Rozmowa Filipem Zaborowskim z MKP Szczecin – wielokrotnym mistrzem Polski w pływaniu, olimpijczyk z Rio 2016, finalistą mistrzostw świata i Europy, specjalistą długich dystansów stylem dowolnym. Zawodnik MKP Szczecin, mistrz świata i Europy w aquabike, obecnie także działacz klubowy i trener „procesu”, znany z determinacji i sportowego uporu.
Redakcja: Urodziłeś się w Gdyni, ale Twoje największe sukcesy klubowe są związane ze Szczecinem i MKP. Jak wyglądała Twoja droga „z Trójmiasta na Zachód” – kiedy i dlaczego trafiłeś do MKP Szczecin?
Filip Zaborowski: Do Szczecina trafiłem trochę z przymusu. Mój klubowy basen WKS Flota Gdynia po raz kolejny uległ poważnej awarii (przeciekająca niecka basenu i zalane systemy uzdatniania wody). Rok wcześniej, podczas pierwszej, mniejszej usterki, przeszedłem tymczasowo do AZS AWFiS Gdańsk, gdzie nie odnosiłem sukcesów i zatrzymałem się z wynikami. Po kolejnej awarii, która wydawała się poważniejsza, nauczony doświadczeniem z Gdańska, podjąłem wraz z rodzicami i ówczesnym trenerem Olkiem Steciukiem decyzję o szukaniu innej alternatywy. W tamtym czasie zastanawiałem się nad Słowianką Gorzów i MKP Szczecin. Zdecydowałem się na Szczecin i przetransferowałem się tam w połowie trzeciej klasy gimnazjum – był to chyba 2009 rok.
—
Redakcja: Pływanie zacząłeś podobno ze względów zdrowotnych – przez wadę postawy. Pamiętasz, jak wyglądały te pierwsze zajęcia na basenie i kiedy to się przerodziło z „rehabilitacji” w prawdziwy sport?
Filip Zaborowski: Dokładnie tak. Swoją przygodę z pływaniem rozpocząłem ze względów zdrowotnych i szybko przerodziła się ona w sportową zajawkę. Na początku była to głównie zabawa, ale w dość szybkim tempie przechodziłem do kolejnych grup, kończąc na tej najbardziej zaawansowanej, gdzie były już elementy pływania sportowego i nauka techniki. Po paru miesiącach rodzice zapytali mnie, czy chciałbym zapisać się do sekcji pływackiej, i tak rozpocząłem swoją przygodę z prawdziwym pływaniem oraz klubem WKS Flota Gdynia.
—
Redakcja: Co sprawiło, że postawiłeś na styl dowolny i dystanse 200–1500 m, a nie np. sprinty albo styl zmienny?
Filip Zaborowski: Wydaje mi się, że ten proces przebiegał bardzo płynnie. Podczas treningów wykazywałem predyspozycje wytrzymałościowe i pod tym kątem stopniowo, w bardzo spokojnym tempie, byłem przygotowywany do dalszych lat swojej kariery. Swój pierwszy medal mistrzostw Polski, jeszcze w barwach WKS Flota Gdynia, zdobyłem na dystansie 200 m stylem dowolnym.

Redakcja: Jak wspominasz swoje pierwsze poważne sukcesy na arenie krajowej – mistrzostwa Polski juniorów, młodzieżowców, pierwsze seniorskie medale? Który moment był takim „klik”, że poczułeś się naprawdę czołowym kraulistą w kraju?
Filip Zaborowski: Podczas wymienionych wyżej mistrzostw Polski po raz pierwszy poczułem, że mogę zdobywać medale, i mocno wierzyłem, że to dopiero początek. Niestety rzeczywistość była zdecydowanie inna. W tamtym czasie mój rocznik – 1994 – był bardzo mocny i żeby zdobywać medale, niejednokrotnie trzeba było bić rekord Polski. Przez dwa lata startów na krajowym czempionacie zdobyłem 11 czwartych miejsc. Ten czas był dla mnie bardzo ciężki, ale myślę, że ukształtował mnie jako późniejszego zawodnika.
