Rozmowa ze Sławomirem Pliszką, jednym z wybitnych trenerów pływania, który poprowadził do sukcesów wielu Mistrzów Polski, Europy, Świata w pływaniu, czy medalistów Igrzysk Olimpijskich Głuchych
I. Początki i droga trenerska
Redakcja: Jak zaczęła się Pana droga w pływaniu i kiedy zdecydował Pan, że zostanie trenerem?
Sławomir Pliszka: Moja droga do roli trenera była dość nietypowa. Od dziecka pasjonował mnie sport i rywalizacja. Pamiętam ogromną radość, gdy jako dziewięciolatek wygrałem zawody „dzieci świetlicowych” w rzucie piłeczką palantową. Przez lata szukałem swojej dyscypliny. W mojej rodzinie nie było tradycji sportu wyczynowego, choć rodzice byli aktywni. Ojciec, który w wojsku grał w piłkę nożną, był znakomitym pływakiem-amatorem i to on nauczył mnie podstaw stylu klasycznego. Nasze niedzielne wizyty na miejskiej pływalni w Lublinie zaszczepiły we mnie pasję do wody. Jako jedenastolatek zdobyłem kartę pływacką, a od mamy słyszałem historie o jej startach w ogólnopolskich biegach we Wrocławiu. Mimo to, w sporcie byłem zdany głównie na siebie.
W szkole podstawowej lekcje WF-u opierały się na zasadzie „macie piłkę i grajcie”. Próbowałem sił w dzielnicowej drużynie piłkarskiej na „Kalinie”. Przełom nastąpił w szóstej klasie, gdy trafiłem pod skrzydła Jacka Szyłejki – wielkiego pasjonata sportu i pływania. To on zmobilizował mnie do pracy nad sobą. Choć początkowo odstawałem od reszty klasy pod względem kondycyjnym, dzięki codziennym treningom biegowym szybko stałem się jednym z najlepszych na długich dystansach. Moją mocną stroną były rzuty – jako dziecko rzucałem wszystkim, od kamieni po śnieżki, co zaowocowało rekordem szkoły w rzucie piłeczką palantową (80 m). Co ciekawe, podczas późniejszej pracy jako nauczyciel, nigdy nie spotkałem ucznia, który pobiłby ten wynik.
Mimo tych osiągnięć, sekcja lekkoatletyczna Startu Lublin odrzuciła mnie, uznając, że w wieku 14 lat jestem „za stary” i biegam zbyt wolno. Kontakt ze sportem wyczynowym nawiązałem dopiero w ósmej klasie dzięki Leszkowi Sapule, trenerowi szermierki. Zafascynowani „Panem Wołodyjowskim”, wraz z kolegami zapisaliśmy się do sekcji. Szermierkę uprawiałem przez 6 lat pod okiem wybitnego trenera Stefana Cynke. Moim największym sukcesem było 4. miejsce na Spartakiadzie Młodzieży w Tarnowie w 1982 roku, gdzie w drużynie otarliśmy się o medal, ulegając jedynie ekipie Marymontu Warszawa z Januszem Olechem (późniejszym medalistą olimpijskim) w składzie.
Po maturze, mimo zainteresowań informatyczno-elektronicznych, postawiłem na sport. Chciałem wyzwań i sprawności. Podczas nauki w Studium Nauczycielskim WF w Lublinie poznałem środowisko pływackie, w tym Agnieszkę Więk (mamę Laury Bernat). Zdobyłem uprawnienia sędziego i instruktora pływania, choć wtedy jeszcze nie planowałem wiązać z tym przyszłości – myślałem o AWF-ie i powrocie do szermierki.
Pracę zawodową jako nauczyciel wf-u rozpocząłem w SP nr 30 w Lublinie. Prowadziłem naukę pływania i sekcję pływacką w ramach SKS-u. Sam również wróciłem do treningów pływackich pod okiem Agnieszki Więk. To ona korygowała moją technikę, nie wiedząc, że lata później ja zostanę trenerem jej córki. Startowałem z sukcesami w zawodach nauczycieli (srebro w sztafecie mistrzostw Polski) i w kategorii „masters”.
