Klaudia Błaszczyk opowiada o drodze od basenu w MKS Polonia Warszawa, przez kontuzje i życiowe turbulencje, aż po samotny wyjazd do USA w wieku 16 lat. To rozmowa o sporcie jako schronieniu, o systemie, który potrafi wspierać, i o powrocie do Polski, by dziś pomagać młodym spełniać stypendialne marzenia
🟦 Droga do pływania i początki
Redakcja: Jak zaczęła się Twoja przygoda z pływaniem i kto miał na nią największy wpływ?
Klaudia Błaszczyk: Moja przygoda zaczęła się od chodzenia z babcią na basen od najmłodszych lat. Zawsze kochałam wodę i uczucie wolności oraz lekkości, gdy się w niej znajdowałam. Gdy przechodziłam do szkoły podstawowej, mama zapisała mnie na rekrutację do klubu MKS Polonia Warszawa. Przeprowadzali ją trener Marcin Grzejda i Piotr Piotrowski, z tego co pamiętam. Po pokazaniu, że się nie utopię, dostałam się do klubu i już od września uczęszczałam na treningi. I tak pierwsze trzy lata zleciały na chodzeniu i bawieniu się na basenie pod okiem trenerów: Sira Piotra Piotrowskiego i Andrzeja Gozdalika.
Oczywiście trenerzy próbowali wszystkich sił, żeby coś ze mnie wyrosło w tym sporcie, lecz dopiero w czwartej klasie, gdy zabawa zamieniła się w prawdziwy sport, trener Andrzej Gozdalik przeprowadził ze mną poważną rozmowę. „Chcesz się dalej bawić, czy coś osiągnąć w pływaniu?” — zapytał mnie na samym wejściu. Moja odpowiedź była prosta: chciałam coś osiągnąć. Był on pierwszą osobą, która wzięła mnie na poważnie.
Nigdy nie miałam predyspozycji na sportowca — to zabrała w genach moja siostra. Ale mimo to pływanie zalęgło się we mnie długimi korzeniami. W tym okresie miałam dużo rodzinnych turbulencji związanych z rozwodem rodziców. Jako bardzo empatyczne i emocjonalne dziecko bardzo to przeżywałam. Niestety, z powodu mojego wyglądu i sytuacji rodzinnej dzieciaki w szkole znęcały się nade mną przez pierwsze lata szkoły podstawowej.
Moja mama od zawsze mnie wspierała i mimo wszystkiego, co sama musiała przejść, zawsze była ze mną i dawała mi siłę oraz pewność, że wszystko będzie dobrze. Pływanie dało mi schron, którego nikt inny nie mógł. Moją jedyną ucieczkę od rzeczywistości. I tak zaczęła się moja kariera pływacka — bez odwrotu.
Redakcja: Co najbardziej pamiętasz z lat w MKS Polonia Warszawa?
Klaudia Błaszczyk: Na pewno pamiętam obozy, na które wyjeżdżaliśmy razem z klubem. Zawsze były to fajne miejsca, dużo się działo i mogliśmy naprawdę skupić się na treningu. Wiadomo — jak i dobre wspomnienia, dały mi one też „dobrą traumę”.
Mimo braku predyspozycji do bycia sportowcem, zawsze dawałam z siebie 120% na treningach, mając nadzieję, że mogę tym nadgonić elitę pływacką. Niestety dla mnie: gdzie ciężka praca, tam zaczęły się przeciążenia. Od najmłodszych lat zmagałam się z kontuzjami wszelkiego rodzaju. W 6. klasie podstawowej, gdy udało mi się dostać do kadry Polski, musiałam zrezygnować z niej na rzecz pierwszej operacji kolana.
Była to pierwsza z wielu trudnych decyzji, które jako nastolatka musiałam podjąć i niestety na jednej operacji się nie skończyło. Od tamtego momentu byłam zdana na siebie, a wszystkie wspięcia kończyły się ponowną kontuzją. „Dlaczego ja?” — to pytanie towarzyszyło mi w nieskończoność. Niektórzy mówili mi, żebym skończyła z tym: „Po co sobie niszczysz zdrowie i życie?”. Ale ci sami ludzie nie rozumieli, że pływanie dało mi tę cząstkę mnie, której nikt nie mógł mi odebrać — ten schron i uczucie przynależności do czegoś większego.
Redakcja: Czy już jako młoda zawodniczka myślałaś o wyjeździe do USA, czy pojawiło się to później?
Klaudia Błaszczyk: Gdy podjęłam się ciężkiego treningu pływackiego, moje zainteresowanie pływaniem i wszystkim, co miało z nim związek, się poszerzyło.
Największe gwiazdy, takie jak Michael Phelps, Katinka Hosszú, Ryan Lochte czy nawet Otylia Jędrzejczak, widniały na moich ścianach, w notatnikach i dosłownie wszędzie, gdzie tylko mogłam. Myślałam sobie, jakie to by było życie, gdybym mogła trenować w Stanach tak jak Phelps. Co bym mogła tam osiągnąć…
Nigdy nie bałam się ciężkiej pracy — przepracowywałam kontuzje na porządku dziennym. Pływanie stało się jedyną rzeczą, która się dla mnie liczyła, bo co by było, gdybym mogła jechać do USA? W wieku 14 lat mój dogłębny research na temat USA — jak oni trenują, co robią i jak się tam dostać — był na poziomie pracy magisterskiej. Znałam każdy aspekt treningów w USA i wszystkiego, co w niego wchodziło. Zapisywałam każdy trening w dzienniku ze starannie opracowanymi notatkami: jak się czułam i nad czym muszę popracować.
Moja mama uznała, że może i mam małą obsesję na punkcie pływania. Nie wychodziłam dużo, w sumie poza pływaniem nic innego nie robiłam — chyba że miało mi to pomóc w byciu szybszym w wodzie. Jedyną przeszkodą była zawsze szkoła. Ten sam system edukacyjny, który daje kopa wszystkim sportowcom, czyli tak naprawdę brak wsparcia i parcie na „albo moja metoda, albo wcale”.
Redakcja: Rok w Jagiellonii Warszawa był przejściowy — czego Cię nauczył?
Klaudia Błaszczyk: połowie drugiej klasy gimnazjum, wraz z dobrym przyjacielem Adamem Miziakiem, podjęłam decyzję o przejściu do Jagiellonki. Normalnie nie wymieniłabym imion, ale on był osobą, która nie dała mi się poddać w 6. klasie podstawówki po operacji kolana, tak samo jak przez wszystkie klasy w gimnazjum. Za to jestem mu dozgonnie wdzięczna. On może tego nie wiedzieć, ale w najgorszych momentach, gdy już chciałam wyjść z wody i się poddać ze łzami w oczach, jego: „Nie popłynę, jak ty nie popłyniesz” było ostatnią deską ratunku.
W drugiej klasie gimnazjum do kontuzji kolana doszedł problem z kręgosłupem. „Jak to jest możliwe, że żaden ortopeda nie zauważył, że moje dziecko ma prosty kręgosłup?! (Dla waszej wiadomości: prosty nie znaczy zdrowy — to znaczy, że nie ma naturalnej skoliozy, co napiera na odcinek lędźwiowy kręgosłupa i powoduje przepuklinę oraz ścieranie kręgów)” — pytanie w gabinecie padło od mojej mamy, gdy lekarz odczytywał wyniki rezonansu.
Odcinek L4, L5 — piękna przepuklina, która uciska na nerw. Co za tym stało? Odcinanie czucia w nogach na treningu, czasem i po treningu. Ból 8/10–10/10 po treningu lub podczas. Co robić? — „Córka musi przestać pływać, zacząć moczyć tyłek” — i tak drzwi od gabinetu trzasnęły, a ja jeszcze zdążyłam na popołudniowy trening.
Przejście do Jagiellonki miało być nowym rozdziałem. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że będą to najcięższe lata mojego życia. Nowy trener, nowy układ treningowy? — nic strasznego. Wstawanie o 4:30/4:45? — luz. Nowa szkoła? — fajnie, może będzie lepiej. Nic bardziej mylnego…
W tym roku niestety moje komplikacje po operacji kolana i problemy z kręgosłupem sięgnęły nowych poziomów. W połowie 3. klasy gimnazjum musiałam poddać się drugiej operacji kolana, co spowodowało u mnie totalne załamanie nerwowe i podjęcie decyzji o zakończeniu pływania, marzeń o olimpiadzie czy USA. Zawsze będę wdzięczna moim przyjaciołom, których poznałam na Jagiellonce — to właśnie dzięki nim i mojej rodzinie chciało mi się jeszcze żyć.
Moja siostra Wiktoria była zawsze moją największą motywacją. To dla niej nigdy nie pokazywałam swoich słabości i tego, że pomimo gorszych warunków nie można się poddawać — tylko trzeba piąć do celu. Gdy sama zaczęła pływać w podstawówce, było to moim motywatorem, żeby być jej numerem 1, co miało też wpływ na moją następną decyzję.
Dni przemijały, a ja nie mogłam się pogodzić z podjętą decyzją. Tak było do momentu, gdy wpadłam w tramwaju na trenera Michała Sędrowskiego, który zaproponował, żebym przyszła „pomoczyła sobie tyłek” na Polonii.
Tak więc od „moczenia tyłka” w styczniu 2017 roku zaczęłam oswajać się z pływaniem na nowo. 10 minut, 20 minut, 30 minut — wow, nawet cały trening mi się udało wysiedzieć. Takim sposobem, krok po kroku, trener Sędrowski pokazał mi, że nie muszę się już „zabijać” pływając, że muszę czerpać z tego samą przyjemność. I tak też było.
Redakcja: W wieku 16 lat zdecydowałaś się wyjechać sama do USA. Co było najtrudniejsze w tej decyzji?
Klaudia Błaszczyk: W marcu tego roku poszłam na targi liceów do Pałacu Kultury, gdzie natknęłam się na panią Aleksandrę Skowron, która zachęcała gimnazjalistów do wyjazdu do USA. Po dłuższej rozmowie stwierdziłam: co mi szkodzi wypełnić aplikację? Tam też postawiłam pierwszy krok w stronę USA.
Nie minęły dwa tygodnie, gdy zadzwoniła do mnie osoba z agencji, z którą Fundacja Akademia Aktywnego Rozwoju współpracowała, żeby zaoferować mi współpracę. Nie wiem, czyja mina była śmieszniejsza — moja czy mojej mamy — gdy powiedziałam jej o tej okazji. „No dobra… to co? Lecisz?” — zapytała moja mama z pytaniem, ale i też niedowierzaniem w głosie.
Zawsze byłyśmy raczej rodziną z niższych progów podatkowych, więc taki wyjazd wiązał się z jeszcze większymi wyrzeczeniami z obu stron. Pomimo tego mama nie dała mi odmówić oferty, którą Bóg mi zesłał jako ulitowanie nade mną i moimi aspiracjami. W sierpniu tego roku, po wylaniu litrów łez na lotnisku przeze mnie, moją rodzinę i bliskich, wsiadłam w lot do Los Angeles — ironicznie, Miasta Aniołów — i zaczęłam swoją wielką podróż.

🟦 Wyjazd do USA — rzeczywistość vs oczekiwania
Redakcja: Jak wyglądały obietnice związane ze stypendium, a jak wyglądała rzeczywistość po przylocie?
Klaudia Błaszczyk: pierwszej turze mojego liceum w USA agencja wszystko zorganizowała: szkołę, rodzinę, u której mieszkałam, i moje papiery do Stanów. Niestety, jak się szybko okazało, szkoła i program pływacki, który był mi obiecywany, był tylko tekstem w e-mailu. Zderzenie z rzeczywistością niedociągnięć przez agencję było moją ścianą.