—
Redakcja: Od lat jesteś kojarzony z trenerem Mirosławem Drozdem. Jak opisałbyś Waszą współpracę? Czego nauczył Cię najbardziej – jako zawodnika i jako człowieka?
Filip Zaborowski: Nasza współpraca zmieniała się z biegiem lat. Pamiętam pierwsze dni w MKP Szczecin, kiedy trafiłem do grupy z Mateuszem Sawrymowiczem, Przemkiem Stańczykiem, Kasią Baranowską, Maćkiem Hreniakiem i Mateuszem Matczakiem. Wtedy trener Drozd był bardzo surowy (przede wszystkim dla tej grupy), chociaż i mnie czasem się dostawało. W późniejszych latach ci zawodnicy zaczęli kończyć kariery i to na mnie skupiana była główna uwaga. Mieliśmy przez te 15–16 lat wiele wzlotów i upadków. Po upływie około 10 lat poczułem, że potrzebuję zmiany, i wtedy zdecydowałem się na treningi w AZS AWFiS Warszawa. Po dwóch latach wróciłem do trenera Drozda i śmiało mogę powiedzieć, że jest to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, szkoleniowiec od średniego i długiego dystansu w Polsce. Przez te lata świadomie wraz z trenerem uczestniczyłem w procesie treningowym, zrozumiałem, na czym polega trening pływacki i jak dojść do optymalnej formy. Stałem się dzięki niemu bardzo świadomym zawodnikiem, za co jestem mu ogromnie wdzięczny. Obecnie darzymy się ogromnym zaufaniem i np. w okresie odpuszczenia, który trwa u mnie około trzech tygodni, dostaję wolną rękę: konsultuję się z trenerem i często pływam swoje treningi bądź mieszankę jego i moich – w zależności od samopoczucia.
—
Redakcja: Pamiętasz swoje pierwsze mistrzostwa świata – starty w Dausze i Kazaniu? Jakie wrażenie zrobiło na Tobie zetknięcie z absolutną światową czołówką na 400 i 1500 m dowolnym?
Filip Zaborowski: Mój pierwszy start na mistrzostwach świata odbył się w 2012 roku i były to zawody na krótkim basenie organizowane w Stambule. Z tych mistrzostw mam tragiczne wspomnienia. Na dzień przed startem zjadłem sporą ilość pieczonego łososia na hotelowej kolacji. Skończyło się to wymiotami, biegunką i wycofaniem z 400 m stylem dowolnym. Na koniec zawodów udało mi się wystartować na 200 m dowolnym, gdzie znacznie pobiłem swój rekord życiowy, więc tym bardziej żałowałem, że nie mogłem wystartować na swoim koronnym dystansie. Jeśli chodzi o pierwsze zetknięcie się z czołówką światową, to najbardziej pamiętam mistrzostwa świata w Barcelonie w 2013 roku, gdzie mieszkałem w jednym hotelu z Sun Yangiem. Próbowałem się z nim ścigać podczas treningu na basenie :). Także z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że nie czułem się przez tę czołówkę onieśmielony.
—
Redakcja: Kazaniu poprawiłeś rekord życiowy i byłeś 12. na świecie na 400 m. Jak z dzisiejszej perspektywy patrzysz na tamten wyścig – bardziej niedosyt czy duma, że byłeś tak blisko finału?
Filip Zaborowski: Podczas mistrzostw świata w Barcelonie na dystansie 800 m stylem dowolnym zakończyłem eliminacje z 10. czasem. Były to moje pierwsze mistrzostwa świata na długim basenie – i tak jak w przypadku pierwszego medalu na mistrzostwach Polski spodziewałem się, że to tylko początek. W Kazaniu znacznie poprawiłem swój rekord życiowy, ale znowu nie udało się wejść do finału. Czułem niedosyt i myślę, że w pewnym sensie dalej go czuję, bo tego indywidualnego finału mistrzostw świata na długim basenie ostatecznie nigdy nie wywalczyłem.