Po roku sukcesów w nauczaniu dzieci otrzymałem propozycję prowadzenia klasy sportowej w SP nr 13 pod szyldem WKS „Lublinianka”. Nie odmówiłem. Tak właśnie zostałem trenerem pływania.

Redakcja: Kto miał największy wpływ na Pana filozofię szkoleniową?
Sławomir Pliszka: Moja filozofia to suma doświadczeń zebranych od wybitnych szkoleniowców oraz analizy systemów światowych. Największym autorytetem pozostaje mój trener szermierki, Stefan Cynke. To on nauczył mnie systematyczności, szacunku do ludzi i sportowego podejścia do życia.
W świecie pływania ukształtowali mnie Jacek Kasperek, Joanna Pizoń oraz „Guru” – Witold Ruzikowski. Chłonąłem wiedzę z literatury Bartkowiaka i Płatonowa. Wraz z Jackiem Kasperkiem śledziliśmy amerykańskie pismo „Swimming”, jako jedni z pierwszych w Polsce wdrażając tamtejsze metody. Ważnym momentem było poznanie wybitnego trenera – Andrzeja Szarzyńskiego w Wiedniu. Dzięki niemu poznałem kulisy treningu rekordzistki świata Franziski van Almsick. Jej technika – lekkość, „wysoki łokieć” i idealna koordynacja – stała się moim wzorcem. Godzinami analizowałem nagrania jej startów oraz występy Aleksandra Popowa, rosyjskiego „cara” kraulowego sprintu.
Kolejnym kamieniem milowym była współpraca poprzez PZP z estońskim ekspertem Reinem Haljandem w latach 2000-2001. Gdy zanalizował on moją podopieczną Paulinę Barzycką, uznał ją za najlepiej wyszkoloną technicznie kraulistkę, jaką widział, porównując jej „wysoki łokieć” do Iana Thorpe’a. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że technika jest kluczem do sukcesu. Moja tamta filozofia opierała się na trzech filarach: technice wysokiego łokcia, przygotowaniu pod dystans 200 m i intensywnej pracy w strefie progowej (85-88%), która doprowadziła Paulinę do 4-tego miejsca na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach w roku 2004. Do dzisiaj nic się w tej kwestii nie zmieniło.
Redakcja: Jak wyglądały początki pracy trenerskiej w Lublinie?
Sławomir Pliszka: Początki były wymagające. Jako młody trener bez sukcesów i doświadczenia musiałem zapracować na zaufanie rodziców i zawodników. Obiecałem im pełne zaangażowanie i po roku, gdy przyszły pierwsze medale, bariera zniknęła. Atmosfera w WKS „Lublinianka” była znakomita, a wsparcie starszych kolegów trenerów Jacka Kasperka, Joanny Pizoń i pozwoliło mi szybko rozwinąć skrzydła. Już z pierwszej grupy (rocznik 1978) wyprowadziłem medalistów mistrzostw Polski i Europy juniorów.
Redakcja: Co było najtrudniejsze w pierwszych latach pracy z młodzieżą?
Sławomir Pliszka: Najtrudniejsza była cierpliwość. W sporcie dziecięcym efekty nie pojawiają się natychmiast – trzeba żmudnie budować fundamenty techniczne i mentalne. Kluczowe było przekonanie zawodników do mojej wizji i zbudowanie relacji opartej na wzajemnym zaufaniu.
Redakcja: Czy od początku wiedział Pan, że chce pracować z zawodnikami wyczynowymi?
Sławomir Pliszka: Początkowo chciałem po prostu rzetelnie uczyć pływać. Jednak pierwszy złoty medal mistrzostw Polski mojego podopiecznego, Kacpra Księżniaka, zmienił wszystko. Zrozumiałem, że mój system – oparty na systematyczności i ukierunkowaniu na 200 metrów – działa. Od tego momentu moją ambicją stał się sport na najwyższym poziomie.
