Maria Krętosz to kolejna zawodniczka ze śląskiego środowiska pływackiego, która postawiła na odważny krok i wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Dziś nie ma wątpliwości, że decyzja o wyjeździe była jedną z najlepszych w jej życiu. Dała jej nie tylko sportowy rozwój, ale też samodzielność, pewność siebie, nowe doświadczenia i szersze spojrzenie na świat. Maria podkreśla jednak uczciwie, że ten model nie jest dla każdego. Zapraszamy do rozmowy ….
I. Początki i śląskie korzenie
Redakcja: Jak zaczęła się Twoja przygoda z pływaniem i co sprawiło, że zostałaś w tym sporcie na poważnie?
Maria Krętosz: Moja przygoda z pływaniem zaczęła się dość naturalnie — rodzice zabierali mnie na zawody, gdzie kibicowaliśmy mojej starszej siostrze. To właśnie tam złapałam bakcyla. Przełomowy moment przyszedł, kiedy zaczęłam współpracę z trenerem Leszkiem Małyszkiem z UKS Wodnik Siemianowice. To on nie tylko poprawił moją technikę, ale też nauczył mnie… jednocześnie kochać i trochę nienawidzić ten sport — jak to bywa przy ciężkich treningach.
Redakcja: Jak wspominasz swoje pierwsze lata w MOS Katowice i UKS Wodnik Siemianowice Śląskie?
Maria Krętosz: Pierwsze lata w MOS Katowice wspominam jako początek naprawdę świetnej przygody.
To był moment, kiedy jeszcze nie byłam pewna, czy pływanie zostanie ze mną na dłużej.
W 2016 roku trafiłam do UKS Wodnik Siemianowice i wtedy wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Treningi były bardziej wymagające — większe objętości, dochodziła siłownia — wtedy zrozumiałam, że chcę podejść do tego sportu na poważnie. Zmiana klubu uświadomiła mi też, że mam duży potencjał do poprawy stylu żabką. Pod okiem trenera zaczęłam go systematycznie rozwijać i z zawodów na zawody widziałam coraz lepsze efekty.
Redakcja: Kto miał największy wpływ na Twój rozwój jako młodej zawodniczki?
Maria Krętosz: Zdecydowanie największy wpływ miał na mnie trener Leszek Małyszek z UKS Wodnik Siemianowice. Do dziś pamiętam rozmowę z początku drugiej klasy gimnazjum, kiedy powiedziałam mu, że moim marzeniem jest pływanie i studia w Stanach Zjednoczonych. Odpowiedział wtedy bardzo konkretnie — że on może mi pomóc poprzez dokładną analizę treningów, poprawę techniki i motywowanie mnie do pracy na 100%, a nawet 110%. Reszta była już po mojej stronie — w moich rękach i nogach.
Redakcja: Czy od początku czułaś, że styl klasyczny będzie Twoją najmocniejszą stroną?
Maria Krętosz: Szczerze? W ogóle nie. Pamiętam, że w ostatnim roku w MOS Katowice praktycznie całkowicie odpuściłam ten styl. Wróciłam do niego dopiero podczas testów do UKS Wodnik Siemianowice. Po przepłynięciu 200 metrów zmiennym trener Leszek powiedział mi, że mam bardzo dobre kopnięcie do żabki i że po kilku poprawkach może to być nawet mój główny styl. No i chyba miał rację.
Redakcja: Jak wyglądała Twoja codzienność jako zawodniczki na Śląsku – szkoła, trening, życie prywatne?
Maria Krętosz: Mój dzień zaczynał się bardzo wcześnie — około 5:00. Szybkie śniadanie, ogarnięcie się i przed 6:00 byłam już na basenie, żeby spokojnie się rozgrzać przed wejściem do wody. Poranny trening trwał mniej więcej 2 godziny, a potem miałam dosłownie chwilę, żeby dotrzeć do szkoły. Na szczęście była tuż obok basenu, więc odpadały dojazdy. Zajęcia kończyłam około 14:00–15:00 i od razu wracałam na drugi trening — którym był basen lub crossfit. Do domu docierałam zwykle po 17:00 i wtedy zostawało jeszcze jakieś 2 godziny na naukę i szkolne obowiązki. Jeśli chodzi o życie prywatne — dla niektórych mogłoby się wydawać dość monotonne, ale dla mnie to był dobrze wykorzystany czas. Odpoczynek przeplatał się z treningami — książki, konsola, czasem po prostu leżenie i regeneracja (mata do akupresury robiła robotę).