—
Redakcja: Mistrzostwa Europy w Londynie – finał na 400 m dowolnym i siódme miejsce. Jak wyglądał Twój dzień finału: emocje, rytuały, rozmowa z trenerem, ostatnie myśli na starcie?
Filip Zaborowski: Były to mistrzostwa Europy poprzedzające igrzyska olimpijskie. Już w eliminacjach popłynąłem wynik lepszy od minimum, więc byłem ogromnie szczęśliwy, chociaż wiedziałem, że przede mną jeszcze finał. W finale, jak zawsze, towarzyszył mi lekki stresik. Popłynąłem nieco słabiej niż w porannych eliminacjach, ale pamiętam uściski z trenerem i radość z wywalczonego po raz kolejny minimum na igrzyska olimpijskie.
—
Redakcja: No i igrzyska olimpijskie w Rio. Kiedy pierwszy raz uświadomiłeś sobie: „Jadę na igrzyska, spełniam marzenie”?
Filip Zaborowski: Po mistrzostwach Europy w Londynie były jeszcze letnie mistrzostwa Polski w Szczecinie i to tam teoretycznie jeszcze mogło się coś zmienić. Było nas trzech – ja, Wojtek Wojdak i Kacper Klich – więc gdyby chłopaki popłynęli szybciej niż mój czas z Londynu, a ja zająłbym w finale mistrzostw Polski 3. miejsce, to igrzyska olimpijskie mógłbym pooglądać co najwyżej w TV. Mistrzostwa Polski skończyłem ze złotem i to wtedy tak na poważnie dotarło do mnie, że naprawdę jadę na igrzyska olimpijskie i spełniam swoje marzenie z dzieciństwa.
—
Redakcja: W Rio nie udało się wejść do finału, mówiłeś wtedy w jednym z wywiadów, że „spełniasz marzenia, chociaż liczyłeś na lepsze efekty”. Co dziś powiedziałbyś tamtemu Filipowi z 2016 roku?
Filip Zaborowski: Powiedziałbym mu, żeby nie martwił się uzyskanym rezultatem, bo finalny efekt w dużej mierze zależał od błędnych decyzji sztabu. Myślę, że warto tu przytoczyć szerszy kontekst. Z racji późno rozgrywanych finałów podczas igrzysk olimpijskich kadra trenerska zadecydowała, że będziemy stopniowo przesuwać godziny porannych i popołudniowych treningów tak, aby organizm był do tego w pełni zaadaptowany. W ostatnich tygodniach przed startem, będąc na obozie w Aracaju, trenowaliśmy w godzinach bodajże 12:00–14:00 i 22:00–24:00. W tamtym czasie w Brazylii panowała zima, więc dzień był bardzo krótki, a my praktycznie cały czas funkcjonowaliśmy po ciemku. Pamiętam, że z ciepłymi posiłkami też był problem, bo nikt nie pracował o północy w hotelowej kuchni. Całość złożyła się na totalne rozregulowanie (pomimo stopniowego przesuwania godzin), które skończyło się totalnym fiaskiem polskiego pływania na igrzyskach olimpijskich w Rio.
—
Redakcja: Długie dystanse w kraulu to często samotność na torze i w treningu. Co dla Ciebie było najtrudniejsze w byciu „długodystansowcem” – fizycznie i mentalnie?
Filip Zaborowski: Najcięższe było i nadal jest kumulujące się zmęczenie. Treningi trenera Drozda momentami są wytrzymałościowo wręcz wyczerpujące. Krótkie limity startowe typu wielokrotność 35” na 50 m na długim basenie bądź 32,5” na krótkim są do zrobienia nawet na intensywnych zadaniach, o ile masz z czego „wycisnąć”. Ja, jako bardzo zdeterminowany zawodnik, nie mogłem znieść sytuacji, w których nie wyrabiałem się w limitach lub kiedy powodowały u mnie mocną kumulację kwasu mlekowego. I zostało mi tak do dziś. Chociaż teraz wiem, że warto dodać te 5 sekund do limitu, bo finalnie dany odcinek można popłynąć nieco szybciej. Niby 5 sekund, ale potrafi zmienić wiele.