II. System szkolenia i filozofia pracy
Redakcja: Jak opisałby Pan swoją filozofię treningową w kilku zdaniach?
Sławomir Pliszka: Pływanie to dla mnie proces kształtowania ciała i charakteru. Wynik jest jedynie konsekwencją mądrej pracy, a nie celem samym w sobie. Fundamentem jest technika – bez niej nie ma ekonomii ruchu, a bez ekonomii nie ma wyników na świecie.
Stawiam na świadomość zawodnika: musi on wiedzieć, co robi i dlaczego to robi. U dzieci unikam wczesnej specjalizacji; liczy się wszechstronność, radość z ruchu i sprawność ogólna. Na poziomie mistrzowskim skupiam się na precyzji, taktyce i budowaniu odporności psychicznej. Moje podejście to połączenie rygoru treningowego z empatią – słucham zawodników i potrafię dostosować plan do ich samopoczucia.
Redakcja: Co jest ważniejsze w rozwoju młodego pływaka – talent czy systematyczność?
Sławomir Pliszka: Talent pozwala na szybki start, ale to systematyczność decyduje o tym, jak daleko zajdziemy. Największe kariery buduje konsekwencja. Widziałem wielu „zdolnych leni”, którzy nigdy nie dotarli do szczytu. Zdecydowanie wolę pracować z zawodnikiem rzetelnym, nawet jeśli rozwija się wolniej. Idealny mistrz, jak Michael Phelps, to połączenie obu tych cech, ale takich zawodników jest niewielu. W młodym wieku stawiam na systematyczność i doskonałość techniczną – to one budują solidną bazę pod przyszłe sukcesy.
Redakcja: Jak rozpoznać, że zawodnik ma „czucie wody” i potencjał do dużego pływania?
Sławomir Pliszka: „Czucie wody” to intuicyjna zdolność wyczuwania oporu i reagowania na niego. Widać to już u dzieci – po sposobie, w jaki układają dłoń, jak radzą sobie z poślizgiem, czy jak minimalizują opór ciała. To cecha, którą można doskonalić, ale u tych największych talentów jest ona naturalna i widoczna niemal od pierwszego kontaktu z wodą.
Redakcja: Jak zmieniło się szkolenie pływackie w Polsce na przestrzeni ostatnich lat?
Sławomir Pliszka: Zmieniło się diametralnie. Przeszliśmy od katorżniczej objętości („pływania kilometrów”) do metod opartych na fizjologii, biomechanice i analizie wideo. Dziś trening jest precyzyjny, monitorowany w czasie rzeczywistym i wspierany przez sztab specjalistów: trenerów od przygotowania motorycznego, dietetyków, fizjoterapeutów i psychologów.
Z niepokojem obserwuję jednak komercjalizację nauki pływania. Wiele szkółek stawia na marketing, a nie na rzetelną technikę. System, w którym instruktorem zostaje się po kursie online, sprawia, że wiele talentów marnuje się na wczesnym etapie, zanim trafią do profesjonalnych klubów.
Redakcja: Jak buduje Pan fundament techniczny u młodych zawodników?
Sławomir Pliszka: Przez nieustanną korektę i ogromną liczbę ćwiczeń technicznych. Kluczem jest opanowanie wszystkich stylów – wszechstronność to polisa ubezpieczeniowa pływaka. Moim „konikiem” jest wysoki łokieć i czucie wody. U starszych zawodników technika polega na utrzymaniu jakości ruchu mimo narastającego zmęczenia.

III. Praca z wybitnymi zawodnikami
Redakcja: Kiedy po raz pierwszy zobaczył Pan potencjał u Laury Bernat?
Sławomir Pliszka: Laura przyszła do mnie jako dziesięciolatka. Choć na tle starszej grupy początkowo zostawała w tyle, imponowała ambicją. Potencjał stał się jasny, gdy jako dwunastolatka zaczęła wygrywać z mocniejszymi koleżankami. Jej rozwój był fenomenalny – w wieku 13 lat biła rekordy Polski, pływając relatywnie niewielkie metraże. To dowodzi, że jakość treningu, a nie tylko jego ilość, była kluczem do jej minimum olimpijskiego w wieku 15 lat.
Redakcja: wyróżniało Laurę na tle rówieśników na początku kariery?
Sławomir Pliszka: Laurę wyróżniały takie cechy jak systematyczność, rzetelność, uśmiech, dojrzałość treningowa jak na swój wiek. Zawsze wiedziała czego chce. Była poza tym dość wysoka w porównaniu z rówieśnikami oraz bardzo smukła. Nie męczyła się pływając długi dystans. Zawsze była skupiona na tym co robi. Zadania były realizowane zwykle zgodnie z założeniem i nigdy nie negocjowała, aby pływać mniej. Robiła swoje.
Redakcja: Jak wyglądała Pana współpraca z Julią Dragan i co zdecydowało o jej sukcesach?
Sławomir Pliszka: Julia to najbardziej utytułowana niesłysząca pływaczka w historii Polski. Nasza współpraca opierała się na świetnej relacji – komunikowaliśmy się za pomocą języka migowego i pisma. Julia, jak większość osób niesłyszących, jest doskonałą obserwatorką, co pozwoliło jej na perfekcyjne opanowanie techniki. Jej 10 medali z Igrzysk Głuchych w Brazylii w roku 2022 to efekt żelaznej dyscypliny i wsparcia wspaniałych rodziców. Potwierdziła swoją przynależność do światowej czołówki w ubiegłym roku, zdobywając 3 medale Igrzysk Głuchych w Tokio.
Redakcja: Jakie cechy mentalne mają zawodnicy z poziomu międzynarodowego?
Sławomir Pliszka: Wyróżnia ich wewnętrzna sterowność i umiejętność rywalizacji z samym sobą. Muszą potrafić odciąć się od presji zewnętrznej i skupić wyłącznie na zadaniu.
Redakcja: Czy pamięta Pan moment, w którym uznał Pan, że jeden z Pana zawodników może pływać na poziomie europejskim lub światowym?
Sławomir Pliszka: Tak, oczywiście. Wiedziałem, że pierwszy mój zawodnik, który jako 13 latek wywalczył medal MP na dystansie 50 dowolnym, może pływać na poziomie europejskim. Miał wyjątkowe predyspozycje mentalne do walki. Kiedy Maciej Kajak awansował do ME juniorów, byłem przekonany, że będzie walczył o medal w sztafecie i tak się stało.
Miałem przyjemność trenować zawodniczkę Paulinę Barzycką. Pod moje skrzydła trafiła mając 12 lat. Poprosiłem ówczesnego Prezesa PZP Pana Krzysztofa Usielskiego, aby Paulina dołączyła do polskiej ekipy juniorów młodszych i wystartowała w zawodach międzynarodowych w Czechach, na które nie miała powołania. Zgodził się, ale mogła wystartować tylko poza konkursem. Wszystkie swoje starty tam wygrała, pokonując najlepsze w Polsce. Wtedy wiedział, że ją stać na europejskie pływanie. Miała tylko 13 lat. Potem w wieku 15-16 lat startowała na ME Juniorów i z Linzu przywiozła medal. Dopiero w roku 2023, kiedy zrobiła minimum na ME i MŚ seniorów mając 17 lat, byłem przekonany, że może ścigać się na światowym poziomie. W roku 2024 była 4-ta na IO w Atenach.
Kolejną zawodniczką, która awansowała do światowej czołówki była Laura Bernat i to, że stać ją na wielkie wyniki świadczyło minimum olimpijskie w wieku 15 lat. Została Mistrzynią Europy Juniorek i wicemistrzynią świata juniorek. Była na dwóch Igrzyskach Olimpijskich i myślę, że nie złożyła jeszcze broni i czymś nas zaskoczy. Jej wyjątkowe predyspozycje zauważone były w wieku 12 lat. Pływała wtedy z wielką lekkością. Potrafiła utrzymywać zadane wysokie tempo i utrzymywać frekwencję rosnącą podczas całego wyścigu.

IV. Metodyka i codzienna praca trenera
Redakcja: Jak wygląda typowy dzień treningowy w Pana grupie?
Sławomir Pliszka: Dzień zaczynamy wcześnie – rano trening w wodzie (6:00–7:30) na krótkim basenie. Po południu (17:45–19:15) przenosimy się na pływalnię 50-metrową. Trzy razy w tygodniu jednostki w wodzie poprzedzone są treningiem na siłowni. Łącznie to 8–11 treningów tygodniowo, zależnie od wieku zawodnika.
Redakcja: Nad czym skupia się Pan najbardziej – objętość, technika, siła czy mental?
Sławomir Pliszka: Unikam „pustych kilometrów”. Wolę, by zawodnik przepłynął mniej, ale z najwyższą dbałością o jakość. Często zamiast dokładać metraż, poświęcam czas na rozmowę motywacyjną. Technika jest fundamentem, ale na poziomie wyczynowym wszystkie elementy – objętość, siła i mental – muszą być zbalansowane. Jeśli chodzi o przygotowanie motoryczne, współpracuję z ekspertami – wierzę w specjalizację. Najtrudniejszą sferą jest psychika. Wielu „mistrzów treningu” przegrywa ze stresem na zawodach. To obszar, w którym stale szukam nowych rozwiązań, współpracując z psychologami i edukując rodziców, by ich presja nie niszczyła radości z uprawiania sportu.
Redakcja: Jak ważna jest praca na lądzie w nowoczesnym pływaniu?
Sławomir Pliszka: Jest absolutnie kluczowa. Współczesny pływak potrzebuje mocy i stabilizacji, a odpowiedni trening na lądzie to najlepsza profilaktyka urazów. Większość kontuzji w naszej dyscyplinie wynika z błędów technicznych lub zaniedbań siłowych. Praca na lądzie musi być jednak mądra, prowadzona przez fachowców i ściśle dostosowana do wieku zawodnika.
Redakcja; Jak rozwija Pan mentalność zwycięzcy u młodych zawodników?
Sławomir Pliszka: Robię to poprzez stawianie wysokich wymagań, dialog i budowanie poczucia odpowiedzialności. Zawodnik musi przede wszystkim uwierzyć, że na ten sukces zasługuje. Z doświadczenia wiem, że chwalenie za postępy przynosi lepsze rezultaty niż wytykanie błędów. Staram się uwypuklać mocne strony pływaka, a korekty techniczne wprowadzać w sposób konstruktywny i taktowny. Uczę podopiecznych zadaniowego podejścia do zawodów. Jeśli skupią się na wykonaniu konkretnych elementów (np. nawrotu czy tempa), łatwiej poradzą sobie ze stresem. Wynik końcowy jest po prostu nagrodą za realizację tych zadań. Mam kilka powiedzeń, które stały się naszymi mantrami:
- „Kiedy prawdziwy sportowiec odpoczywa? Dopiero na podium”.
- „Zwycięzca robi swoje nawet wtedy, gdy nikt nie patrzy”.
- „Prawdziwy mistrz po porażce wraca na trening i walczy dalej”.
- „Zwycięzca nie szuka wymówek, tylko rozwiązań”.
- „Jak boli, to rośnie”.
- W pływaniu sztafet mamy okrzyk: „czy wygramy, czy przegramy, ale wszystko z siebie damy”.
Redakcja: Jak motywować zawodnika w trudnym okresie stagnacji wyników?
Sławomir Pliszka:⁹To wyzwanie dla obu stron. W takich chwilach analizuję przyczyny, zmieniam bodźce treningowe i przypominam o długofalowym celu. Kryzysy są naturalną częścią procesu – przechodzili przez nie najwięksi, od Michaela Phelpsa po Otylię Jędrzejczak. Często przytaczam historię holenderskiej pływaczki Inge de Bruin, która po wielu latach zastoju zmieniła system pracy i w wieku 30 lat wróciła na szczyt, bijąc rekordy świata i zdobywając złote medale olimpijskie.
