Marta Witecka | SwimmPL.com
Dwanaście medali mistrzostw Europy w Kocaeli, nowe pokolenie reprezentantów i coraz bardziej rozbudowany system przygotowań. Beata Pożarowszczyk-Kuczko, trenerka główna polskiej kadry parapływaków, opowiada Marcie Witeckiej o zmianach wprowadzonych od 2022 roku, współpracy ze specjalistami, znaczeniu nauki w sporcie i wyzwaniach związanych z przygotowaniami do igrzysk paralimpijskich w Los Angeles. Mówi również o trudnych decyzjach trenerskich, odpowiedzialności za zdrowie zawodników oraz potrzebie większej współpracy między pływaniem olimpijskim i paralimpijskim. Jej długofalowy cel wykracza jednak poza kolejne medale: chce pozostawić po sobie system, który będzie skutecznie funkcjonował również po zakończeniu jej pracy z reprezentacją.

OD ZAWODNICZKI DO TRENERKI KADRY
Marta Witecka: Pani Beato, przez 17 lat sama była Pani zawodniczką, reprezentowała Polskę, zdobywała medale mistrzostw Polski i ustanawiała rekordy kraju. Jak bardzo tamta Beata – zawodniczka – wpływa dzisiaj na Beatę Pożarowszczyk-Kuczko – trenerkę?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Bardzo mocno. Zawodniczka we mnie przypomina mi przede wszystkim, że po drugiej stronie planu treningowego zawsze stoi człowiek. Trener widzi obciążenia, czasy, poziom stężenia mleczanu, realizację zadania. Zawodnik czuje zmęczenie, presję, strach przed porażką, czasami zwątpienie. Ponieważ sama przez wiele lat byłam po tej drugiej stronie, staram się tego nie tracić z pola widzenia.
Ale doświadczenie zawodnicze nauczyło mnie też czegoś jeszcze: zawodnik nie zawsze wie, czego w danym momencie potrzebuje. Rolą trenera nie jest więc spełnianie wszystkich oczekiwań, tylko słuchanie, analizowanie i podejmowanie decyzji. Czasem także tych niepopularnych.
Marta Witecka: Powiedziała Pani kiedyś: „To nie ja wybrałam pływanie, to pływanie wybrało mnie”. Po tylu latach nadal ma Pani poczucie, że to właśnie pływanie wyznacza kolejne etapy Pani życia?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Zdecydowanie. Kiedy kończyłam karierę zawodniczą, nie zakładałam, że pływanie będzie później tak mocno obecne w każdym obszarze mojego życia: w pracy trenerskiej, naukowej, fizjoterapii, badaniach, edukacji studentów.
Dzisiaj patrzę na to trochę inaczej. Kiedyś pływanie wybrało mnie, a dzisiaj to ja je świadomie wybieram.
Marta Witecka: Co okazało się trudniejsze: realizowanie poleceń trenera jako zawodniczka czy branie odpowiedzialności za innych ludzi jako trenerka?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Zdecydowanie odpowiedzialność za innych. Jako zawodniczka odpowiadałam przede wszystkim za siebie. Jako trenerka podejmuję decyzje, które wpływają na czyjąś karierę, zdrowie, czasami na kilka lat życia.
Najtrudniejsze w pracy trenera nie jest napisanie dobrego treningu. Najtrudniejsze są decyzje: kiedy przycisnąć, kiedy odpuścić, kogo powołać, komu powiedzieć, że na ten moment nie jest gotowy. Trzeba umieć patrzeć zawodnikowi w oczy zarówno po sukcesie, jak i wtedy, kiedy wspólnie ponieśliśmy porażkę. To jest zupełnie inny ciężar odpowiedzialności.
Jestem wymagająca, zarówno wobec zawodników, sztabu, jak i samej siebie. Stawiam wysokie standardy i kiedy jestem przekonana do określonego kierunku, potrafię bardzo konsekwentnie go bronić. Mam świadomość, że nie wszystkim taki sposób pracy odpowiada, bo odpowiedzialność, dyscyplina i konsekwencja nie zawsze są wygodne.
Nie mam problemu ze zmianą zdania, jeśli ktoś przekona mnie argumentami. Mam natomiast problem z obniżaniem standardów tylko dlatego, że tak jest łatwiej.

Marta Witecka: Studiowała Pani fizjoterapię i właśnie podczas studiów zetknęła się bliżej ze sportem osób z niepełnosprawnościami. Co sprawiło, że została Pani w parapływaniu na stałe?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Parapływanie zmusiło mnie do myślenia. Tutaj bardzo szybko okazuje się, że schematy nie zawsze działają. Dwie osoby mogą startować w tej samej klasie, a funkcjonalnie być zupełnie innymi zawodnikami.
Trzeba rozumieć człowieka, jego funkcję, biomechanikę, fizjologię i dopiero później budować trening. To mnie fascynuje do dziś. Parapływanie jest niezwykle wymagające intelektualnie dla trenera. Nie wystarczy wiedzieć, jak trenować pływaka. Trzeba wiedzieć, jak trenować konkretnego człowieka. I chyba właśnie dlatego zostałam.
Marta Witecka: Jedną z zawodniczek najmocniej kojarzonych z Pani pracą jest Oliwia Jabłońska. Współpracujecie od 2016 roku. Czego przez te dziesięć lat nauczyła Panią Oliwia jako trenerkę?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Przede wszystkim cierpliwości i pokory. Przez dziesięć lat można przejść razem właściwie wszystko: medale, kontuzje, świetne sezony, trudne sezony, zmianę klasy sportowej, zwątpienie, odbudowę.
Oliwia nauczyła mnie też, że relacja trener–zawodnik musi ewoluować. Nie można prowadzić doświadczonej, ukształtowanej zawodniczki w taki sam sposób jak kilkunastoletniej dziewczyny. Z czasem trener coraz mniej „zarządza”, a coraz bardziej tworzy partnerstwo.
I chyba najważniejsze: nauczyła mnie, że nawet po wielu latach na najwyższym poziomie można nadal się rozwijać, zmieniać i na nowo definiować swoje możliwości. Dopóki zawodnik jest ciekawy, dopóty można się rozwijać.

BUDOWA NOWEJ KADRY
Marta Witecka: W 2022 roku objęła Pani funkcję trenerki głównej kadry narodowej. Z jakim stanem polskiego parapływania spotkała się Pani wtedy i co uznała Pani za rzecz wymagającą najszybszej zmiany?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Mieliśmy bardzo dobrych zawodników i wartościowych trenerów. Brakowało mi natomiast większej spójności systemu. Kadra narodowa nie może być zbiorem indywidualności, które spotykają się kilka razy w roku przed zawodami.
Dlatego zależało mi na stworzeniu wspólnego standardu pracy: zgrupowań, monitoringu, diagnostyki, przygotowania motorycznego, fizjoterapii, psychologii, dietetyki. Chciałam również, żeby zawodnicy wiedzieli, czego od nich wymagamy i dlaczego.
Największa zmiana miała być mentalna: z reprezentacji tworzonej na zawody w reprezentację przygotowywaną przez cały rok.
Marta Witecka: Jednym z pierwszych celów było stworzenie z reprezentacji prawdziwego zespołu. Dlaczego właśnie od tego zaczęła Pani budowanie kadry?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Dla mnie reprezentacja to znacznie więcej niż grupa zawodników, którzy zakładają ten sam dres i spotykają się kilka razy w roku na zawodach.
Zespół zaczyna się od zaufania. Zawodnik musi ufać trenerowi, trener zawodnikowi, a ludzie w sztabie muszą ufać sobie nawzajem. Bez tego można stworzyć grupę bardzo dobrych sportowców, ale trudno stworzyć prawdziwą reprezentację.
Od początku zależało mi też na określeniu standardów i nie mam tutaj na myśli wyłącznie standardów treningowych. Można perfekcyjnie realizować trening, a jednocześnie nie funkcjonować na poziomie, którego oczekuję od reprezentanta Polski.
Dla mnie profesjonalizm obejmuje również punktualność, odpowiedzialność, kulturę osobistą, szacunek do innych zawodników, trenerów, obsługi zawodów czy ludzi pracujących w hotelu. To sposób zachowania podczas zgrupowania, podróży, zawodów i poza basenem.
Orzeł na piersi nie obowiązuje tylko przez dwie minuty podczas finału.
Jestem w tym wymagająca, bo uważam, że wysoki poziom sportowy powinien iść w parze z wysokimi standardami osobistymi. Talent daje zawodnikowi możliwość wejścia do reprezentacji, ale funkcjonowanie w niej wiąże się również z odpowiedzialnością za zespół.
Chcę, żeby nasi zawodnicy wiedzieli, że mogą na sobie polegać. Że potrafią razem przeżywać sukces, ale również zachować się odpowiedzialnie wtedy, kiedy pojawia się trudniejsza sytuacja. Bo charakter reprezentacji poznaje się nie tylko wtedy, kiedy wszystko idzie dobrze.
I właśnie dlatego zaczęłam od zespołu. Wynik sportowy można zbudować tylko na pewien czas. Kulturę pracy i standardy można zbudować na lata.

Marta Witecka: Wokół reprezentacji powstał zespół trenerów, fizjoterapeutów, psychologów, specjalistów przygotowania motorycznego i dietetyki. Jak wygląda dziś podział kompetencji i kto ostatecznie podejmuje najważniejsze decyzje dotyczące przygotowań zawodnika?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Chcę, żeby każdy specjalista miał realny wpływ w obszarze swoich kompetencji. Nie zatrudniamy psychologa po to, żeby trener mówił mu, jak ma pracować, ani fizjoterapeuty tylko po to, żeby wykonywał polecenia.
Najpierw zbieramy informacje, dyskutujemy, konfrontujemy różne punkty widzenia. Kadra narodowa nie jest jednym trenerem. To jest grupa ludzi, którzy muszą sobie ufać, potrafić ze sobą rozmawiać, ale też czasami się ze sobą nie zgadzać. Mam ogromne szczęście do ludzi, z którymi pracuję.
