła się ta przygoda?

Anna Gajda:  Że też do tego dotarliście…

W sumie to ja od lat już o tym myślałam, ale zawsze coś było ważniejsze: studia, rodzina… Ten pomysł nie wziął się z niczego. Mój tata w młodości był spadochroniarzem, więc tematyka lotnicza w naszej rodzinie była stale obecna. Teraz ja trochę skaczę, jak czas pozwoli. Janek jednak dostrzegł pewne podobieństwo spadochroniarstwa i pływania: tak jak ja czekałam na niego na treningu, tak on czeka na ziemi, gdy lecimy samolotem, by później wyskoczyć.

Redakcja: Czy adrenalina spadochroniarstwa pomaga Pani lepiej rozumieć emocje sportowe Janka?

Anna Gajda: Trochę tak było, zwłaszcza przy pierwszych skokach, gdy nie wszystko szło jak powinno, gdy wykonanie zadania wymagało skupienia. Jednak najlepiej zrozumiałam, co czuje Janek w czasie treningów, gdy mozolnie wykonuje zadania, a na zawodach ma pół minuty lub minutę, by sprawdzić, czy przyniosło to oczekiwany efekt. Podobnie wyglądały moje ćwiczenia w tunelu aerodynamicznym, abym później w jednym skoku w ciągu niespełna minuty mogła wypróbować, czego się nauczyłam.

Redakcja: Co Pani rodzina mówi na temat Pani pasji — wspierają, martwią się, podziwiają?

Anna Gajda: Mój tata się chwali, że poszłam w jego ślady… mama w sumie też jest dumna, ale się nie przyznaje… 🙂 Natomiast Janek sprezentował swojej dziewczynie skok w tandemie, a sam zastanawia się, czy też nie spróbować, choć nie jest przekonany do końca. W tunelu latał świetnie, więc pewnie w powietrzu też dałby sobie radę. Mój partner natomiast też skacze, więc zarówno wspiera, jak i martwi się, gdy polecę gdzieś bez kontroli i daleko wyląduję – on wie, gdzie mnie potrafi wywiać… 🙂

VIII. Wsparcie emocjonalne i mentalne

Redakcja: Jak wspiera Pani Janka po gorszych startach — rozmowa, analiza, a może po prostu dobry obiad?

Anna Gajda: Nie próbuję analizować startów, czy tych udanych, czy nieudanych. Po pierwsze – nie znam się na tym, po drugie – nie ja od tego jestem – tu mentorem jest trener. Ja zaś daję mu przestrzeń. Bardzo często ma potrzebę pobyć sam ze sobą, a dopiero później przepracować temat. Staram się nie narzucać swojej pomocy – trwam, a Janek wie, że zawsze może do mnie zwrócić się, pogadać, wykrzyczeć albo zwyczajnie przytulić. Moją rolą jest zatroszczyć się o dobrostan Janka i może to być właśnie dobry obiad albo pogaduchy o zupełnie błahych tematach.

Redakcja: Czy zdarzyło się, że musiała Pani chronić go przed zbyt dużą presją — własną, szkolną, środowiskową?

Anna Gajda: Tak, bywało, najczęściej to były naciski na lepsze oceny czy pozornie niewinne pytania: jak tam w szkole, dlaczego ta chemia (czy inny przedmiot) tak słabo. Należę do nauczycielek, które uważają, że ocena cyfrowa w szkole nie jest celem samym w sobie. Poza tym zarówno jako mama, tak i jako nauczycielka nie oczekuję, że młody człowiek będzie dobry we wszystkim. Skoro w jednym jest świetny, to w pozostałych dziedzinach ma prawy być wystarczający i to też jest OK.

Redakcja: Czego nauczyła się Pani jako mama zawodnika, patrząc z bliska na sport na wysokim poziomie?

Anna Gajda: Nauczyłam się tego, że nie tylko warto, ale trzeba iść po swoje, bo marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. Janka droga była cały czas pełna sprzeczności: bał się wody, więc poszedł na basen; kiepsko poszedł mu sprawdzian sprawnościowy do klasy z pływaniem, a ostatecznie tylko on i Natalka Piekarska z całej klasy przy pływaniu zostali do dziś…

Dzięki Jankowi wiem już, że nie trzeba spełniać oczekiwań innych, by być człowiekiem sukcesu. Szczerze mówiąc trochę mi głupio, że sama do  tego nie doszłam 🙂

Nauczyłam się też słuchać swojego instynktu, który czasem mówi: odpuść, by móc ruszyć inną drogą, ale wciąż do wyznaczonego sobie celu…

IX. Dorosły Janek — jakim człowiekiem jest?

Redakcja: Z czego w jego postawie życiowej jest Pani najbardziej dumna — niezależnie od wyników?

Anna Gajda: Jestem dumna z jego ogromnej empatii i wrażliwości na drugiego człowieka, choć z drugiej strony wiem, że jest to dla niego obciążające. Janek był dla mnie ogromnym wsparciem w trudnych chwilach. Podobnie traktuje przyjaciół – każdy, kto ma kłopot, może liczyć, że zostanie przez Janka wysłuchany.

Cieszę się też, że umie i chce decydować o swoim losie. Tak było choćby z decyzją o wyjeździe do USA – to była jego decyzja. Konsultował to z trenerem, innymi zawodnikami, tatą i mną, ale ostateczną decyzję podjął w oparciu o własne oczekiwania i priorytety.

Redakcja: Gdyby mogła Pani powiedzieć coś wszystkim rodzicom młodych pływaków — co byłoby najważniejsze?

Anna Gajda: Zaufajcie swojemu instynktowi i z wielką uważnością trwajcie przy dziecku, bez nacisku, ale z ogromnym serduchem.

Redakcja: Dziękujemy za przeuroczą rozmowę i korzystając z okazji wszelkich radości w Nowym Roku!

Anna Gajda: to ja dziękuję i z wzajemnością !

Zdjęcia: archiwum domowe Anny Gajda

Podziel się tym:

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *