Krzysztof Masiuk
Trzynastoletni zawodnik mówi, że boli go bark. Inny zaczyna bać się skoku ze słupka. U kolejnego wraz ze zmęczeniem rozpada się technika. Trener nie ma wtedy czasu na wertowanie podręcznika. Musi zdecydować, czy przerwać ćwiczenie, zmienić zadanie, zmniejszyć obciążenie, poprawić technikę, czy może powiedzieć: na dzisiaj koniec, trzeba skonsultować się z fizjoterapeutą albo lekarzem.
Takich umiejętności nie da się sprawdzić na kilkuminutowym filmie przygotowanym wcześniej przez kursanta. Przed kamerą można wybrać wygodny temat, przygotować scenariusz i nagrać kolejne podejście. Na basenie drugiego ujęcia nie ma.
Nie jest to przy tym problem teoretyczny. W jednej z dostępnych obecnie ofert kurs instruktora pływania reklamowany jest jako „w 100% teoretyczny”. Organizator informuje, że praktyki nie są wymagane, a na wydawanej dokumentacji nie ma informacji, że kurs odbywał się w formie e-learningowej. Inna firma w ramach „egzaminu praktycznego” online wymaga od kursanta przygotowania filmu trwającego około 5–10 minut.
Nie chodzi o kwestionowanie legalności wydawanych dokumentów. Pytanie brzmi inaczej: czy osoba, która nie musiała odbyć obowiązkowej praktyki na pływalni i nie została sprawdzona podczas prowadzenia prawdziwej grupy, powinna od razu brać odpowiedzialność za trening dzieci?

Co właściwie zmieniło się w 2013 roku?
Na początek ważne zastrzeżenie. Instruktor pływania, instruktor rekreacji, instruktor sportu, trener sportu czy licencjonowany instruktor Polskiego Związku Pływackiego to nie są prawnie te same pojęcia. Również dokument wydany przez prywatną firmę szkoleniową nie jest tym samym co licencja funkcjonująca w systemie PZP.
Przed deregulacją trener wcale nie musiał być absolwentem AWF. Droga do zawodu mogła prowadzić również przez kursy. Tyle że przepisy określały wymagania dotyczące liczby godzin, egzaminów, stażu i doświadczenia.
Kurs instruktora sportu obejmował co najmniej 250 godzin – 100 godzin części ogólnej i 150 specjalistycznej. Kurs na trenera drugiej klasy liczył minimum 400 godzin, z czego co najmniej 300 stanowiły zajęcia specjalistyczne. Jedna z dróg do uzyskania tej kwalifikacji wymagała wcześniejszego posiadania przez minimum dwa lata tytułu instruktora sportu.
Kolejne stopnie także nie pojawiały się automatycznie. Trener pierwszej klasy musiał mieć między innymi co najmniej trzyletni staż jako trener drugiej klasy i udokumentowany dorobek szkoleniowy. Następny szczebel oznaczał kolejne wymagania dotyczące stażu, wykształcenia, dorobku i egzaminu.
Czy ten system gwarantował dobrych trenerów? Oczywiście, że nie. Można było mieć dyplom i być słabym szkoleniowcem. Była jednak pewna bariera wejścia: trzeba było poświęcić czas, przejść szkolenie, zdać egzaminy i zdobywać doświadczenie.
23 sierpnia 2013 roku weszły w życie przepisy deregulujące zawody instruktora i trenera sportu. Dzisiaj ustawa o sporcie wymaga od trenera lub instruktora między innymi ukończenia 18 lat, co najmniej średniego wykształcenia, niekaralności za określone przestępstwa oraz posiadania wiedzy, doświadczenia i umiejętności potrzebnych do wykonywania tej pracy.
Tyle że nie ma już jednego, powszechnego systemu, który sprawdzałby te kompetencje.
Ministerstwo Sportu i Turystyki wyjaśnia, że przepisy nie określają zasad, warunków i trybu uzyskiwania takich uprawnień ani dokumentów, które miałyby je potwierdzać. To pracodawca ocenia, czy kandydat ma odpowiednią wiedzę, doświadczenie i umiejętności.
Często słyszymy więc, że „dzisiaj trenerem może zostać każdy”. To skrót. Trafniej powiedzieć, że państwo zrezygnowało z wcześniejszego systemu formalnego potwierdzania kwalifikacji i znaczną część odpowiedzialności za ocenę kandydata pozostawiło pracodawcy.
A skoro tak, bardzo dużo zależy od klubu. Deregulacja nie nakazuje przecież nikomu zatrudniać człowieka tylko dlatego, że pokazał dokument ukończenia kursu.

Dokument po kursie to nie licencja PZP
Polski Związek Pływacki utrzymał własną ścieżkę szkolenia i licencjonowania. Program licencjonowanego instruktora PZP obejmuje 100 godzin przedmiotów podstawowych i 150 godzin części specjalistycznej. W tej drugiej części przewidziano 90 godzin zajęć praktycznych, w tym praktykę w szkoleniu grup pływackich.
Kandydat musi również zaliczyć sprawdzian czterech technik pływackich, zostać oceniony podczas prowadzenia zajęć, przepłynąć 100 metrów stylem zmiennym i zdać egzamin pisemny lub ustny z udziałem egzaminatora wytypowanego przez PZP.
Przy trenerze drugiej klasy wymagania są większe. Potrzebna jest licencja instruktora sportu w pływaniu oraz pisemna opinia dotycząca co najmniej trzyletniej pracy w licencjonowanym klubie. Program obejmuje 100 godzin części ogólnej i 210 specjalistycznej, w tym 120 godzin praktycznych.
Można oczywiście dyskutować, czy programy PZP są dzisiaj optymalne, czy wymagają zmian i czy wszędzie realizowane są z taką samą starannością. Trudno jednak uznać, że 250 godzin szkolenia z praktyką i egzaminem jest tym samym co kurs teoretyczny bez obowiązkowej pracy na pływalni.
Niewiedza trenera rzadko wygląda groźnie
Najczęściej wszystko wygląda zupełnie normalnie. Dzieci pływają, trener chodzi wzdłuż basenu ze stoperem, na tablicy jest rozpisana seria. Po treningu zawodnicy wychodzą zmęczeni. Dla obserwującego z trybun rodzica może to wyglądać jak kawał dobrej roboty.
Tyle że samo zmęczenie zawodnika o jakości treningu mówi niewiele.
Załóżmy, że grupa dostaje 12 × 100 metrów ze startem co 1:30. Pierwszy zawodnik dopływa w 1:10 i ma 20 sekund odpoczynku. Drugi potrzebuje 1:25. Trzeci w ogóle nie mieści się w wyznaczonym czasie. Formalnie każdy dostał to samo zadanie. Fizjologicznie każdy realizuje coś innego.
Tak samo jest ze sprintem. Jeżeli przerwa jest za krótka, kolejne odcinki nie są już pływane z maksymalną prędkością. Pojawia się zmęczenie, pogarsza się technika i zmienia charakter ćwiczenia. Można wtedy pochwalić zawodnika za „walkę”, ale nie zmieni to faktu, że trening zaczął realizować inny cel niż planowany.

Za błędy można zapłacić barkiem
Jeżeli zawodnik podczas kraula wkłada rękę do wody przez linię środka ciała albo wraz ze zmęczeniem zaczyna tracić prawidłową mechanikę ruchu, dokładanie kolejnych kilometrów nie musi być dobrym rozwiązaniem. Można w ten sposób tylko powtarzać i utrwalać problem.
W prospektywnym badaniu obejmującym 37 pływaków akademickich wejście ręki typu crossover wiązało się z 8,5-krotnie większymi szansami wystąpienia urazu mięśniowo-szkieletowego bez kontaktu. Próba była niewielka, a przedział ufności szeroki, więc nie jest to żadna uniwersalna matematyka urazów. Pokazuje jednak, że detal techniczny może mieć znaczenie.
Badania wskazują również na związek dużych obciążeń treningowych z bólem barku, zwłaszcza u nastoletnich pływaków, oraz na problemy związane z gwałtownym zwiększaniem objętości.
Jeżeli trener widzi słaby chwyt wody, najprostszą reakcją jest założenie łapek i dołożenie metrów. Tylko może najpierw warto ustalić, dlaczego chwyt jest słaby? Co dzieje się z ustawieniem ręki, rotacją, łopatką? Czy problem pojawia się dopiero wraz ze zmęczeniem? Czy zawodnik nie dostał w ostatnich tygodniach zbyt dużego obciążenia?
W stylu klasycznym podobny rachunek mogą wystawić kolana. „Breaststroker’s knee”, czyli kolano żabkarza, od dawna opisywane jest w literaturze medycznej. Nieprawidłowa biomechanika kopnięcia może zwiększać obciążenia struktur kolana, a ból jego przyśrodkowej części jest dobrze znanym problemem wśród żabkarzy.
Setki powtórzeń źle wykonanego ruchu nie naprawiają techniki. Utrwalają ją.
Przy motylku i ruchach delfinowych dochodzi jeszcze odcinek lędźwiowy. Powtarzalne zgięcia i wyprosty tułowia w połączeniu z błędami technicznymi i dużym obciążeniem mogą zwiększać ryzyko dolegliwości.
Dobry trener nie powinien więc widzieć wyłącznie czasu na zegarze. Musi również patrzeć, w jaki sposób zawodnik ten czas osiąga.

Dziecko nie jest małym dorosłym
Dwóch trzynastolatków stojących obok siebie na słupkach może biologicznie znajdować się w dwóch zupełnie różnych miejscach.
Jeden właśnie gwałtownie urósł. Zmieniły się proporcje jego ciała, pogorszyła się koordynacja, technika, która jeszcze kilka miesięcy wcześniej wyglądała dobrze, zaczyna się rozsypywać. Drugi dojrzewa wcześniej, jest silniejszy i szybszy.
Łatwo wtedy pierwszego uznać za mniej pracowitego albo mniej utalentowanego, a w drugim zobaczyć przyszłego mistrza. Tyle że część obserwowanej różnicy może wynikać po prostu z tempa dojrzewania.
Międzynarodowy Komitet Olimpijski zwraca uwagę, że w szkoleniu młodych sportowców trzeba brać pod uwagę indywidualne tempo wzrastania i dojrzewania, obciążenia treningowe, regenerację oraz środowisko, w którym dziecko trenuje.
Są też błędy, które mogą być niebezpieczne od razu
Dobrym przykładem są zadania pod wodą. Konkursy na to, kto przepłynie dalej bez oddechu, celowa hiperwentylacja przed zanurzeniem czy rywalizacja w długości bezdechu mogą doprowadzić do utraty przytomności wskutek niedotlenienia.
Hiperwentylacja obniża stężenie dwutlenku węgla, przez co opóźnia się naturalny sygnał zmuszający człowieka do zaczerpnięcia powietrza. Tlen jest jednak cały czas zużywany. Zawodnik może więc stracić przytomność, zanim poczuje bardzo silną potrzebę oddychania.
USA Swimming, American Red Cross i YMCA od lat ostrzegają przed takimi praktykami. USA Swimming wskazuje między innymi, że trener nie powinien organizować konkursów na to, kto przepłynie najdalej pod wodą albo najdłużej wytrzyma bez oddechu.
Tu nie rozmawiamy już o tym, czy trening był optymalny. Rozmawiamy o bezpieczeństwie.