Na spotkania ze znajomymi było raczej mało czasu, zdarzały się sporadycznie. Weekendy najczęściej przeznaczałam na regenerację po całym tygodniu.
Redakcja: Co Twoim zdaniem wyróżnia śląskie środowisko pływackie?
Maria Krętosz: Z rozmów ze znajomymi z innych województw mam wrażenie, że u nas wyróżniała się przede wszystkim intensywność i podejście trenerów. Na Śląsku trenerzy raczej nie bali się podnieść głosu — czasem przez cały trening — ale to miało swój cel. W moim przypadku działało to bardzo motywująco i wprowadzało dyscyplinę. Jeśli podniesiony głos był skierowany do mnie, to był jasny sygnał, że coś trzeba poprawić — i że kolejny odcinek powinien być już zrobiony dokładnie tak, jak trzeba. O sile śląskiego pływania może świadczyć fakt, że w Kadrze Narodowej jest wielu zawodników ze śląskich klubów: Kasia Wasick, Paulina Peda, Kamil Sieradzki, Mateusz Chowaniec. Nie możemy również zapominać o wodach otwartych i zimowym pływaniu – tutaj również zawodnicy ze śląska są widoczni, np.: Michał Tomaszowski.

II. Rozwój sportowy w Polsce
Redakcja: Kiedy pojawił się moment, w którym pomyślałaś: „chcę iść w to na poważnie”?
Maria Krętosz: Taki moment przyszedł przy zmianie klubu — z MOS Katowice do UKS Wodnik Siemianowice. Wtedy zobaczyłam ogromną różnicę w podejściu do treningu, szczególnie w pracy z trenerem Leszkiem Małyszkiem. Coś w tym systemie naprawdę mi „kliknęło” i zaczęłam myśleć o pływaniu dużo bardziej na serio. Zrozumiałam też, że w tym sporcie obowiązuje prosta zasada: ciężka praca naprawdę się opłaca — nawet jeśli czasem boli.
Redakcja: Który wynik lub medal był dla Ciebie przełomowy?
Maria Krętosz: To akurat nie był medal, tylko konkretny wynik — z moich pierwszych Zimowych Mistrzostw Polski. Płynęłam wtedy 200 metrów klasykiem, nad którym pracowałam z trenerem Leszkiem. I szczerze — chyba nikt z nas nie spodziewał się takiego efektu. Po niecałych 6 miesiącach wspólnej pracy nie tylko zeszłam poniżej 3 minut, ale poprawiłam swój czas o jakieś 15 sekund. To był moment, w którym naprawdę uwierzyłam, że ten styl może być moją mocną stroną.
Redakcja: Jakie konkurencje były Twoimi „pewniakami” w Polsce?
Maria Krętosz: Zdecydowanie 100 i 200 metrów stylem klasycznym. Na zawodach na Śląsku regularnie plasowałam się w czołówce — najczęściej w pierwszej czwórce w swojej kategorii. Z kolei na Mistrzostwach Polski zazwyczaj udawało mi się wejść do finału B na obu tych dystansach. To z jednej strony dawało satysfakcję, a z drugiej ogromną motywację, żeby dalej poprawiać czasy i walczyć o jeszcze lepsze wyniki.
Redakcja: Nad czym najwięcej musiałaś pracować jako zawodniczka?
Maria Krętosz: Najwięcej chyba nad stresem przed startem i nad tym, żeby w ogóle polubić zmęczenie na treningach. Bo prawda jest taka, że jeśli nie dajesz z siebie wszystkiego na treningu i nie oswajasz się z tym wysiłkiem, to później ciężko poprawiać wyniki na zawodach. Dużo pracy kosztowało mnie też nastawienie. Jak przychodziłam na trening w złym humorze albo z negatywnym podejściem, to od razu było widać — trening nie wychodził tak, jak powinien. To było dla mnie trudne, zwłaszcza że często wokół były osoby, które przed treningiem narzekały i trochę ściągały w dół. Z czasem nauczyłam się to ignorować i skupiać na sobie. Zaczęłam sobie powtarzać, że zrobię dobry trening i że będę po nim zadowolona — i to naprawdę dużo zmieniło.
Redakcja: Czy miałaś moment zwątpienia w swojej karierze?
Maria Krętosz: Tak — i myślę, że jak większość pływaków, szczególnie wtedy, kiedy ważny start nie idzie po naszej myśli. Miałam takich momentów kilka w czasie, kiedy trenowałam w UKS Wodnik Siemianowice. Jeden z najmocniejszych przyszedł po Letnich Mistrzostwach Polski — w moim odczuciu kompletnie nieudanych. Zwątpienie było wtedy na tyle duże, że naprawdę zaczęłam się zastanawiać, czy nie odpuścić marzenia o pływaniu i studiach w Stanach Zjednoczonych. Na szczęście po czasie i przemyśleniach doszłam do wniosku, że to nie jest moment, żeby się poddać — i jak widać, ta decyzja została ze mną.
Redakcja: Jak radziłaś sobie z presją startową?
Maria Krętosz: Najczęściej pomaga mi muzyka — słucham ulubionych wykonawców albo konkretnych piosenek, w zależności od tego, czego w danym momencie potrzebuję. Szczerze mówiąc, teraz tej presji czuję dużo mniej niż kiedyś. W tym sezonie dużo pracowałam nad tym z trenerem — żeby nie traktować jej jako czegoś, co blokuje, tylko jako coś, co może mnie napędzać. Pomogło mi też uświadomienie sobie, że sam start to tak naprawdę tylko mały fragment — może 1% — tego wszystkiego, co robię na treningach każdego dnia.

III. Decyzja o USA – ale w Twoim stylu
Redakcja: Skąd w ogóle pojawił się pomysł wyjazdu do USA?
Maria Krętosz: Pomysł na USA pojawił się u mnie na początku drugiej klasy gimnazjum. Pamiętam, że moja mama pokazała mi jakąś informację o polskich pływakach, którzy studiują i trenują w Stanach. I to był ten moment — coś mi kliknęło. Już następnego dnia po treningu poprosiłam trenera Leszka o rozmowę i powiedziałam mu, że po liceum chciałabym wyjechać do USA, studiować i dalej pływać. Szczerze mówiąc, gdyby nie ten jeden wieczór i mama przeglądająca Facebooka, możliwe, że w ogóle nie wpadłabym na ten pomysł.
Redakcja: Dlaczego wybrałaś właśnie Lewis University?
Maria Krętosz: Odezwałam się do kilku uczelni, które wydawały mi się ciekawe, ale ostatecznie wybrałam Lewis University. Duże znaczenie miało to, że była tam już moja przyjaciółka, którą znam od przedszkola. Opowiedziała mi, jak wszystko wygląda w praktyce — studia, treningi, życie na miejscu — i to bardzo pomogło mi w podjęciu decyzji. Dodatkowo około godzinę drogi od uczelni mieszka moje wujostwo, co też było ważne dla mnie i dla moich rodziców — dawało poczucie bezpieczeństwa, że w razie czego mam kogoś blisko. Wyjeżdżałam mając 19 lat, więc to też robiło różnicę.
Redakcja: Co przekonało Cię do tej uczelni – sportowo i życiowo?
Maria Krętosz: Myślę, że w dużej mierze ludzie, z którymi miałam okazję rozmawiać, i sposób, w jaki przedstawiono mi zarówno studia, jak i cały system funkcjonowania uczelni. Sportowo bardzo przekonało mnie podejście trenera — sposób, w jaki mówił o treningach i o mojej roli w drużynie. Usłyszałam, że widzi mnie jako mocne wsparcie wśród żabkarek, co było dla mnie ogromnie motywujące. Szczególnie zapadło mi w pamięć to, że mogę być jedną z liderek na 200 metrów stylem klasycznym — to naprawdę dodało mi pewności siebie i utwierdziło w wyborze. Dodatkowo – na tym uniwersytecie jest kierunek, który mnie interesował – Forensic Criminal Justice.
Redakcja: Wiemy, że cały proces rekrutacji ogarnęłaś sama – skąd wzięłaś wiedzę i odwagę, żeby to zrobić?
Maria Krętosz: Wszystko zaczęło się od koleżanki, która powiedziała mi o stronie SwimCloud. Po zarejestrowaniu trenerzy ze szkół w USA i Kanadzie mogą tam zobaczyć nasze czasy, postępy i osiągnięcia. Zawodnik natomiast ma możliwość przeglądania różnych uczelni, ich programów i dywizji, a potem wysłania do trenera wiadomości, że jest zainteresowany szkołą. Moja odwaga wzięła się głównie z wiary osób, które we mnie wierzyły (Rodzice). Dzięki temu poczułam, że naprawdę mogę osiągnąć swój cel — studiować w USA i reprezentować uniwersytet, na którym będę trenować.
Redakcja: Jak wyglądał ten proces krok po kroku – od pierwszego maila do podpisania?
Maria Krętosz: Na początku utworzyłam profil na SwimCloud, żeby poznać różne szkoły i drużyny. Po pewnym czasie zdecydowałam się napisać maila do Lewis University. Pamiętam dokładnie datę — 6 grudnia 2022 roku — kiedy dostałam odpowiedź od trenera, że jest zainteresowany i chciałby, żebym dołączyła do drużyny. Oczywiście pisałam też do innych uczelni, żeby mieć alternatywy, ale to Lewis stał się moim głównym wyborem. Kolejnym krokiem była rozmowa przez WhatsApp z trenerem. Później zaczęliśmy omawiać kwestie stypendium — Lewis, jak większość amerykańskich szkół, oferuje wsparcie dla zagranicznych studentów. Na końcu musiałam zdać egzamin językowy — wybrałam Duolingo English Test, bo mogłam zrobić go z domu. Po osiągnięciu wymaganego wyniku dostałam wszystkie dokumenty do podpisania oraz listy gratulacyjne od Lewis i drużyny pływackiej. Cały proces był wymagający, ale dał mi ogromną satysfakcję i poczucie, że naprawdę mogę realizować swoje marzenia.
Redakcja: Co było najtrudniejsze w organizacji wyjazdu bez wsparcia agencji?
Maria Krętosz: Szczerze? Największym wyzwaniem było ogarnianie maili i odpisywanie trenerom na czas. Dostawałam ich naprawdę dużo, od różnych osób, więc czasami łatwo było się pogubić i przeoczyć coś ważnego. Poza tym wszystko poszło zaskakująco gładko — rozmowy o stypendium, o tym, co chcę osiągnąć, czy sprawy związane ze szkołą były dobrze poukładane. Dostaliśmy konkretne wskazówki, jak „zaklepać” mieszkanie i plan żywieniowy, miałam również spotkanie z advisorem, który pomagał mi zapisać się i wybrać przedmioty na I semestr (to wygląda troszkę inaczej niż u nas) więc czułam się dobrze przygotowana.
Redakcja: Czy były momenty, w których miałaś wątpliwości, czy się uda?
Maria Krętosz: Tak, był taki moment. Dostałam od Lewis University zestawienie ogólnych kosztów studiów, które na początku były wysokie – kwoty nie uwzględniały jeszcze stypendiów, które znacząco obniżały czesne (informacje o stypendiach naukowych i sportowych dostałam dopiero później). Do tego dochodził stres związany z samym wyjazdem na „drugi koniec świata”.
Zastanawiałam się, czy dam radę, czy sprostam oczekiwaniom, które pokładali we mnie inni… W głowie pojawiało się mnóstwo znaków zapytania. Na szczęście wszystko poukładało się tak, że mogłam spokojnie podjąć decyzję i rozpocząć swoją przygodę.

IV. Pierwsze miesiące w USA
Redakcja: Jak wyglądały Twoje pierwsze dni w Romeoville i na uczelni?
Maria Krętosz: Pierwsze dni były spokojne, ale zarazem szalone — nowi ludzie, nowe zasady i zupełnie inny system nauki i treningów. Na szczęście była ze mną przyjaciółka, więc miałam duże wsparcie i było mi łatwiej się odnaleźć. Jako „freshmanka” przyjechałam tydzień wcześniej, więc miałam czas, żeby spokojnie poznać uczelnię. Kampus jest naprawdę duży — między budynkami jest ok. 20 minut spaceru — więc ten czas bardzo się przydał. Poznałam też kilku profesorów i mogłam zobaczyć, jak wszystko funkcjonuje od środka. Pamiętam też pierwszy trening — był megaintensywny i trochę się stresowałam, czy dam radę, ale na szczęście szybko się wdrożyłam. Ciekawym doświadczeniem było też pierwsze pływanie na basenie jardowym, bo to było coś zupełnie innego niż w Polsce.
Redakcja: Co było największym szokiem po przylocie do USA – sportowo i życiowo?
Maria Krętosz: Największym szokiem życiowym po przyjeździe do USA było dla mnie to, jak niesamowicie otwarci są ludzie. Nieważne, gdzie jesteś i czy kogoś znasz — jeśli tylko nawiążesz kontakt wzrokowy, uśmiechają się do Ciebie. W sklepie od razu pada pytanie „How are you?”
i naprawdę czuć, że to nie tylko kurtuazja, ale szczere zainteresowanie. Po takiej codziennej dawce życzliwości od razu człowiek czuje się trochę lżej, nawet jeśli miał ciężki dzień. Sportowo było jeszcze mocniej. Na początku zupełnie nie rozumiałam, jak działa system kibicowania w drużynie. W Polsce dopingowanie jest raczej stonowane, a tutaj? Tutaj każdy start — Twój albo kolegi — jest okazją do pełnego wsparcia. To było totalnie nowe doświadczenie i przypływ energii, którego nie da się zapomnieć. Odnalezienie się w całym nowym środowisku początkowo nie było łatwe. Jestem z natury nieśmiała, a tu wszystko było inne — od zwyczajów po sposób komunikacji. Ale mając wokół siebie całą drużynę, która naprawdę dba o to, żebyś czuł się jak w domu, wszystko stało się łatwiejsze. Dziś czuję się tu pewnie — zarówno na basenie, jak i poza nim — i wiem, że to środowisko naprawdę wspiera mnie mentalnie i emocjonalnie.
Redakcja: Jak odnalazłaś się w drużynie i nowym środowisku?
Maria Krętosz: Odnalezienie się w drużynie było dla mnie łatwe, bo wszyscy dbają o to, żebyś czuł się jak
w domu. Największym zaskoczeniem było kibicowanie — w USA wszyscy dopingują się na 100%, nawet jeśli sami już nie startują. Pamiętam, jak podczas jednego wyścigu koleżanki „ciągnęły mnie” do szybszego pływania — wtedy poczułam niesamowity przypływ energii. Równocześnie musiałam odnaleźć się w całym nowym środowisku: inny system nauki, zwyczaje i sposób komunikacji były na początku obce. Stopniowo nauczyłam się, jak poruszać się w tym świecie i dziś czuję się tu pewnie — zarówno w drużynie, jak i poza basenem.
Redakcja: Czy bariera językowa była wyzwaniem?
Maria Krętosz: Na początku szczerze mówiąc bałam się mówić — pewnie jak większość „internationalsów”. W Polsce na lekcjach angielskiego raczej uczyliśmy się słówek, regułek i trochę gramatyki, ale praktycznej konwersacji prawie w ogóle nie było. Na szczęście mogłam liczyć na rodziców, którzy zapisali mnie na indywidualny kurs angielskiego, żeby przygotować mnie do egzaminu, który musiałam zdać przed wyjazdem do USA. Po przyjeździe mówienie nie było już moją słabą stroną, ale i tak musiałam przełamać barierę w kontaktach z ludźmi. Kiedy poczułam się pewniej, zaczęłam rozmawiać coraz swobodniej. Oczywiście czasem zdarza mi się coś powiedzieć nie do końca poprawnie gramatycznie, ale tutaj nikt specjalnie na to nie zwraca uwagi, więc nie jest to problem.

V. System NCAA i trening
Redakcja: Trenujesz i startujesz głównie na dystansach: 100 i 200 yd stylem klasycznym i100 yd dowolnym – gdzie czujesz się dziś najmocniejsza?
Maria Krętosz: Najmocniej czuję się na 100 i 200 metrów klasykiem. W tym roku, z nowym trenerem, skupialiśmy się bardziej na technice niż na samej prędkości — chodziło o to, ile cykli wykonuję na każdą 25-tkę basenu. To podejście naprawdę zadziałało! Udało mi się złamać 1:04 na 100 klasykiem i zdobyć Kat. B na zawody NCAA Dywizji 2. Jeszcze większą satysfakcję dała mi nowa życiówka na 200 klasycznym — w zeszłym roku pływałam ten dystans w okolicach 2:30, a teraz udało mi się zejść do 2:21.
Redakcja: Jak zmieniło się Twoje pływanie po przejściu na system jardowy?
Maria Krętosz: Na początku było naprawdę ciężko, zwłaszcza z nawrotami w klasyku. Nie mogłam wpasować się w cykle na 25 jardów i często robiłam nawroty za blisko ściany — momentami kończyło się to prawie „ocieraniem nosa” o ścianę. Trzeba było się szybko przyzwyczaić do krótszego basenu, szybszych nawrotów i ogólnie większego tempa. Wszystko działo się szybciej, więc technika i koncentracja stały się jeszcze ważniejsze. Na szczęście z czasem zaczęło to wyglądać coraz lepiej — nawroty były płynniejsze, a to przekładało się też na coraz lepsze wyniki na zawodach.
Redakcja: Jak różni się trening w USA od tego, który znałaś z Polski?
Maria Krętosz: Przez te trzy lata trenowałam z trzema różnymi trenerami, więc miałam okazję zobaczyć kilka zupełnie innych podejść. Pierwszy trener pracował bardzo podobnie do tego, co znałam z Polski, drugi — szczerze mówiąc — trochę mniej mi odpowiadał. Najwięcej jednak dał mi obecny trener, Ian Disteldorf. W porównaniu do tego, co znałam od trenera Leszka Małyszka, różnice nie są ogromne, ale zdecydowanie da się je odczuć na co dzień. Przede wszystkim treningi są tutaj dużo bardziej uporządkowane — każdy tydzień ma podobny schemat, więc wiem dokładnie, czego się spodziewać na danej sesji. Czuć też inne podejście do samego treningu.
Ian, jako młodszy trener, zwraca większą uwagę na detale i powtarzalność. Na przykład w moim stylu klasycznym skupiamy się bardziej na liczbie cykli niż na samej prędkości — chodzi o to, żeby wypracować stałość, bo wtedy czas też zaczyna się „układać”. Dużą różnicę widzę też na siłowni. W USA wszystko jest bardziej zaplanowane i powtarzalne — mamy konkretne dni, konkretne ćwiczenia i stopniowo budujemy progres, aż do momentu testów i sprawdzania maksymalnych ciężarów. Oczywiście są elementy wspólne, ale z perspektywy czasu widzę,
że jednak więcej jest różnic niż podobieństw — głównie w podejściu, organizacji i pracy nad szczegółami. Myślę, że oba systemy mają swoje plusy, ale gdybym miała wskazać, co bardziej do mnie trafia, to chyba właśnie podejście amerykańskie — za strukturę, cierpliwość i skupienie na szczegółach, które ostatecznie robią największą różnicę.
Redakcja: Czy intensywność i objętość treningu Cię zaskoczyły?
Maria Krętosz: Szczerze, nie do końca — byłam już przyzwyczajona do ciężkich treningów, więc pod tym względem nie było dużego szoku (ukłony dla Trenera Leszka Małyszka). Trochę przypominało mi to, co robiłam wcześniej w Polsce. Najbardziej zaskoczył mnie za to system podziału na grupy — dystans, średni dystans i sprint — oraz to, jak bardzo wszystko było uszczegółowione. Treningi były bardziej zróżnicowane, z dużym naciskiem na technikę i detale, a czasem pojawiały się też ćwiczenia, których wcześniej nie znałam. Na początku zdziwiła mnie też ilość „klasyka”, ale po około miesiącu zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Z czasem zobaczyłam, że taki system naprawdę pomaga lepiej poznać swoje ciało i wyciągnąć z treningów jeszcze więcej.
Redakcja: Jak wygląda współpraca z trenerem na Lewis University?
Maria Krętosz: Współpraca z moim aktualnym trenerem, Ianem Disteldorfem, jest naprawdę przyjemna. Trener słucha moich propozycji dotyczących klasyka i doradza, jak lepiej i spokojniej podchodzić do startów. Dzięki niemu przeszłam ogromną zmianę w podejściu do 200 klasyka.
Wcześniej, z poprzednim trenerem, który nie trenował ze mną tego dystansu, bardzo się bałam startu — pojawiały się panika i łzy. Po jednej z popołudniowych rozmów z Ianem doszliśmy do porozumienia: aby zniwelować strach, muszę przekonać się podczas treningów, że ten dystans nie jest tak przerażający w porównaniu z tym, co przepływam na co dzień. Od tego momentu, aż do zawodów GLVC, każdy czwartek rano pływałam 200 klasykiem w dobrym tempie. I szczerze mówiąc — to się udało. Podczas zawodów podeszłam do startu z uśmiechem i wyszłam z wody jeszcze szerszym, bo nie tylko przełamałam strach, ale też poprawiłam swój rekord życiowy.
Redakcja: Czy czujesz, że rozwinęłaś się bardziej jako „kompletna zawodniczka” (IM), a nie tylko specjalistka?
Maria Krętosz: Myślę, że zdecydowanie tak. Mimo że na co dzień nie startuję w stylu zmiennym, to treningi bardzo rozwijają wszystkie style. Czasami, zwłaszcza w tym sezonie, w piątki pływam treningi dla zmiennistów, żeby trochę odpocząć od stylu klasycznego i dowolnego i popracować nad czymś innym. Przez te trzy lata naprawdę poprawiłam każdy styl. Na przykład w delfinie długo miałam problem z techniką kopnięć, a teraz w końcu robię to poprawnie. Podobnie z grzbietem — kiedyś raczej „ratowałam się” liną, a teraz nie dość, że wygląda dużo lepiej, to jeszcze jestem w stanie pływać nim szybko. Dzięki temu czuję się dużo bardziej wszechstronna i pewna w wodzie, a nie tylko skupiona na jednym stylu. Treningi w USA naprawdę rozwijają wszystkie style. Nawet jeśli klasyk jest moją mocną stroną, teraz czuję się pewnie w każdym stylu i na różnych dystansach. Delfin, grzbiet, zmienny — wszystko poprawiło się ogromnie, a dzięki temu stałam się bardziej wszechstronna i pewna siebie w wodzie.

VI. Życie studentki-sportsmenki
Redakcja: Jak wygląda Twój typowy dzień na uczelni – łączenie studiów i treningów?
Maria Krętosz: Mój dzień? W skrócie: trening – uczelnia – trening. Zaczynam wcześnie, bo o 6:00 albo 7:00 wskakuję do wody — i to jest najlepsza pobudka. W dni typu poniedziałek–środa–piątek
po treningu lecę prosto na zajęcia, próbując jeszcze gdzieś po drodze ogarnąć jedzenie (co nie zawsze jest łatwe). Po uczelni wracam na basen na drugą sesję albo zawody i wtedy już totalnie przełączam się na sport. Wtorki i czwartki to trochę inny układ — pływanie + siłownia, a potem praca na uczelni, gdzie nadrabiam też naukę. Sobota? Też trening. Niedziela? W końcu balans — trochę nauki, trochę życia. Jest intensywnie, ale jak masz dobrą organizację i głowę na miejscu, to da się to wszystko ogarnąć.
Redakcja: Czy łatwo jest utrzymać balans między nauką a sportem?
Maria Krętosz: Szczerze mówiąc — to zależy od semestru. Czasami mam zajęcia, które wymagają głównie nauki do egzaminów, ale nie ma aż tak dużo pracy poza nimi. Innym razem zdarza się tydzień, w którym muszę zrobić np. trzy prace, z czego jedna ma minimum 2–3 strony. Do tego dochodzą poranne i popołudniowe treningi, które w sezonie potrafią naprawdę dać w kość. Więc nie jest łatwo to wszystko pogodzić. Ale z czasem nauczyłam się dobrej organizacji i trzymania się planu — jak wiem, co jest priorytetem, to da się to ogarnąć bez większego stresu. No i coś w tym musi być, skoro trzeci raz z rzędu zostałam zaproszona na Delahanty Awards — nagrodę dla sportowców, którzy dobrze radzą sobie też w nauce.
Redakcja: Jakie studia wybrałaś i czy wiążesz z nimi swoją przyszłość?
Maria Krętosz: Na początku mojej przygody z Lewisem studiowałam Criminal Justice, a po pierwszym semestrze dobrałam do tego historię. Po pierwszym roku poczułam jednak, że to nie do końca moja droga, więc zdecydowałam się na zmianę kierunku na Forensic Criminal Investigation (FCI). Ten kierunek w pewnym stopniu pokrywa się z Criminal Justice, ale ma też więcej zajęć związanych z kryminalistyką i nauką w praktyce, co zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Jeśli chodzi o przyszłość — tak, zdecydowanie chcę iść w tym kierunku. Od zawsze ciekawiły mnie zagadki detektywistyczne i analityczne myślenie, a sport dodatkowo nauczył mnie dyscypliny i podejścia do rozwiązywania problemów. W poprzednim roku miałam też okazję odbyć staż w Will County Coroner’s Office — i było to jedno z tych doświadczeń, które zostają w głowie na długo. Trochę wymagające, momentami zaskakujące, ale bardzo utwierdziło mnie w tym, że to coś dla mnie.

VII. Perspektywa i szczere spojrzenie
Redakcja: Patrząc z dzisiejszej perspektywy – czy decyzja o wyjeździe była najlepszą w Twoim życiu?
Maria Krętosz: Zdecydowanie tak. Ten wyjazd to dla mnie ogromna lekcja — nie tylko pod kątem nauki i sportu, ale też życia i samodzielności. Z roku na rok poprawiam swoje wyniki pływackie, a moje oceny są zdecydowanie lepsze niż te, które miałam wcześniej w polskiej szkole. Poza tym bardzo się rozwinęłam jako osoba — poznałam siebie w sytuacjach, których wcześniej nawet sobie nie wyobrażałam, a które kojarzyły mi się raczej z filmów niż z realnego życia. I co najważniejsze — przez te trzy lata ani razu nie żałowałam decyzji o wyjeździe do Stanów. Wręcz przeciwnie, była to jedna z najlepszych decyzji, jakie mogłam podjąć.
Redakcja: Co dał Ci wyjazd do USA poza samym pływaniem?
Maria Krętosz: Ten wyjazd dał mi zdecydowanie dużo więcej niż tylko rozwój sportowy. Przede wszystkim nauczył mnie samodzielności i zbudował pewność siebie. Poznałam też mnóstwo ludzi z różnych zakątków świata, co bardzo poszerzyło moje spojrzenie na wiele spraw. Nauczyłam się radzić sobie w trudnych sytuacjach i lepiej rozumiem różnice kulturowe. No i oczywiście — zdobyłam doświadczenia, których prawdopodobnie nigdy nie miałabym okazji przeżyć w Polsce. To wszystko są rzeczy, które zostaną ze mną na całe życie.
Redakcja: Czy poleciłabyś taką drogę innym zawodnikom ze Śląska i Polski?
Maria Krętosz: Myślę, że tak — oczywiście pod warunkiem, że mają ambicję, dyscyplinę i chęć ciężkiej pracy. Wyjazd do Stanów to świetna okazja nie tylko do rozwoju sportowego, ale też osobistego. Jednocześnie wymaga dużej determinacji i samodzielności, więc nie jest dla każdego, ale dla osób gotowych na wyzwania może być naprawdę niesamowitym doświadczeniem.
Redakcja: Komu ten model NIE pasuje?
Maria Krętosz: Moim zdaniem taki model nie jest dla osób, które nie czują się gotowe na samodzielność — nawet spróbowanie jej może być trudne. W końcu w razie problemów rodzice nie pojawią się od razu na miejscu. Nie poleciłabym go też osobom, które nie chcą ciężko trenować, a wolą raczej „popluskać się” w basenie (uwierzcie mi, w takim przypadku stypendium może zostać szybko zmniejszone – to działa na zasadzie daj coś z siebie, my damy coś od siebie). Do tego dochodzi kwestia zmian — przeprowadzka do nowego miasta, kraju, nowi ludzie, inny system pływania… To sporo nowości naraz i nie każdy lubi tak duże zmiany.
Redakcja: Jakie masz cele sportowe na najbliższe sezony?
Maria Krętosz: Moim celem w nadchodzącym sezonie to złamanie 1:03 na 100 m klasycznym – to powinno dać mi miejsce na NCAA Dywizji 2. Planuję również zejść na 200 m klasycznym poniżej 2:20 – pozwoli i to zdobyć kat. B NCAA DII. Żeby to osiągnąć, skupiam się na mocnych nogach na siłowni i oczywiście na pozytywnym nastawieniu podczas treningów – bez dobrego czucia w wodzie, nawet najlepsza technika nie pomoże.
Redakcja: Czy myślisz o powrocie do Polski po studiach?
Maria Krętosz: Na razie skupiam się głównie na pływaniu i utrzymaniu dobrych wyników na studiach, więc nad tematem powrotu do Polski lub pozostania w USA jeszcze nie myślałam. Oczywiście rozważam różne scenariusze – zarówno powrót do kraju, jak i pozostanie w USA. Wszystko będzie zależało od tego, gdzie pojawią się ciekawsze możliwości zawodowe związane z moim kierunkiem studiów.
Redakcja: Dziękujemy za ten kawał świetnej rozmowy 🙂
Maria Krętosz: Dziękuję bardzo 🙂
Zdjęcia: archiwum domowe Marii Krętosz

















Leave a Reply