Moja rola jako trenerki głównej nie polega na tym, żeby wiedzieć więcej od każdego specjalisty. Polega na tym, żeby umieć zebrać tę wiedzę, połączyć ją i podjąć decyzję. Chcę pracować z ludźmi, którzy są lepsi ode mnie w swoich obszarach, bo tylko wtedy możemy się rozwijać.
Natomiast odpowiedzialność musi być jasno określona. W sprawach procesu szkoleniowego ostateczna decyzja należy do trenera prowadzącego i sztabu szkoleniowego, a na poziomie reprezentacji odpowiedzialność spoczywa na mnie.
Model interdyscyplinarny nie oznacza braku lidera. Oznacza podejmowanie lepszych decyzji dzięki wiedzy wielu ludzi.
Te 12 medali nie jest wynikiem pracy jednej osoby ani jednego zgrupowania. Za każdym medalem stoi zawodnik, jego trener klubowy, trenerzy kadry, fizjoterapeuci, fizjolog, psycholog, dietetyk i ludzie, których często nie widać na podium.
Jedną z rzeczy, z których jestem najbardziej dumna, jest właśnie to, że naprawdę pracujemy jako zespół.
Marta Witecka: Wielokrotnie podkreślała Pani znaczenie atmosfery. Czy naprawdę atmosfera w reprezentacji może przełożyć się na sekundy i miejsca osiągane później w basenie?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Tak. Oczywiście sama dobra atmosfera nikogo nie doprowadzi do medalu. Ale zła atmosfera potrafi bardzo skutecznie medal odebrać.
Zawodnik, który czuje bezpieczeństwo i zaufanie, szybciej mówi o bólu, zmęczeniu czy problemie. Lepiej komunikuje się z trenerem. Nie traci energii na konflikty. W najważniejszym momencie potrafi skoncentrować się na starcie.
Na tym poziomie wszyscy są dobrze przygotowani. Często różnicę robi nie to, kto wykonał jeden trening więcej, tylko kto potrafił w dniu finału wykorzystać sto procent swoich możliwości.
Marta Witecka: Powiedziała Pani również, że trener musi słuchać zawodnika i zaakceptować, że nie każdy zawodnik najlepiej współpracuje z każdym trenerem. Czy polskim szkoleniowcom czasami trudno jest zaakceptować takie podejście?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Myślę, że trenerom w ogóle bywa trudno. Bo wymaga to odłożenia własnego ego.
Według mnie trener nie powinien zadawać sobie pytania: „Czy zawodnik chce trenować ze mną?”, tylko: „W jakim środowisku ten zawodnik może osiągnąć maksimum swoich możliwości?”.
Czasami odpowiedź będzie oznaczała zmianę. I trzeba mieć wystarczająco dużo pewności siebie, żeby to zaakceptować. Zawodnik nie istnieje po to, żeby potwierdzać wartość trenera. To trener ma służyć rozwojowi zawodnika.

KOCAELI 2026
Marta Witecka: Z Kocaeli reprezentacja Polski wróciła z 12 medalami – trzema złotymi, trzema srebrnymi i sześcioma brązowymi. Powiedziała Pani, że były to jedne z najlepszych mistrzostw Europy, a w ostatnich latach na pewno najlepsze. Co zadecydowało o takim wyniku?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Te 12 medali nie wydarzyło się w Kocaeli. One były efektem wielu miesięcy pracy.
Zmieniliśmy sposób przygotowań, zwiększyliśmy liczbę dni wspólnego szkolenia, mocniej kontrolowaliśmy proces treningowy, wprowadzaliśmy lepszą diagnostykę, pracowaliśmy nad przygotowaniem motorycznym, regeneracją, psychologią i żywieniem. Bardzo ważna była też konsekwencja w realizacji planu.
Ale największą satysfakcję daje mi to, że nie był to sukces jednej czy dwóch osób. Medale zdobywali zawodnicy z różnym doświadczeniem, z różnych klas, a obok nich bardzo młodzi zawodnicy bili rekordy życiowe i wchodzili do finałów. To oznacza, że zaczynamy budować głębię reprezentacji. I to jest dla mnie najważniejszy sygnał po Kocaeli.
Chcę też bardzo mocno podkreślić, że taki wynik nie byłby możliwy bez wsparcia Związku. Mamy ludzi w biurze, którzy naprawdę rozumieją potrzeby kadry i pomagają nam organizacyjnie realizować coraz bardziej wymagający program szkolenia. To często praca niewidoczna z zewnątrz, ale bez niej trenerzy i zawodnicy nie mieliby warunków do spokojnej pracy.
Bardzo ważne jest dla mnie również wsparcie pana prezesa Łukasza Szeligi. Czuję z jego strony zaufanie do kierunku, który obraliśmy.
Dobra organizacja sportowa nie powinna tylko finansować programu. Powinna rozumieć, po co coś robimy, zadawać pytania i wspólnie z nami budować długofalowy kierunek.
Myślę, że jednym z powodów, dla których możemy dziś myśleć o rozwoju kadry szerzej niż kilka lat temu, jest właśnie to poczucie, że sztab nie działa samotnie, tylko ma za sobą ludzi, którzy wierzą w ten projekt.

Marta Witecka: Rok wcześniej po czterech medalach mistrzostw świata w Singapurze wystawiła Pani reprezentacji dość surową ocenę dostateczną. Co wydarzyło się przez te dwanaście miesięcy, że w Kocaeli zobaczyliśmy tak inną reprezentację?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Singapur był dla nas potrzebnym lustrem. Cztery medale oczywiście miały swoją wartość, ale ja patrzyłam przede wszystkim na to, ilu zawodników potrafiło osiągnąć w imprezie docelowej wynik odpowiadający swoim realnym możliwościom. I wiedziałam, że stać nas na więcej.
Po Singapurze niczego nie zamiataliśmy pod dywan. Analizowaliśmy przygotowania zawodnik po zawodniku. Zmienialiśmy trening, organizację zgrupowań, sposób monitorowania, komunikację i zakres odpowiedzialności.
Kocaeli pokazało, że wyciągnęliśmy wnioski. Nie chcę reprezentacji, która po słabszych zawodach szuka usprawiedliwień. Chcę reprezentacji, która potrafi powiedzieć: „To nie zadziałało, więc zmieniamy”.
Marta Witecka: Co dla trenerki kadry jest ważniejsze: 12 medali czy duża liczba rekordów życiowych osiągniętych przez zawodników?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Medale budują historię sportu, ale rekordy życiowe mówią mi bardzo dużo o jakości procesu. Jeżeli większość zawodników przyjeżdża na najważniejszą imprezę sezonu i osiąga swoje najlepsze wyniki, oznacza to, że potrafimy doprowadzić ich do wysokiej dyspozycji dokładnie wtedy, kiedy trzeba.
Nie każdy rekord życiowy daje medal i nie każdy medal wymaga rekordu życiowego. Dlatego patrzę na jedno i drugie. Dwanaście medali daje ogromną satysfakcję. Ale trener powinien patrzeć nie tylko na podium. Powinien wiedzieć, dlaczego zawodnik popłynął tak, jak popłynął, i czy wykorzystał swój potencjał.
Marta Witecka: Oliwia Jabłońska, Alan Ogorzałek, Oliwier Krzyszkowski, Jacek Czech, Alex Kozłowski, Andrzej Kowalik – w Kocaeli medale zdobywali zawodnicy o bardzo różnym doświadczeniu i w różnych klasach. Czy możemy już mówić, że Polska ma szeroką reprezentację, a nie tylko kilka indywidualności?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Jesteśmy zdecydowanie bliżej tego miejsca, ale nie powiedziałabym jeszcze, że wykonaliśmy zadanie.
Przez wiele lat siłą polskiego parapływania były pojedyncze, wybitne postacie. Chcemy zbudować system, w którym za liderami stoją kolejni zawodnicy, a za nimi następne pokolenie.
Kocaeli było bardzo ważnym krokiem, bo medale zostały rozłożone pomiędzy większą liczbę osób. Jednocześnie mieliśmy młodzież w finałach i zawodników, którzy bardzo mocno poprawiali rekordy życiowe.
Dla mnie szeroka reprezentacja zaczyna się wtedy, kiedy odejście jednego mistrza nie powoduje dziury pokoleniowej. Do tego właśnie dążymy.
Marta Witecka: Który występ w Kocaeli był dla Pani największym pozytywnym zaskoczeniem – niekoniecznie medalowym?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Chyba nie wskazałabym jednego startu. Największym pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie grupa najmłodszych zawodniczek.
Wiktoria Sobota zdobyła medal i poprawiała rekordy życiowe, ale bardzo dobre wrażenie pozostawiły też Julia Sołtysik, Marika Noszczyk, Emilia Lewandowska czy Emilia Iskra. Dziewczyny mają po 13, 14, 15 lat, a wchodziły do finałów, zajmowały wysokie miejsca i przede wszystkim nie wyglądały na przestraszone międzynarodową imprezą.
To jest dla mnie niezwykle ważne. Wynik można poprawić treningiem. Odwagę do rywalizacji na tym poziomie trzeba budować i pielęgnować od początku.
Ale bardzo emocjonalne były dla mnie również medale Oliwii. Dwa z nich wywalczyła właściwie na ostatnich metrach i to najlepiej pokazuje, jak ogromne znaczenie ma charakter zawodnika i umiejętność walki do końca.
Oliwię prowadzimy wspólnie z mężem już od dziesięciu lat. Przez ten czas ta kariera miała swoje wielkie momenty, ale też bardzo trudne okresy. Dlatego jej medale mają dla mnie inny wymiar niż tylko miejsce na podium.
Kiedy znasz całą drogę zawodnika, wiesz, ile kosztował każdy powrót i ile pracy było po drodze, Mazurek Dąbrowskiego brzmi zupełnie inaczej. W takich chwilach nie słyszy się tylko hymnu. Wracają wszystkie lata wspólnej pracy, trudne decyzje, porażki i momenty, w których mimo wszystko szło się dalej.
I może właśnie dlatego Kocaeli było dla mnie tak ważne. Z jednej strony widziałam młode dziewczyny, które dopiero zaczynają swoją międzynarodową drogę, a z drugiej zawodniczkę, z którą przeszliśmy razem dziesięć lat. To pokazuje, że reprezentacja ma jednocześnie swoją historię i przyszłość.

Marta Witecka: W reprezentacji pojawiają się bardzo młodzi zawodnicy, jak Wiktoria Sobota. Jak prowadzić nastolatka, żeby z jednej strony wykorzystać jego potencjał, a z drugiej nie przyspieszyć kariery za bardzo?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Największym błędem byłoby trenowanie piętnastoletniego talentu tak, jakby igrzyska miały odbyć się za pół roku.
Młody zawodnik nie potrzebuje maksymalnego treningu. Potrzebuje optymalnego treningu. Musimy budować technikę, zdolności motoryczne, nawyki, odporność psychiczną i przede wszystkim zdrowie.
W wieku 14 czy 15 lat bardzo łatwo zachwycić się wynikiem. Trudniej zadać sobie pytanie: co zrobić, żeby ten zawodnik był jeszcze w sporcie za osiem albo dziesięć lat?
Nie interesuje mnie stworzenie mistrza juniorów, który zniknie przed seniorską karierą. Interesuje mnie długofalowy rozwój zawodnika.
Marta Witecka: Czy po Kocaeli widzi Pani zawodników, o których dzisiaj mówi się jeszcze niewiele, a którzy za dwa lata mogą być poważnymi kandydatami do medalu igrzysk w Los Angeles?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Widzę kilka osób, których rozwój jest bardzo interesujący. Natomiast bardzo ostrożnie używam określenia „kandydat do medalu paralimpijskiego”, szczególnie wobec młodych ludzi.
Los Angeles nie może stać się dla nich ciężarem noszonym przez kolejne dwa lata. Mamy grupę zawodników, którzy bardzo szybko się rozwijają, mamy młode zawodniczki wchodzące na międzynarodowy poziom i mamy bardziej doświadczonych pływaków, którzy nadal mają rezerwy.
Naszym zadaniem nie jest dziś ogłaszać przyszłych medalistów. Naszym zadaniem jest stworzyć takie warunki, żeby w 2028 roku rzeczywiście mogli nimi zostać.

PARAPŁYWANIE A PŁYWANIE OLIMPIJSKIE
Marta Witecka: Jest Pani trenerką pływania I klasy i sama wywodzi się z klasycznego pływania. Jak bardzo trening parapływaka różni się od treningu zawodnika pełnosprawnego?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Fizjologia nie zmienia swoich praw dlatego, że zawodnik ma niepełnosprawność. Nadal rozwijamy wydolność tlenową, VO₂max, progi metaboliczne, szybkość, siłę, tolerancję wysiłku czy ekonomię pływania.
Różnica zaczyna się przy sposobie dochodzenia do tych celów. Musimy uwzględnić funkcję kończyn, stabilizację tułowia, asymetrię, zdolność do termoregulacji, reakcję autonomiczną, przeciążenia, sposób wykonywania nawrotów i startów.
U niektórych zawodników nawet standardowe wskaźniki fizjologiczne trzeba interpretować inaczej. Dlatego fundamenty treningu są podobne. Natomiast droga do ich realizacji jest znacznie bardziej indywidualna.
Marta Witecka: Czy w przypadku parapływania istnieje w ogóle coś takiego jak uniwersalny model treningowy, skoro dwóch zawodników startujących nawet w tej samej klasie może mieć zupełnie inne ograniczenia funkcjonalne?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Nie wierzę w uniwersalny model treningowy nawet w pływaniu olimpijskim, a w parapływaniu tym bardziej.
Klasa sportowa porządkuje rywalizację. Nie jest diagnozą treningową. Dwóch zawodników S9 może mieć zupełnie inny profil funkcjonalny, inne ograniczenia, inne możliwości generowania napędu, inną tolerancję obciążenia i inne ryzyko przeciążeń.
Dlatego jednym z kierunków, które chcemy rozwijać, jest indywidualny „performance profile” zawodnika. Nie patrzeć tylko na czas końcowy, ale rozumieć cały profil: fizjologię, biomechanikę, siłę, zakres ruchu, asymetrie, regenerację i funkcję wynikającą z niepełnosprawności.
Dopiero wtedy naprawdę trenujemy zawodnika, a nie jego klasę sportową.
Marta Witecka: Gdyby posadzić przy jednym stole trenerów polskiej kadry olimpijskiej i paralimpijskiej, kto od kogo mógłby się więcej nauczyć?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Najlepiej byłoby, gdyby nikt nie zastanawiał się, kto ma się od kogo uczyć, tylko żebyśmy zaczęli ze sobą więcej rozmawiać.
Myślę, że przy takim stole bardzo szybko okazałoby się, że oba środowiska mają nie tylko podobne wyzwania, ale też ogromne możliwości wzajemnego uczenia się, wymiany doświadczeń i wspólnego tworzenia lepszych rozwiązań.
Mam wrażenie, że gdyby te dwa środowiska częściej siadały przy jednym stole, korzyść byłaby obustronna. I właśnie w tym widzę największą wartość takiej współpracy.