Dobrym sposobem na przełamanie impasu jest odwrócenie uwagi od „suchego” czasu końcowego. Skupiamy się wtedy na mierzalnych detalach: jakości nawrotów, długości kroku pływackiego czy tempie poszczególnych odcinków. Często stagnacja wynika nie z fizjologii, lecz z presji – wtedy moim zadaniem jest odnalezienie źródła stresu i wyeliminowanie go.

V. Praca z zawodnikami o szczególnych potrzebach.
Redakcja: Pracował Pan z zawodnikami niesłyszącymi – jakie są największe wyzwania takiego szkolenia?
Sławomir Pliszka: Największym wyzwaniem jest komunikacja i organizacja startów, co wymaga ode mnie ogromnej precyzji w przekazie. Osoby niesłyszące są genialnymi wzrokowcami – widzą więcej niż inni. Wykorzystuję to, stosując analizy wideo, gestykulację, kontakt wzrokowy, a w razie potrzeby wiadomości tekstowe czy aplikacje zamieniające mowę na pismo.
Z czasem zawodnicy słyszący przejmują moje gesty i w grupie tworzy się unikalny system porozumiewania się bez słów. Pod względem obciążeń treningowych szkolenie nie różni się od pracy ze słyszącymi. Buduję inkluzywność – uczę grupę wzajemnego zrozumienia i cierpliwości.
Redakcja: Czy trening zawodników z niepełnosprawnością różni się znacząco od pracy z pełnosprawnymi?
Sławomir Pliszka: Zasadniczo nie. Przyjmują oni te same obciążenia treningowe. Obaliliśmy mit o obniżonej wydolności oddechowej u osób niesłyszących – badania tego nie potwierdzają. Jedyną realną różnicą jest wspomniana wcześniej specyfika komunikacji.
Redakcja: Jak budować komunikację i zaufanie w relacji trener–zawodnik?
Sławomir Pliszka: Poprzez jasne zasady i wzajemny szacunek. Wymagam, aby podczas tłumaczenia zadań każdy zawodnik był zwrócony do mnie twarzą. Sam zawsze stoję w miejscu, w którym wszyscy mnie widzą. Korzystamy z nowoczesnych technologii – czytniki tętna pozwalają zawodnikowi od razu zobaczyć jakość swojej pracy, a ja na bieżąco podaję czasy realizacji zadań. To buduje transparentność i wzmacnia więź.

VI. Lublin jako ośrodek pływacki
Redakcja: Jak ocenia Pan rozwój lubelskiego pływania w ostatnich latach?
Sławomir Pliszka: Lublin to dziś jeden z najsilniejszych ośrodków pływackich w Polsce. Mamy Aqua Lublin – jeden z najlepszych obiektów olimpijskich w kraju, który w 2025 roku gościł Mistrzostwa Europy. Wyniki naszych reprezentantów na arenie światowej potwierdzają, że idziemy w dobrym kierunku. Kluczowym ogniwem jest Szkoła Mistrzostwa Sportowego oraz klub AZS UMCS Lublin, który w 2025 roku zdeklasował rywali w klasyfikacji klubowej. Ogromną rolę odgrywa też przychylność władz miasta i programy nauki pływania, które co roku obejmują tysiące dzieci.
Redakcja: Co sprawia, że Lublin potrafi wychowywać zawodników na wysokim poziomie?
Sławomir Pliszka: To połączenie nowoczesnej infrastruktury, wykwalifikowanej kadry i sprawnego systemu szkolenia. Brakuje jedynie większego, stabilnego finansowania. Obecnie ciężar kosztów (sprzęt, obozy) spoczywa głównie na barkach rodziców, przez co wielu utalentowanych młodych ludzi rezygnuje ze sportu. Aby wejść na szczyt bez wsparcia systemowego, trzeba dziś być jednostką wybitną.
Redakcja: Czego dziś najbardziej brakuje w systemie szkolenia młodych pływaków w Polsce?
Sławomir Pliszka: Przede wszystkim spójnego systemu przejścia z wieku juniora do seniora oraz stabilnego finansowania szkolenia.
Polski Związek Pływacki zamieścił na swojej stronie dokumenty i programy szkolenia sportowego, ale brakuje wg mnie realnej strategii ich wdrażania i monitorowania. Nie ma systemu nadzorującego postępy zawodników, koordynującego działania klubów, szkół mistrzostwa sportowego, a przede wszystkim pracy trenerów. Nie istnieje efektywna ścieżka rozwoju zawodnika od klubu, poprzez kadry wojewódzkie, szkoły mistrzostwa sportowego, a skończywszy na wieku seniora. Gubimy talenty na etapie właśnie przejścia po mistrzostwach Europy juniorów do kadry seniorów. Zwykle zbiega się to z kończeniem szkoły ponadpodstawowej i przejściem na studia.
Brakuje pływalni olimpijskiej 50-metrowej w jakimś Centralnym Ośrodku Olimpijskim, aby zawodnicy kadry mogli trenować w doskonałych warunkach w Polsce. Zgrupowania kadrowe na obiektach dostępnych niestety się nie sprawdzają, gdyż tam trenują kluby, bądź tak jak w naszym przypadku lubelskim, Szkoła Mistrzostwa Sportowego i dostęp dla kadrowiczów jest ograniczony.
Niedostateczna infrastruktura basenowa w wielu miastach oraz ograniczony dostęp do pływalni dla grup treningowych. Priorytety są dla ó⁹ó klientów rekreacyjnych czy komercyjnych nauk pływania, bo one przynoszą dochód.
Kolejna bolączka naszego systemu to słabe finasowanie sportu pływackiego. Koszty treningów, obozów, sprzętu w większości przypadków biorą na swoje barki rodzice zawodników, gdyż klubów na to nie stać, co powoduje często rezygnację nawet utalentowanych sportowców ze szkolenia z powodu barier ekonomicznych.

VII. Trener i człowiek
Redakcja: Co daje Panu największą satysfakcję w pracy trenerskiej?
Sławomir Pliszka: Największą nagrodą jest moment, w którym zawodnik przekracza własne granice. Jego uśmiech, a nawet łzy szczęścia po zrealizowaniu celu, dają mi energię do dalszej pracy.
Redakcja: Jak zmienił się Pan jako trener przez lata pracy?
Sławomir Pliszka: Zyskałem ogromną cierpliwość. Na początku drogi miałem głównie pasję i serce, dziś mam wiedzę i doświadczenie. Nauczyłem się chłodniejszego podejścia do procesu – emocje staram się zostawiać na finały. Cieszę się z małych sukcesów, ale zawsze przypominam podopiecznym, że przed nami kolejny szczyt do zdobycia.
Redakcja: Jaką jedną radę dałby Pan młodym trenerom rozpoczynającym pracę?
Sławomir Pliszka: Nigdy nie przestawajcie się uczyć, obserwujcie najlepszych i bądźcie cierpliwi. Wielkie wyniki nie są dziełem przypadku, ale efektem dobrze naoliwionego systemu.
Redakcja: Jakie są Pana marzenia i cele jako trenera na kolejne lata?
Sławomir Pliszka: Jako szkoleniowiec zaznałem już smaku finałów i medali mistrzostw Europy, świata i igrzysk. Moim obecnym marzeniem jest stworzenie w Lublinie trwałego, powtarzalnego modelu szkolenia, w którym sukcesy nie będą incydentami, ale normą. Moim celem na najbliższe dwa lata jest doprowadzenie kolejnej zawodniczki do Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles. To byłoby ostateczne potwierdzenie skuteczności mojej drogi.
Redakcja: Dziękujemy za rozmowę!
Sławomir Pliszka: dziękuję bardzo!
Zdjęcia: Archiwum domowe Sławomira Pliszki


















Leave a Reply