Co 16-latka może zrobić, gdy wszystko, co jej obiecywano, okazało się kłamstwem?
Normalna osoba wróciłaby do Polski i zapomniała o całym zdarzeniu, ale ja nigdy nie mówiłam, że jestem normalna. Nie poddałam się tak łatwo. I tak zaczęła się moja praca na własną rękę. Znalazłam klub oraz szkołę, która zgodziła się mnie przyjąć w swoje progi. Przebolałam rok w pierwszej szkole z uwagi na opłacone już za nią koszty.
Codziennie o 4 rano i popołudniu dojeżdżałam autobusem podmiejskim na basen: od domu 2 godziny, od szkoły jedna. Ale był to mój amerykański sen, prawda?
Redakcja: Czy był moment, w którym pomyślałaś, że to był błąd?
Klaudia Błaszczyk: W następnym roku zamieszkałam z zaprzyjaźnioną rodziną z klubu pływackiego RAA (Riverside Aquatic Association) i tak skończyłam liceum w USA.
Zawsze myślałam, że inni mają gorzej. Że nie mogę narzekać na to, co sama chciałam przeżyć. Ale z wiekiem zrozumiałam, że takie tłumaczenie nie jest fair w stosunku do nas samych.
Może i inni mają gorzej, ale to jest najgorsza sytuacja, w której ja mogę być. Nigdy nie myślałam, że podjęcie decyzji o wylocie do USA to był błąd. Nawet nauka języka czy zaczerpnięcie innego systemu edukacji, który nie karcił, tylko rzeczywiście próbował pomóc studentom, był warty mojej decyzji.
Szkoła w USA — czy to liceum, czy już studia — ma zupełnie inny program niż ta w Polsce.
Gadanie o tym, że poziom jest niższy… rzeczywiście może i jest, ale za to w Stanach nie ma mowy o sytuacji, gdzie jedna osoba w klasie czegoś nie rozumie, a nauczyciel nie ma czasu, więc nie pomoże jej, bo spieszy się z materiałem. Nauczyciel podchodzi do każdego indywidualnie i jeżeli oznacza to, że z kimś będzie musiał przesiedzieć swój lunch lub zostać po godzinach — tak właśnie zrobi. Mała niespodzianka: nawet nie będzie robił z tego problemu, tylko z chęcią pomoże.
Większość sportowców chce jechać dla sportu i jest to zrozumiałe, ale muszą też myśleć o tych „małych” aspektach wyjazdu, jakim jest edukacja lub własny rozwój.
Redakcja: Jak poradziłaś sobie z samotnością w obcym kraju w wieku 16 lat?
Klaudia Błaszczyk: Powiem szczerze, że zawsze byłam przywiązana do mamy i siostry. Ciężko było mi zostawić je dwie same. Wiadomo, rozmowy wideo już istniały, więc kontakt był łatwy, lecz czasami w ciężkich chwilach przytulenie i kontakt fizyczny z mamą lub siostrą dałby mi więcej niż tysiąc słów.
Czas przemija. Najbardziej bolało mnie to, że moja siostra nie zatrzymała się w rozwoju jako ta 10-latka, tylko dorastała przez lata, których mnie tam nie było. Jednak z drugiej strony nasz kontakt bardzo się zbliżył, jak wyjechałam, i za to jestem wdzięczna.
Każdy radzi sobie inaczej z własnymi emocjami. Taki wyjazd jest świetnym momentem, aby zacząć uczyć się, jak my sami funkcjonujemy. Na początku jest to oczywiście bardzo ciężkie. Nikt nie rodzi się z podręcznikiem „jak obsługiwać”. Ale to jest też jeden z największych aspektów dorastania.
Czy chcemy, czy nie — i tak ten moment nadejdzie i będziemy musieli być odpowiedzialni za nas samych. Stany były dla mnie takim popchnięciem i pomimo że wtedy nie było to łatwe, to teraz jestem bardzo wdzięczna samej sobie za podjęcie tego kroku.
Redakcja: Co było dla Ciebie największym szokiem kulturowym?
Klaudia Błaszczyk: Jedzenie i podejście do drugiego człowieka. Amerykanie są bardzo otwarci. Nie mają problemu z zagadaniem do ciebie na przystanku o tym, jak się czujesz czy jak ci mija dzień. Nauczyciele czy pracownicy szkoły zawsze dawali nam znać, że są otwarci na wysłuchanie czy przytulenie studentów w ciężkich chwilach. Ja może i byłam sama, ale są dzieciaki, które mają rodziny w domach, do których po prostu nie chcą wracać.
Wtedy też zrozumiałam, że moja czuła empatia nie jest wcale zagrożeniem lub słabością. Byłam po prostu w złym kraju.
W Stanach odnalazłam też na nowo swoją wiarę w Boga. Niestety kościół katolicki w Polsce zniszczył mi ją przez lata — do momentu, w którym nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Wchodząc do małego kościółka w Kalifornii, wypełnionego uśmiechniętymi chrześcijanami, poczułam coś, czego nigdy w swoim życiu nie mogłam doznać w kościele w Polsce — bliskości.
Redakcja: Czy ktoś pomógł Ci przetrwać najtrudniejszy okres, czy musiałaś radzić sobie sama?
Klaudia Błaszczyk: Tak jak wspomniałam, moja rodzina i bliscy przyjaciele byli mi największym wsparciem. Jednak jest moment, w którym musiałam nauczyć się czuć dobrze sama ze sobą. Zmiana czasowa grała dużą rolę.
W całej sytuacji z brakiem basenu i treningów pomogła mi Fundacja Akademia Aktywnego Rozwoju. To dzięki nim mogłam znaleźć ścieżkę na wyjazd, ale na resztę nie mieli już wpływu. Pomimo tego, jak usłyszeli, że taka sytuacja miała miejsce, od razu zaproponowali pomoc. Dzięki nim nie czułam się sama z tym problemem i mogłam pozwolić sobie na dołączenie do prywatnego klubu pływackiego. W tym klubie poznałam niesamowite osoby, które miały taki sam cel jak ja — dostać się do najlepszego college’u.
Jednak w samym liceum poznałam bardzo bliską mi już teraz osobę: Erin, dziewczynę z Kalifornii, która tak samo czuła się zagubiona w życiu jak ja. Od pierwszego spotkania wiedziałyśmy, że to będzie przyjaźń na wieki. I tak też było. Od tamtego momentu do dziś nie potrafię zliczyć, ile razy Erin ratowała mnie z sytuacji typu deportacja czy depresja. Nawet gdy wybuchła wojna na Ukrainie i nie wiadomo było, co dalej, jej tata zastanawiał się: „Jak możemy zaadoptować dwudziestojednolatkę?”.
Dla ludzi w Stanach pomoc osobom w potrzebie nie jest wielkim wyczynem. To ja musiałam się nauczyć dać sobie pomóc, bo zawsze wychodziłam z założenia, że muszę być silna i samodzielna. Stany nauczyły mnie tego, że dobro wraca i że nie muszę bać się pomocy.

🟦 Woodcrest Christian HS i Riverside Aquatics
Redakcja: Jak wspominasz okres w Woodcrest Christian High School?
Klaudia Błaszczyk: Woodcrest był college prep school — co oznacza, że wymogi edukacyjne były wyższe i trudniejsze. Nie było łatwo pisać wypracowań na trzydzieści parę stron w liceum. Ale w tym okresie odnalazłam na nowo swoją miłość do sztuki. Od dziecka kochałam rysować, ale dopiero w Woodcrest pani nauczycielka od plastyki dała mi wiatru w żagle. Uwielbiałam przesiadywać w jej klasie podczas przerw i rozmawiać o sztuce.
Rysowanie było moją regulacją wszystkich uczuć, których nie dało się opisać słowami.
Miło wspominam ludzi, a przeważnie profesorów, którzy pokazali mi, że naprawdę potrafię się uczyć i mieć z tego dobre oceny — po prostu nigdy nie miałam do tego dobrych warunków.
Redakcja: Jak wyglądał Twój trening w Riverside Aquatics i czym różnił się od polskiego systemu?
Klaudia Błaszczyk: Po przyjściu do drużyny zostałam wrzucona do najstarszej i najszybszej grupy. Nauka pływania na jardach bez sufitu basenowego była nie lada wyzwaniem. Treningi poranne mieliśmy 2–3 razy w tygodniu od 5:00 do 6:00 rano, a każdego popołudnia około 16:00–19:00.
Wieczorne treningi zaczynały się zazwyczaj drylandem, czyli ćwiczeniami na lądzie. Czasami była to tylko rozgrzewka, ale zazwyczaj 3 razy w tygodniu mieliśmy ćwiczenia szybkościowe lub wzmacniające.
Dodatkowo oczywiście sobotni trening poranny — od około 7:00/8:00 do godziny 10:00 rano. Pierwszy raz spotkałam się z tak długimi treningami popołudniowymi. Były naprawdę wyczerpujące. Długości treningów różniły się w zależności od etapu sezonu: czy był to długi dystans i wytrzymałość, czy wchodziliśmy w szybkościowe treningi.
W nowej szkole miałam już drużynę pływacką, lecz było to raczej amatorskie pływanie, więc nie musiałam uczęszczać na ich treningi — przyjeżdżałam tylko na zawody szkolne.
14. Czy w USA czułaś większą presję wynikową czy większą swobodę?
Klaudia Błaszczyk: Moim celem było wyrobienie sobie najlepszej formy w moim życiu, żebym mogła dostać się na studia i — jak niesamowicie to nie brzmi — pojechać na olimpiadę. To ja sama nakładałam sobie tę presję. Drużyna była niesamowita we wspieraniu zawodnika, tak samo jak trenerzy — coś, czego w Polsce brakowało.
Niestety po 5 miesiącach treningu, na porannym biegu, złamałam sobie kostkę i zerwałam więzadła w tej samej nodze. I na tym skończyła się moja szarża. Na początku nic sobie o tym nie pomyślałam. Kostka spuchła i tyle, więc tego samego dnia poszłam na trening popołudniowy. Następnego dnia moja stopa i kostka miały czarne plamy, dostałam gorączki i skończyłam w szpitalu.
Lekarze w Stanach stwierdzili, że to tylko uszczerbek w kości — nic więcej. Dali mi but ortopedyczny na 3 miesiące i tabletki przeciwbólowe. Niestety, gdy po półtorej roku miałam stany zapalne i gorączki, po powrocie do Polski wraz z mamą zabrałyśmy się za szukanie odpowiedzi. Do trzech razy sztuka — więc na trzeciej opinii się skończyło.
Wylądowałam u doktora Krzesimira Sieczycha, który ze zdumieniem powiedział mi o błędnej analizie sytuacji przez poprzednich lekarzy. „Albo operacja na cito, albo nigdy już nie założysz szpilek i możesz zapomnieć o sporcie” — wiadomo, informacja o niezakładaniu szpilek najbardziej mną wstrząsnęła. Niespełna miesiąc później leżałam w szpitalu po operacji scalania więzadeł. Noga w gipsie, później w bucie — i 4 miesiące w plecy. A to wszystko miesiąc przed spełnieniem marzenia o pływaniu na studiach w USA.
Redakcja: Co dało Ci amerykańskie podejście do sportu, czego brakowało w Polsce?
Klaudia Błaszczyk: Podejście do sportu w USA jest zupełnie inne. Wsparcie ma inną skalę niż w Polsce, a o wyścigu szczurów nie ma mowy. Każdy się nawzajem wspiera i dopiero w Stanach zobaczyłam, jak wygląda American spirit.
Pomimo tego, że dzieciaki chodziły do różnych szkół, jak przychodził czas treningu, zachowywali się, jakby spędzali ze sobą całe dnie i noce. To, przez co przechodzi się każdego dnia na treningu, zmienia ludzi. Buduje nasze charaktery, zacieśnia więzi. Bo tak naprawdę pływanie może i jest sportem indywidualnym, ale spędzamy ten czas w wodzie razem, pływając jeden za drugim. Każdy odczuwa to samo zmęczenie, monotonność czy ból w mięśniach. To właśnie zbliża nas do siebie.
Redakcja: Jak sport pomógł Ci przetrwać mentalnie najtrudniejsze chwile?
Klaudia Błaszczyk: Tak jak od samego początku, pływanie było moim azylem. To momenty, w których byłam „wyjęta” z pływania, były dla mnie najgorsze. Jedyną rzeczą, o której myślałam, było: co zrobię i jak to zrobię, żeby wrócić jak najszybciej do formy.
Jednak pomimo mojej wariacji musiałam się zatrzymywać i przypominać sobie, dlaczego tak naprawdę to robię. To wszystko, przez co przechodzę, jest tylko i wyłącznie dla mnie — dla nikogo innego.

🟦Studia i pływanie w Lincoln College
Redakcja: Jak wyglądało łączenie studiów i pływania na poziomie college?
Klaudia Błaszczyk: Jak bajka. Jak wcześniej wspomniałam, musiałam się hamować z wracaniem do treningu po operacji kostki, więc było mi strasznie trudno nie przekroczyć wyznaczonej przez lekarza i fizjoterapeutów linii. W college’u każdy atleta ma pełną opiekę fizjoterapeutyczną. Po pierwszym dniu zabrałam się więc za robotę w pokoju fizjo. Byłam tam 2 razy dziennie i spędzałam od 15 minut do nawet 2 godzin. W wodzie i na lądzie robiłam, co mogłam, a czego nie mogłam — nadrabiałam u fizjo.
W ciągu miesiąca po rozpoczęciu sezonu mogłam już śmiało pchać do przodu.
Oczywiście do końca swojej kariery pływackiej bywałam u fizjoterapeuty ze wszystkimi dolegliwościami. Ale to jest coś, na co nigdy w życiu nie mogłabym pozwolić sobie w Polsce. Nawet najmniejsze urazy były brane pod uwagę profesjonalnie i z błyskawiczną pomocą.
Redakcja: Co było największym wyzwaniem sportowym w tym okresie?
Klaudia Błaszczyk: Myślę, że znalezienie progu, którego nie powinnam przekraczać. W USA fizjoterapeuci uczą sportowców, jak odróżniać dobry ból od złego bólu. Jako już „seniorka” w sprawach kontuzji musiałam bardzo przyłożyć się do nauki tego aspektu treningowego. Niestety nie szło mi to w miarę dobrze, z uwagi na to, że moje marzenia brały za przewodnika w treningu. Mój fizjo stwierdził, że mam „głowę do treningu, ale moje ciało niestety nie nadąża” — ale to już wiedziałam od najmłodszych lat.
Redakcja: Czy wyjazd do USA spełnił Twoje oczekiwania jako sportowca?
Klaudia Błaszczyk: Zaczęłam college w roku covidowym, więc nie mogę powiedzieć, że na początku miałam spełnione wszelkie oczekiwania. Lecz szkoła naprawdę stanęła na wysokości zadania i zrobili wszystko, żeby studenci czuli się bezpiecznie, ale i „normalnie”.
Treningi i bliskość, jaką doznałam w college’u, była nieopisana. Mieliśmy parę zawodników z całego świata, między innymi z Chorwacji, Tanzanii czy Kanady. To właśnie było to, na co tak długo czekałam.