Marta Witecka: Czy Pani zdaniem oba środowiska – pływania olimpijskiego i paralimpijskiego – wystarczająco ze sobą współpracują, czy nadal funkcjonują trochę jako dwa oddzielne światy?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Nadal zbyt często funkcjonujemy jako dwa światy. A przecież mamy tę samą wodę, te same prawa fizjologii i często te same problemy szkoleniowe.
Chciałabym znacznie większej wymiany wiedzy, wspólnych projektów badawczych, szkoleń trenerów, dostępu do technologii i doświadczeń.
Nie chodzi o to, żeby zatrzeć specyfikę sportu paralimpijskiego. Chodzi o to, żeby przestać budować równolegle rozwiązania, które moglibyśmy tworzyć razem.
Na najwyższym poziomie sportu wiedza nie powinna mieć etykiety „olimpijska” albo „paralimpijska”. Powinna być po prostu dobra.

NAUKA KONTRA TRENERSKIE „CZUCIE”
Marta Witecka: Jest Pani jednocześnie trenerką, fizjoterapeutką i naukowczynią zajmującą się m.in. biomechaniką, fizjologią wysiłku, przygotowaniem motorycznym i regeneracją. Ile współczesnego treningu reprezentacji opiera się już na twardych danych, a ile nadal na doświadczeniu i intuicji trenera?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Jedno bez drugiego jest niebezpieczne. Dane bez kontekstu mogą prowadzić do błędnych decyzji. Intuicja bez danych bardzo łatwo może natomiast stać się przyzwyczajeniem: „Robimy tak, bo zawsze tak robiliśmy”.
Monitorujemy coraz więcej parametrów, ale nie chcę tworzyć reprezentacji, w której trener patrzy wyłącznie w ekran. Najważniejsze pytanie brzmi zawsze: co ta liczba mówi nam o tym konkretnym zawodniku?
Dla mnie nowoczesne trenowanie polega na połączeniu trzech rzeczy: wiedzy naukowej, doświadczenia trenera i informacji płynącej od zawodnika. Dopiero razem dają dobry obraz sytuacji.
Bardzo ważne jest też to, że naukowe podejście nie kończy się na mnie. Osoby, które budują tę kadrę wokół zawodnika, tzn. fizjoterapeuci, fizjolog, dietetyk czy specjaliści przygotowania motorycznego, również są związane z pracą naukową albo bardzo mocno opierają swoją praktykę na aktualnej wiedzy.
Dzięki temu standardy, których wymagamy od zawodników, nie wynikają z przyzwyczajeń. Staramy się, żeby były poparte wiedzą, badaniami i aktualnym rozumieniem fizjologii, biomechaniki, regeneracji, żywienia czy prewencji urazów.
To jest dla mnie ogromna wartość tego zespołu. Każdy z nas ma swoją specjalizację, ale jednocześnie cały czas się rozwija, śledzi nowe publikacje, analizuje dane i weryfikuje własne przekonania.
Dzięki temu zawodnik nie dostaje przypadkowego zestawu zaleceń od kilku osób, tylko spójny proces oparty na możliwie aktualnej wiedzy.
Właśnie tak rozumiem wysokie standardy pracy. Nie jako większą liczbę badań czy technologii dla samej technologii, ale jako gotowość do ciągłego uczenia się i zmieniania sposobu działania, kiedy pojawiają się lepsze rozwiązania.

Marta Witecka: Jakie dane dotyczące zawodników monitorujecie obecnie podczas zgrupowań kadry? Czy polskie parapływanie wykorzystuje dziś technologie na poziomie najlepszych reprezentacji świata?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Patrzymy na zawodnika coraz szerzej. Monitorujemy m.in. objętość i obciążenie treningowe, RPE, reakcję tętna, wyniki testów pływackich, profile prędkości i siły, parametry fizjologiczne, przygotowanie motoryczne, asymetrie czy regenerację.
Korzystamy m.in. z pomiarów VO₂max i progów metabolicznych, DEXA, MOXY Monitor, 1080 Sprint, platform dynamometrycznych, Myotonu, eoSwim, Polar Verity Sense, wykonujemy USG stawów ramiennych czy analizę wideo. Rozwijamy też pomiary związane z biomechaniką napędu w wodzie.
Natomiast sama technologia nie daje przewagi. Sprzęt można kupić. Prawdziwą przewagą jest umiejętność połączenia wszystkich danych w jeden spójny obraz zawodnika i podejmowania na tej podstawie decyzji treningowych.
Technologia ma dla nas sens tylko wtedy, kiedy stoi za nią człowiek, który potrafi ją poprawnie wykorzystać i zinterpretować, dlatego ogromną wartością jest to, że nasi specjaliści są jednocześnie praktykami i ludźmi stale związanymi z aktualną wiedzą naukową.
Marta Witecka: Czy zdarzyło się Pani jako naukowczyni zakwestionować coś, co przez wiele lat jako zawodniczka albo trenerka uważała Pani za oczywiste?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Wiele razy. I uważam, że to bardzo dobre doświadczenie.
Sport przez lata był pełen przekonań typu: więcej kilometrów znaczy lepiej, mocniejsze zmęczenie oznacza lepszy trening, a dobry zawodnik powinien być w stanie „wytrzymać wszystko”.