—
Redakcja: W 2019 roku zdobyłeś brązowy medal Uniwersjady na 800 m dowolnym w Neapolu. Jak wyglądał ten wyścig z Twojej perspektywy – gdzie „ustawiłeś” atak, co pamiętasz z ostatnich 50 metrów?
Filip Zaborowski: Te zawody od początku nie układały się dla mnie dobrze. Najpierw mój pierwszy i jedyny repasaż… na 400 m stylem dowolnym :). Który finalnie przegrałem, ale nawet gdybym go wygrał, to pływanie trzech 400-tek jednego dnia nie wróży nic dobrego. Na koniec była 800-tka – dostałem się do finału z 3. albo 4. czasem. W eliminacjach zacząłem dość żwawo i później brakowało mi mocy na ostatnich metrach. Do finału podszedłem na całkowitym luzie: zero muzyki, zero stresu, zero oczekiwań. Wiedziałem tylko, że chcę zacząć wolniej, ale w miarę możliwości trzymać się czołówki. No i tak skrupulatnie przesuwałem się do góry, aż ukończyłem wyścig na 3. miejscu. Było to dla mnie spore zaskoczenie i niewątpliwie duża radość, bo zdobyłem jedyny medal dla całej kadry pływackiej na tej Uniwersjadzie.

Redakcja: W Wuhan przywiozłeś dwa brązowe medale wojskowych igrzysk w sztafetach kraulowych. Czym różni się atmosfera takich zawodów wojskowych od „klasycznych” mistrzostw świata czy mistrzostw Europy?
Filip Zaborowski: Jedyna różnica na takich zawodach jest taka, że podczas dekoracji lub otwarcia zawodnicy i oficjele są w mundurach. Poza tym zawody są bardzo podobne do tych „cywilnych”. W Wuhan mieliśmy ogromną wioskę olimpijską, porównywalną do tej w Brazylii. Co więcej, Chińczycy specjalnie dobudowali linie metra i olbrzymią stację, abyśmy mogli zwiedzać miasto. Rozmach robił ogromne wrażenie.
—
Redakcja: Który medal lub wynik w karierze znaczy dla Ciebie najwięcej – jeśli miałbyś wybrać jeden start, który ustawił Twój sportowy życiorys?
Filip Zaborowski: To dość dziwne, ale od razu na myśl przychodzą mi zimowe mistrzostwa Polski w Olsztynie i 3:37 na 400 m stylem dowolnym. Niby tylko złoto na zimowych mistrzostwach Polski, ale okraszone wynikiem, z którego jestem niesamowicie dumny.
—
Redakcja: Byłeś finalistą mistrzostw świata i mistrzostw Europy w pływaniu, a dziś jesteś też mistrzem świata, Europy i Polski w aquabike. Kiedy pojawił się w Twojej głowie pomysł, że spróbujesz swoich sił w tej dyscyplinie?
Filip Zaborowski: Pomysł podrzucił mi mój kolega i znakomity triathlonista Filip Szymonik. To on uświadomił mi, że jest taka dyscyplina jak aquabike. Na szosie jeździłem dwa sezony i postanowiłem spróbować swoich sił na krajowym podwórku właśnie w tej dyscyplinie. Startowałem wtedy na rowerze szosowym z dołączoną lemondką i pomimo tego zwyciężałem w każdych zawodach. Wygrana na mistrzostwach Polski i kwalifikacja na mistrzostwa świata, później zakup profesjonalnego roweru i złoto na dystansie olimpijskim właśnie na tych mistrzostwach świata. Wszystko potoczyło się naprawdę bardzo szybko.
—
Redakcja: Jak wyglądało przejście z „czystego pływaka basenowego” do zawodnika sportów wytrzymałościowych typu aquabike – co było dla Ciebie największym szokiem treningowym?