Trener pracuje także z głową młodego człowieka
Można skrzywdzić zawodnika nie tylko źle dobraną serią. Publiczne zawstydzanie, wyśmiewanie słabszego wyniku, karanie kilometrami czy lekceważenie zgłaszanego bólu potrafią sprawić, że dziecko po prostu przestanie mówić trenerowi prawdę.
Nie powie o barku, bo nie chce usłyszeć, że jest miękkie. Nie przyzna się do przemęczenia, żeby nie wypaść z grupy. Nie opowie o strachu przed startem, bo boi się reakcji.
Badania dotyczące sportu młodzieżowego pokazują, że presja, przeciążenie psychiczne i negatywne środowisko treningowe mogą sprzyjać wypaleniu, problemom psychicznym i rezygnacji ze sportu.
Największa szkoda nie musi więc powstać podczas jednego fatalnego treningu. Czasem potrzeba dwóch czy trzech lat, żeby zawodnik został z utrwalonymi błędami, przewlekłym bólem i przekonaniem, że po prostu „nie nadaje się do pływania”.
Pięć minut przed kamerą tego nie pokaże
Film może być bardzo dobrym narzędziem szkoleniowym. Można dzięki niemu analizować technikę, omawiać pracę trenera, sprawdzać sposób tłumaczenia ćwiczenia. Może być również częścią egzaminu.
Ale nie zastąpi pracy na basenie.
Nie pokaże, czy kandydat potrafi obserwować kilkanaścioro dzieci jednocześnie. Czy zauważy pierwsze sygnały przeciążenia. Czy umie zmienić zadanie w połowie treningu, kiedy okazuje się, że pierwotny plan nie działa. Czy właściwie podzieli grupę. Czy zachowa się prawidłowo, kiedy dziecko spanikuje, zasłabnie albo wydarzy się wypadek.
Weekendowy kurs może być świetnym szkoleniem dla kogoś, kto już jest trenerem lub instruktorem. Może nauczyć nowej metody i poszerzyć warsztat.
Trudno jednak potraktować go jako pełną drogę od zera do samodzielnej odpowiedzialności za grupę młodych zawodników.

A gdzie jest odpowiedzialność klubu?
Deregulacja z 2013 roku jest ważną częścią tej historii, ale zbyt łatwo byłoby na niej zakończyć.
Skoro przepisy pozostawiły pracodawcy ocenę wiedzy, doświadczenia i umiejętności kandydata, to trzeba zapytać polskie kluby: jak właściwie tę ocenę przeprowadzacie?
Czy wystarcza pokazanie dokumentu ukończenia kursu? Czy kandydat prowadzi wcześniej trening pod obserwacją doświadczonego szkoleniowca? Czy ktoś sprawdza jego doświadczenie? Pyta o pierwszą pomoc? Sprawdza wiedzę dotyczącą rozwoju dzieci, fizjologii wysiłku i podstaw biomechaniki?
I kto bierze odpowiedzialność, jeżeli później okaże się, że człowiek z dokumentem nie był przygotowany do pracy?
Rodzic też może zapytać
Rodzic nie musi znać rozporządzeń, systemu licencji ani historii deregulacji. Powinien jednak wiedzieć, komu powierza dziecko.
Może zapytać trenera, jakie ma kwalifikacje i gdzie je zdobył. Ile miał zajęć praktycznych? Jak długo pracuje z dziećmi w tym wieku? Czy posiada licencję związku sportowego? Kiedy ostatnio przechodził szkolenie z pierwszej pomocy? Co dzieje się w klubie, kiedy zawodnik zgłasza ból?
Nie ma w tych pytaniach nic niestosownego. Rodzic pyta o bezpieczeństwo własnego dziecka.
Trenera nie da się wyprodukować w weekend
Nie chodzi o powrót do przeszłości tylko dlatego, że kiedyś było inaczej. Chodzi o stworzenie systemu, który rzeczywiście sprawdza człowieka, zanim powierzy mu się zdrowie i rozwój młodych zawodników.
Potrzebne są praktyki pod nadzorem, egzamin w rzeczywistych warunkach, znajomość fizjologii, biomechaniki, pedagogiki, rozwoju biologicznego i pierwszej pomocy. Potrzebne jest też późniejsze doskonalenie zawodowe. I większa odpowiedzialność klubów za to, kogo dopuszczają do prowadzenia treningów.
Bo polskie pływanie nie traci wyłącznie medali. Traci także dzieci, które mogłyby pływać przez wiele lat, ale wcześniej odeszły z bólem, poczuciem porażki albo zwyczajną niechęcią do basenu.
Ich nazwisk nie znajdziemy w wynikach mistrzostw Polski. Nie dowiemy się, czy któreś z nich mogło kiedyś stanąć na podium. Zniknęły z pływania dużo wcześniej.
Zawodnik ma jedno dzieciństwo, jedną parę barków i kolan i tylko kilka najważniejszych lat sportowego rozwoju.
Certyfikat można wydrukować jeszcze raz.
Tych lat nie.












Dodaj komentarz