Dzisiaj wiemy, że adaptacja nie zachodzi podczas zadawania bodźca, tylko w odpowiedzi na niego. Jeżeli przekroczymy zdolność zawodnika do adaptacji, kolejny mocny trening nie będzie już budował formy.
Nauka nauczyła mnie więc przede wszystkim zadawania pytania „dlaczego?”. Jeżeli trener nie potrafi odpowiedzieć, po co wykonujemy dane zadanie, być może nie powinniśmy go wykonywać.
Marta Witecka: Jednym z obszarów Pani zainteresowań naukowych jest biomechanika barku i prewencja urazów. Czy w polskim pływaniu – zarówno olimpijskim, jak i paralimpijskim – wystarczająco dużo robimy, żeby zapobiegać kontuzjom, zamiast dopiero później je leczyć?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Nie zawsze. W pływaniu bark wykonuje ogromną liczbę powtarzalnych cykli. W parapływaniu dochodzą do tego asymetrie, zmieniona biomechanika oraz fakt, że dla części zawodników kończyny górne są również podstawą codziennego poruszania się na wózku.
Nie możemy więc czekać, aż pojawi się ból. Prewencja nie powinna oznaczać piętnastu minut ćwiczeń z gumą przed treningiem. Powinna zaczynać się od monitorowania zakresu ruchu, siły, asymetrii, jakości ruchu, obciążenia treningowego i pierwszych symptomów przeciążenia.
Nowoczesny sport powinien próbować przewidywać problem, zanim będzie musiał go leczyć.

SYSTEM I LOS ANGELES 2028
Marta Witecka: W Manchesterze w 2023 roku powiedziała Pani: „Świat nie śpi. Mam wrażenie, że gonimy ten pociąg, ale jeszcze trochę nam brakuje”. Trzy lata później – po Kocaeli – jesteśmy już w tym pociągu czy nadal go gonimy?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Myślę, że jesteśmy już w tym pociągu. Ale samo wejście do niego mnie nie satysfakcjonuje.
Kocaeli pokazało, że potrafimy rywalizować z najlepszymi w Europie, mamy doświadczonych liderów i pojawia się nowe pokolenie.
Natomiast świat rzeczywiście nie śpi. Wielka Brytania, Włochy i inne silne reprezentacje rozwijają swoje systemy, inwestują w naukę, technologię, trenerów i nabór.
Dlatego nie możemy uznać 12 medali za dowód, że już wszystko działa. Kocaeli nie jest metą. Jest potwierdzeniem, że obraliśmy właściwy kierunek.
Marta Witecka: Gdzie obecnie znajduje się największa słabość polskiego systemu parapływania: w wyszukiwaniu talentów, szkoleniu klubowym, finansowaniu, infrastrukturze, liczbie trenerów czy może w przejściu młodego zawodnika do sportu seniorskiego?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Największym problemem jest nabór. Możemy stworzyć bardzo dobry system szkolenia centralnego, mieć coraz lepszą diagnostykę, specjalistów i warunki przygotowań, ale jeżeli na początku tej drogi będzie zbyt mało dzieci i młodych ludzi z niepełnosprawnościami trafiających do sportu, to za kilka lat nie będziemy mieli z kogo budować reprezentacji.
Skala uczestnictwa osób z niepełnosprawnościami w sporcie w Polsce jest nadal bardzo mała. Wciąż mówimy o około jednym procencie osób aktywnych sportowo. To pokazuje, jak ogromny potencjał pozostaje poza systemem.
I nie jest to wyłącznie kwestia dostępności obiektów. Nadal mamy problem ze świadomością społeczną. Rodzice często nie wiedzą, gdzie skierować dziecko. Osoba z niepełnosprawnością nie zawsze wie, że może rozpocząć trening sportowy.
Co więcej, zdarza mi się spotykać z sytuacją, w której trener pływania olimpijskiego nie chce podjąć się pracy z zawodnikiem tylko dlatego, że ma on niepełnosprawność, nawet stosunkowo niewielką.
A przecież nie każda osoba z niepełnosprawnością potrzebuje osobnej grupy, osobnego trenera i zupełnie innego treningu. W wielu dobrze rozwiniętych systemach parapływacy funkcjonują w normalnych strukturach klubowych i trenują razem z zawodnikami pełnosprawnymi.
Takie modele działają chociażby w Wielkiej Brytanii, gdzie zawodnicy para są włączani do głównych grup treningowych odpowiednio do swojego poziomu sportowego i możliwości funkcjonalnych.
Szczególnie zawodnicy z tzw. wysokich klas sportowych, czyli z mniejszym ograniczeniem funkcjonalnym, bardzo często nie potrzebują stworzenia dla nich odrębnego świata treningowego. Potrzebują dobrego trenera pływania, który będzie chciał poznać ich specyfikę i odpowiednio zmodyfikować proces tam, gdzie rzeczywiście jest to konieczne.
I chyba właśnie tutaj potrzebujemy dużej zmiany myślenia. Parapływanie nie powinno funkcjonować obok pływania. Powinno być jego naturalną częścią.
Jeżeli każdy większy klub pływacki w Polsce byłby gotowy przyjąć i prowadzić jednego czy dwóch zawodników z niepełnosprawnością, nasza baza potencjalnych zawodników w ciągu kilku lat wyglądałaby zupełnie inaczej.