Filip Zaborowski: Wbrew pozorom te dyscypliny są do siebie bardzo zbliżone. Na moje szczęście całą swoją karierę trenowałem głównie aspekt wydolnościowy i po prostu – w ramach odskoczni basenowej – przesiadłem się na rower. Oczywiście, tak jak w basenie, tak samo na rowerze obowiązują zasady treningu i musiałem się ich nauczyć, natomiast sama specyfika wysiłku jest dość podobna. W moim odczuciu jazda na rowerze jest dużo ciekawsza od pływania pomiędzy dwiema ścianami basenu, więc tym bardziej chętnie wsiadam na treningi rowerowe.
—
Redakcja: Który trening jest dla Ciebie cięższy mentalnie: 1500 m na maksa w basenie czy kilkugodzinny wyścig aquabike na mistrzostwach świata w upale?
Filip Zaborowski: 1500 m było dla mnie zawsze koszmarnie bolesną konkurencją i taką zawsze pozostanie. Wiem, że prawdziwi specjaliści od tego dystansu potrafią pływać bardzo szybko, nie przekraczając 6 mmol zakwaszenia organizmu. Ja natomiast miewałem zawsze kilkanaście i były to dla mnie katusze w wodzie, które z reguły zaczynały się w okolicach 1000. metra. Kilkugodzinny wyścig aquabike to zdecydowanie inna para kaloszy, bo o ile na początku płynę dystans zbliżony do tego basenowego, to potem podczas wysiłku rowerowego obserwuję dane takie jak moc, tętno, prędkość i mimo wszystko staram się wyciskać jak najwięcej, ale nie wchodzić na swój limit. Na 1500 m w basenie zawsze wchodziłem ponad ten limit, więc gdybym miał wybierać, to wolałbym kilkugodzinny wyścig aquabike.

Redakcja: Jak łączysz teraz pasję do pływania, roweru i startów w aquabike z życiem prywatnym i zawodowym? Masz jeszcze w grafiku miejsce na „normalne życie”?
Filip Zaborowski: Nie jest łatwo. Od ponad roku jestem tatą kochanej Zuzanny, więc doby (jak i sił 🙂 ) zwyczajnie na wszystko nie starcza. Od września skupiłem się tylko na treningu w wodzie, więc od tego czasu rower leży i kurzy się na wieszaku, ale po nowym roku zamierzam do niego wrócić. Jeśli chodzi o czas wolny, to zdecydowanie jest on skupiony wokół moich dziewczyn (żony i córki). Niestety nie mam go tyle, ile bym chciał, ale ten, który mam, staram się wykorzystywać do maksimum.
—
Redakcja: Masz swoje rytuały muzyczne – w jednym z wywiadów mówiłeś, że potrafisz słuchać playlisty nawet w wodzie. Jaką rolę odgrywa muzyka w Twoim treningu i startach?
Filip Zaborowski: Kiedyś odgrywała bardzo ważną rolę, teraz spadła trochę na drugi plan, ale dalej namiętnie towarzyszy mi w życiu. Na co dzień mam taką rutynę: kiedy jadę autem na trening (ranny bądź popołudniowy), słucham swojej playlisty albo kategorii „Radar premier”, czyli nowości z gatunków, których najczęściej słucham – jest to głównie muzyka elektroniczna. Kiedy wracam, zawsze odpalam podcast. Od dwóch lat słucham ich naprawdę dużo.
—
Redakcja: Co jest Twoją najmocniejszą stroną jako sportowca: głowa, wytrzymałość, „czucie wody”, a może… upór?
Filip Zaborowski: Uważam, że nigdy nie miałem jakiegoś dużego talentu do pływania. Wszystko, co przydarzyło się w mojej karierze, musiałem wyszarpać, wypływać, wymęczyć na treningach. Według mnie moją najmocniejszą cechą jest upór/determinacja.
—
Redakcja: A nad czym najdłużej musiałeś pracować – był jakiś element techniki albo mentalu, który przez lata był Twoją piętą achillesową?