Moim ulubionym elementem studiów były zawody pływackie. Od dziecka lubiłam kibicować — czy to było na zawodach pływackich, czy oglądając mecz Polski w piłce nożnej z moim chrzestnym — ale w Stanach miało to nowy poziom. Ta atmosfera po wejściu na każdy basen, który odwiedziliśmy, była niesamowita. Nie do porównania. Pełne trybuny studentów z danej szkoły, poprzebierani lub umalowani w swoje barwy — coś niesamowitego. Dawało to naprawdę wiatru w żagle. Powiedziałabym nawet, że trochę takiego szaleństwa przedstartowego. Adrenalina rosła z każdym dystansem, jaki przemierzali zawodnicy, z uwagi na punktację międzydrużynową.
Gdy już myślałam, że lepiej być nie może, przyszedł czas na wyścigi sztafetowe. Jak był ktoś na stadionie Legii podczas ostatniego meczu w sezonie, to mniej więcej czuł to samo co ja. Po każdych zawodach wychodziłam przygłucha i ledwo żywa, ale te emocje są nie do zapomnienia.
Redakcja: Co było Twoim największym sukcesem — niekoniecznie sportowym — w USA?
Klaudia Błaszczyk: Szybką odpowiedzią na to pytanie są oczywiście moje dyplomy za ukończony licencjat w zarządzaniu zasobami ludzkimi i magistra w zarządzaniu biznesem i finansami. Lecz gdy pomyślę o tym trochę głębiej, odpowiedź staje się prosta — ludzie.
Wszystkie osoby, które poznałam, które przyłączyły się do moich przejść podczas czasu w USA, to jest największy skarb i sukces, jaki mogłam osiągnąć. Te osoby, które zostały ze mną nawet przez najgorsze momenty tego rozdziału, będą zawsze głęboko w moim sercu, i za to też jestem im ogromnie wdzięczna.
Dodatkowo, żeby dać temu artykułowi trochę romantyzmu, poznałam w Lincolnie piłkarza z Norwegii — Rubena. Po nieudanym związku w Kalifornii moim celem było skupienie się na sobie i swojej pracy. Nie szukałam nowego związku, a już tym bardziej poważnego. Po trzech nieudanych próbach złapania mojej uwagi ze strony Norwega zlitowałam się nad nim i powiedziałam mu wprost: „Mama zawsze powtarzała mi, że ganianie za dziewczyną jest dla frajerów”.
Po tej krótkiej rozmowie następnego dnia zostałam zaproszona na kolację z kwiatami, więc dałam mu szansę. Dwa tygodnie później, z ogromnym misiem i różami, na dwóch kolanach wyznał mi miłość, a ja ją odwzajemniłam. Od tamtego momentu moja przygoda ze Stanami nie była już solo, ale we dwoje. A później troje i czworo. Nie, nie mówię tu o dzieciach — przynajmniej nie ludzkich.
Gdy Lincoln się zamykał, dostałam informację o kociaku, który potrzebuje domu chociażby na tydzień. Kotka była wygłodzona i nie miała szans u weterynarza. Po krótkiej sesji płaczu i przekonywania Ruben uległ: „Ale tylko na dwa tygodnie” — i tak kotka jest już z nami 5 lat 🙂 Drugiego kota uratowaliśmy już w Culver-Stockton College, gdzie przeprowadziliśmy się po zamknięciu Lincolna. Można powiedzieć, że Stany dały mi niejedną miłość.
Od redakcji: uznaliśmy, że rozmowa z Klaudia jest tak ciekawa, szczególnie dla tych, którzy myślą o wyjeździe na studia, że nie dokonaliśmy żadnych skrótów i podzieliliśmy całość rozmowy na dwie części.
Zdjęcia: archiwum domowe Klaudii Błaszczyk


















Leave a Reply