Marta Witecka: Do Los Angeles pozostały dwa lata. Czy przygotowania do igrzysk już się faktycznie rozpoczęły i co będzie najważniejszym zadaniem reprezentacji w sezonach 2027 i 2028?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: W sporcie wyczynowym nie można zacząć budować zawodnika w roku paralimpijskim.
Musimy też pamiętać, że w parapływaniu samo osiągnięcie minimum nie gwarantuje wyjazdu na igrzyska. Zawodnik z minimum trafia do światowego rankingu, a jego pozycja wpływa na liczbę miejsc, które ostatecznie otrzyma Polska, osobno dla kobiet i mężczyzn.
Może się więc zdarzyć, że minimum osiągnie kilku zawodników, a miejsc będziemy mieli mniej. Dlatego nie walczymy wyłącznie o minima. Walczymy o jak najwyższe miejsca w światowym rankingu.
Rok 2027 będzie więc bardzo ważny zarówno sportowo, jak i strategicznie. Chcemy rozwijać zawodników, stabilizować naszych liderów i zwiększać liczbę osób zdolnych do rywalizacji na najwyższym międzynarodowym poziomie.
W 2028 roku coraz mniej rzeczy będzie można już budować. Wtedy trzeba będzie precyzyjnie przygotować wybranych zawodników do konkretnej imprezy, konkurencji i dnia startu.
Nie chcemy jechać na igrzyska, żeby robić formę, tylko żeby ją tam pokazać.
Marta Witecka: Jaki wynik polskich parapływaków w Los Angeles 2028 uzna Pani za realizację celu, który postawiła sobie, obejmując kadrę narodową?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Nie chcę dzisiaj zamknąć Los Angeles w jednej liczbie medali. Dwa lata w sporcie paralimpijskim to bardzo dużo: zmieniają się rankingi, klasyfikacje, regulaminy i sami zawodnicy.
Ale mój cel jest jasny. Chcę, żebyśmy jechali do Los Angeles nie z jednym czy dwoma zawodnikami, wokół których budujemy wszystkie nadzieje, tylko z grupą ludzi mających realną możliwość walki o finały i medale.
I chcę, żeby po igrzyskach można było powiedzieć, że zdecydowana większość naszych zawodników osiągnęła tam maksimum swoich możliwości.
Według mnie prawdziwą miarą systemu nie jest jeden fenomenalny medal. Jest nią zdolność do regularnego doprowadzania wielu zawodników do najwyższego poziomu.
Marta Witecka: Zdobyła Pani tytuł Trenerki Roku PKOl, została odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, prowadzi Pani reprezentację kraju i pracuje naukowo. Co jeszcze chciałaby osiągnąć Beata Pożarowszczyk-Kuczko jako trenerka? Czy jest jedno sportowe marzenie, którego spełnienie byłoby dla Pani ważniejsze od wszystkich nagród i wyróżnień?
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Nagrody są ważne i oczywiście bardzo je doceniam, ale nigdy nie były celem samym w sobie.
Dla mnie największą wartością jest to, co budujemy wspólnie z zespołem. Bardzo zależy mi na tym, żeby jasno powiedzieć, że wyniki tej kadry nigdy nie są dziełem jednej osoby.
Moim zadaniem jest nadawać kierunek, łączyć te wszystkie kompetencje i brać odpowiedzialność za decyzje. Ale nie chcę być trenerką, która buduje wszystko wokół siebie. Chcę budować środowisko, w którym dobrzy ludzie mogą pracować razem, mieć wpływ i wspólnie rozwijać zawodników.
Oczywiście mam wielkie sportowe marzenie związane z Los Angeles 2028. Chciałabym, żebyśmy po tych igrzyskach mogli powiedzieć, że polskie parapływanie zrobiło kolejny krok i że nasi zawodnicy potrafią regularnie walczyć o najwyższe miejsca.
Natomiast jeśli miałabym wskazać coś jeszcze ważniejszego niż pojedynczy medal, to byłoby to pozostawienie po sobie systemu. Takiego, który działa nie dlatego, że stoi za nim jedna osoba, tylko dlatego, że tworzą go kompetentni trenerzy, specjaliści i ludzie, którzy wierzą w ten sam kierunek.
Chciałabym kiedyś odejść z kadry z poczuciem, że zostawiam po sobie coś trwałego: silny zespół, dobrze przygotowanych trenerów, młodych zawodników i standard pracy, który będzie dalej rozwijany.
Bo medale są momentem, ale jeżeli za kilka lat sukces polskiego zawodnika nie będzie dla nikogo niespodzianką, tylko naturalną konsekwencją dobrze działającego systemu, to uznam, że wykonaliśmy naprawdę dobrą pracę.
Marta Witecka: Dziękuję bardzo za rozmowę i życzymy kolejnych sukcesów w tworzeniu silnej drużyny i systemu!
Beata Pożarowszczyk-Kuczko: Dziękuje bardzo 🙂

Zdjęcia: archiwum Beaty Pożarowszczyk – Kuczko
















Dodaj komentarz