Filip Zaborowski: Paradoksalnie było to odpuszczanie, którego uczę się cały czas. Parę razy w swojej karierze byłem przetrenowany. Nie dopuszczałem do siebie głosu mojego ciała, które mówiło: dość, zwolnij, odpocznij. Przez zdecydowaną większość kariery towarzyszyły mi wyrzuty sumienia, jeśli przez chorobę lub jakąś niedyspozycję miałem opuścić trening, dlatego też często trenowałem, będąc chorym. Dopiero parę lat temu nauczyłem się lepiej słuchać ciała i pozwalać sobie na chwilę oddechu bez późniejszych wyrzutów sumienia.
—
Redakcja: Jak wygląda Twój dzień idealnego zgrupowania: od pobudki do wieczornego spania? Ile tam jest pływania, ile roweru, ile regeneracji?
Filip Zaborowski: Obecnie trenuję głównie na miejscu, by móc spędzać czas z rodziną i obserwować dorastanie córki. Jeśli miałbym określić idealny dzień zgrupowania, to przede wszystkim chciałbym, żeby w Polsce były tylko dwie pory roku – wiosna i lato. Wtedy mój dzień wyglądałby tak: 6:00/6:30 pobudka, później owsianka i kawa, około 7:30–9:30 trening w wodzie, następnie drugie śniadanie i chwila oddechu. Potem obiad ok. 13:30–14:00, kawka, jakiś mały deserek i czas z córką. O 15:30/16:00 drugi trening (najchętniej rower w słoneczną pogodę 🙂 ) i tu, w zależności od okresu treningowego, przewidywałbym 1,5–3,5 godziny roweru. Następnie kolacja i czas z najbliższymi. Mógłbym tak trenować w nieskończoność. Kocham rutynę i dobrze się w niej czuję, więc taki program byłby dla mnie idealny.
—
Redakcja: Jesteś ambasadorem kilku marek, m.in. suplementów i sprzętu pływackiego. Jak podchodzisz do tematu współpracy ze sponsorami – na co zwracasz uwagę, żeby to było spójne z Tobą i Twoimi wartościami?
Filip Zaborowski: Firma Swanson i Finis to nie tylko sprzęt i suplementy, ale również ludzie, z którymi mogę tworzyć niesamowity zespół. Znamy się i współpracujemy już od kilkunastu lat, więc mogę śmiało powiedzieć, że te marki stanowią trzon mnie i mojej kariery sportowej. Podczas wyboru współprac kieruję się głównie jakością danego produktu. Nie chcę reklamować czegoś, czego sam nie chciałbym stosować, więc pod tym względem jest to moje kluczowe kryterium.
—
Redakcja: Twoje sportowe motto brzmi: „Jest tylko jeden sposób, aby osiągnąć sukces – dać z siebie wszystko”. Były w karierze momenty, kiedy było Ci bardzo trudno w to motto uwierzyć?
Filip Zaborowski: Zdarzały się takie momenty. Jednym z nich był wcześniej wspomniany okres nieustannych czwartych miejsc na mistrzostwach Polski. Czasem też dawałem z siebie za dużo i najzwyczajniej w świecie moje rezultaty na głównych imprezach nie były takie, jakbym tego oczekiwał. To bolało mnie najbardziej. Moment, kiedy oddajesz całego siebie, poświęcasz się w 100%, a finalny rezultat jest zdecydowanie poniżej oczekiwań, porównałbym do wbicia noża prosto w serce.

Redakcja: Gdy patrzysz na dzisiejsze młode pokolenie polskich kraulistów – czego im najbardziej zazdrościsz, a czego chciałbyś ich ustrzec?
Filip Zaborowski: Zdecydowanie zazdroszczę im wieku :). Chciałbym znów na chwilę mieć 18 lat i wypoczywać z treningu na trening.
Przed czym miałbym ich ustrzec? Myślę, że dzisiejsze młode pokolenie bardzo szybko chce osiągnąć sukces: „chcę już, zaraz”, najlepiej od razu być najlepszym, bić rekordy kraju, zdobywać medale na międzynarodowych zawodach. Niestety droga sportowca jest bardzo wyboista i trzeba być cierpliwym, żeby czerpać z niej radość.
—
Redakcja: Jakie miejsce w Twoim sercu zajmuje MKP Szczecin – co ten klub, trenerzy, grupa treningowa znaczą dla Ciebie po tylu latach?
Filip Zaborowski: Klub MKP Szczecin to mój drugi dom. Nie tylko z tego względu, że na basenie spędzam dużo czasu, ale również z powodu więzi, jakie tutaj zawarłem, tego, jak na przestrzeni lat byłem przez ten klub traktowany i jakie czułem wsparcie przez cały okres trwania mojej kariery. Jestem kierownictwu, trenerom i wszystkim zawodnikom niesamowicie wdzięczny. Od lat są i dalej będą nieodłączną częścią mojego życia. Od tego roku zasiadam również w zarządzie klubu. Wykorzystując swoje sportowe doświadczenie, chcę wpływać na rozwój klubu oraz jego zawodników.
—
Redakcja: Czy masz jeszcze w głowie jakieś „pływackie marzenie”, którego nie udało się zrealizować w basenie – i które chciałbyś sobie odbić w triathlonie czy aquabike?
Filip Zaborowski: Mam parę niespełnionych pływackich marzeń, ale są one – jak sama nazwa wskazuje – pływackie. Myślę, że na obecnym etapie kariery ciężko będzie mi je spełnić, a triathlon czy aquabike traktuję jako zupełnie nowy rozdział.
—
Redakcja: Kiedy kończy się start, medal wisi już na szyi i opada adrenalina – jak wygląda Twój idealny sposób świętowania sukcesu?
Filip Zaborowski: Kiedyś byłoby to huczne spotkanie z gronem najbliższych mi znajomych i przyjaciół. Dziś uśmiecham się na myśl o wspólnym czasie spędzonym z moją córką i żoną.
—
Redakcja: Co poza sportem najbardziej Cię kręci w życiu: podróże, jedzenie, książki, gry, muzyka? Czym jest „normalny Filip” poza wodą i rowerem?
Filip Zaborowski: Lubię podróże i nie ukrywam, że trochę mi ich brakuje. Chciałbym wraz z żoną pokazać córce świat i na pewno do podróżowania wrócimy. Poza tym kocham jeść (dlatego też tyle trenuję 🙂 ). Lubuję się w kuchni włoskiej, ale dobrym polskim jedzeniem nigdy nie pogardzę. Poza tym w wolnym czasie czytam książki, słucham muzyki, a jeśli mam czas i przestrzeń, to jeżdżę na eventy muzyczne. Interesuję się motoryzacją i szeroko pojętym sportem – śledzę, co dzieje się w Polsce i na świecie. Jedyną dyscypliną, która nie jest w kręgu mojego zainteresowania, jest piłka nożna.
—
Redakcja: Jak chciałbyś, żeby za kilka lat ludzie mówili o Filipie Zaborowskim – bardziej „świetny pływak”, „mistrz aquabike”, „gość, który nigdy się nie poddał”, a może coś jeszcze innego?
Filip Zaborowski: To zawsze miłe, kiedy ktoś docenia Twoje osiągnięcia, ale nie chciałbym być przez ich pryzmat definiowany. Najfajniejszym określeniem byłoby: Filip Zaborowski → sportowy świr.
—
Redakcja: I na koniec: co powiedziałbyś 10–12-latkowi, który właśnie wchodzi na basen MKP Szczecin i marzy, żeby kiedyś pojechać na igrzyska jak Ty?
Filip Zaborowski: Ciesz się z każdej małej rzeczy, z każdego dobrze zrealizowanego treningu, słuchaj swoich szkoleniowców i przede wszystkim pokochaj proces treningowy, bo żeby dojść do tego marzenia, będziesz musiał z tym „procesem” dzielić życie przez wiele lat.
Zdjęcia: archiwum domowe Filipa Zaborowskiego


























Leave a Reply